Czy ktoś, kto po raz ostatni widział Kraków u progu lat 90. XX wieku, poznałby to miasto? Owszem, hejnał z wieży mariackiej nadal słychać tradycyjnie co godzina, Rynek pod względem architektonicznym wciąż taki sam (choć z nową nawierzchnią), Sukiennice stoją tam gdzie zawsze, a Droga Królewska niezmiennie prowadzi na Wawel. Ale to tylko pozory stałości. Zmieniło się niemal wszystko.

30 lat temu, idąc wieczorem przez Stare Miasto, mijało się puste, szare i zaniedbane kwartały miejskiej zabudowy. Równoległa do Drogi Królewskiej ulica Kanonicza przypominała jedną wielką ruinę. Z niezamieszkanych kamienic i pałaców sypał się tynk. Fasady były czarne, rynny zasmolone od środka, lały kwaśne deszcze i wiały pyły znad nowohuckiego kombinatu. Na Kazimierz, czyli do dawnej dzielnicy żydowskiej, nikt się nie zapuszczał - zbyt niebezpiecznie. Ale zaniedbanie miasta kontrastowało z bogatym życiem intelektualnym i artystycznym. Kraków szczycił się swą wyjątkowością i chętnie podkreślał odrębność od Warszawy.

Łaskawcy nas oszczędzili

Trzeba przyznać, historia była dla Krakowa łaskawa. Jako jedyne duże polskie miasto wyszedł z wojny niemal niezniszczony. Ba, Niemcy za Hitlera dobudowali tu nawet kilka osiedli. Komunizm też oszczędził tkankę miejską - dzięki wznoszeniu w Nowej Hucie socrealistycznego miasta nowe władze odpuściły sobie "uszlachetnianie" Starego Miasta. Na dodatek Kraków przechował w księgach wieczystych dawną własność hipoteczną - to ułatwiło miastu start w kapitalizm. To, że już chwilę po ustrojowej transformacji 1989 roku Kraków zaroił się od kawiarni i pubów, to nie tylko efekt przedsiębiorczości mieszkańców czy magii. Decydująca okazała się decyzja odrodzonego samorządu o reprywatyzacji mienia. Krakowianie odzyskiwali kamienice, a ponieważ w większości były one zasiedlone przez lokatorów z przydziału, jedynym sposobem na podreperowanie ich budżetu było tworzenie w piwnicach pubów. Bardzo szybko powstało ich w obrębie Plant tak wiele, że podczas jednej z burz mózgów na temat promocji specjaliści od reklamy uznali, że Kraków może rzucić rękawicę Berlinowi czy Londynowi w kategorii zagęszczenia pijalni na metr kwadratowy.

To były jednak czasy, w których świat nie interesował się Krakowem. Byliśmy dumni, że na weekendy zjeżdżają do nas ciężko pracujący warszawiacy jadący tu po to, by przy blasku świecy w zatęchłej piwnicy napić się piwa w jednym z owych magicznych pubów wypełnionych starymi meblami. Warszawie wciąż jeszcze zazdrościliśmy - w nowych czasach to tam koncentrowały się siedziby wielkich firm, agencje reklamowe i media.

Kraków jako wzór dla kontynentu

Przełomem było wejście Polski do Unii Europejskiej. Wraz z otwarciem nieba dla tanich linii, jak EasyJet czy Ryanair, w Krakowie szybko zaroiło się od turystów. Z roku na roku przyjeżdżało ich coraz więcej i więcej. Nie tylko zresztą tanimi liniami, ale także pociągami czy własnymi samochodami. O Krakowie zaczęły się rozpisywać zagraniczne gazety, a samo miasto co chwila wygrywało kolejne rankingi popularności. Rynek Główny uznano za najpiękniejszy plac świata, jeden z prestiżowych portali turystycznych uznał Kraków za najatrakcyjniejszą destynację w Europie, w innym rankingach doceniono życie nocne.

Gdy w 2007 roku "Wyborcza" prowadziła akcję "Przystanek Europa", podczas której polskie miasta próbowały się czegoś nauczyć od Europy, Kraków porównywał się z Barceloną. To wówczas z katalońskiej inspiracji powstała w Krakowie pierwsza w Polsce wypożyczalnia rowerów. Z wielu innych bogatych miast kontynentu zaczęto kopiować udane rozwiązania.

Siedem lat temu staliśmy się ofiarą własnego sukcesu. Z lądujących na Balicach samolotów wylewały się tłumy angielskich kawalerów, których przyciągały do Krakowa bynajmniej nie zabytki, lecz tanie piwo i inne rozrywki. Hordy pijanych Angoli stały się z czasem zmorą miasta. W sukurs tonącemu w angielskich wymiocinach Krakowowi przyszedł światowy kryzys gospodarczy. Dla robotników fizycznych i brytyjskich bezrobotnych zrobiło się u nas za drogo. Nowy czas wymusił zmianę publiki z tej tańszej na bardziej wyrafinowaną.

Druga Tajlandia czy druga Częstochowa?

Od roku 2008 Kraków stara się przyciągać ambitniejszych turystów. Stąd gigantyczne kwoty wydawane z budżetu miasta na organizację wysokiej klasy festiwali muzycznych takich jak. np. Sacrum Profanum czy Misteria Paschalia. W tym roku miasto odda też do użytku Centrum Kongresowe, czyli ICE Kraków. Z pewnością przybędzie dużych międzynarodowych kongresów i konferencji, bo w opinii wielu Kraków to wymarzone miasto do spotkań biznesmenów, a dotąd brakowało mu odpowiednich przestrzeni.

W pogoni za turystyczno-biznesową sławą Barcelony wciąż balansujemy jednak między jej blaskami a cieniami. Gdy już nam się wydawało, że idziemy w stronę turystyki, zorientowaliśmy się, że na Starym Mieście w błyskawicznym tempie przybywa klubów nocnych z czerwonymi oknami. Kiedy przy samym Rynku Głównym na krwistoczerwono rozbłysnęły wszystkie piętra dwóch kamienic, zaczęto nawet mówić o "tajlandyzacji" Krakowa. W tym samym czasie, o ironio, wyrastamy na drugie w Polsce, po Jasnej Górze, centrum pielgrzymkowe. Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach odwiedza coraz więcej osób, by wędrować szlakami Jana Pawła II. Zaplanowane na 2016 rok Światowe Dni Młodzieży z pewnością wzmocnią religijny trend w krakowskiej turystyce.

Nowi mieszczanie na Kazimierzu

Największą metamorfozę przeżył krakowski Kazimierz. Pierwszym impulsem do rozwoju dzielnicy były coroczne edycje Festiwalu Kultury Żydowskiej kończone zawsze koncertem finałowym na ul. Szerokiej. W ledwie kilka lat dawna dzielnica żydowska (opustoszała po wojnie, pozbawiona dawnych mieszkańców, pełna ruder) przemieniła się w miejsce pełne życia. Zaczęto ją porównywać z rzymskim Trastevere, berlińskim Prenzlauer Berg czy paryskim Marais.

Kazimierz to dziś fenomen. Unikatowe w skali Europy połączenie nowoczesnej dzielnicy, kosmopolitycznego miejsca spotkań, tkanki dawnego żydowskiego miasta, areny rozmaitych inicjatyw kulturalnych, przyjaznej przestrzeni dla małego biznesu prowadzonego przez Polaków, Żydów, Arabów, Amerykanów, Francuzów, Niemców. Przestrzeń miasta mniej remontowana, niekoniecznie lukrowana, a jednak buchająca energią kolejnych pomysłów, z których nawet najdziwniejsze mają na Kazimierzu szansę powodzenia. Ostatnim krzykiem kazimierskiego lansu jest żydowski fast food z falafelem, który serwuje gościom mamroczący coś pod nosem starszy Żyd w quasi-religijnym stroju i dżinsach. Obok dwie budki z lodami - ściana w ścianę lody według przepisów z Sycylii i z Mediolanu (ścigają się, które lepsze). Jeszcze dalej burgery, dwie nowe galeryjki, hipsterski fryzjer, żydowska kawiarnia oraz miejsce, gdzie leją i polską wódkę, i czeskie piwo, i węgierskie wino.

Kazimierz jak w soczewce skupia wszelkie przemiany, jakich doznał przez ostatnich 25 lat nobliwy Kraków. Zostało tu trochę starych mieszkańców (również tych najbiedniejszych), nieco młodszej generacji (przeprowadzali się tu, kiedy dzielnica zaczynała być modna), potem doszli najmłodsi i najgłośniejsi (to nadal popularne miejsce wśród bardziej zasobnych studentów), a do tego są i przybysze z niemal każdego zakątka świata (w wielu kamienicach nie słychać już nawet polskiego, mieszają się angielski z niemieckim, francuski ze szwedzkim itd.). To obecnie dzielnica starego pchlego targu (rodziny z dziećmi w wózkach, zaciekawieni turyści, wczorajsi "kacmani", hipsterzy sączący kawkę), żydowskich zabytków (izraelskie wycieczki), poukrywanych biur (zamiast pracować w kamienicach, ludzie wychodzą z laptopami do kawiarni), hoteli (zdarza się, że źle skręciwszy, autokar zablokuje pełzający ruch samochodowy w całej dzielnicy), oryginalnych sklepików. Kazimierz żyje, bo pozostawiono go, aby rozwijał się naturalnie. Dzięki temu można prowadzić tu poważne rozmowy o biznesie, ale i wychodzić na kawę w klapkach. Właśnie dlatego takie miejsce to przestrzeń do wykluwania się nowoczesnej klasy średniej. Tak zwanych nowych mieszczan, którzy swym stylem życia łamią dotychczasowe stereotypowe wyobrażenia o tym, jak żyje się w dużych miastach.

Mówią, że w Krakowie "pracuje się inaczej", pewnie wolniej albo przyjemniej. Niekoniecznie. Atutem miasta jest raczej to, co znajduje się dookoła - mnogość miejsc do spędzania wolnego czasu.

Przyszłość należy do usług

Nie byłoby jednak w Krakowie tak sympatycznie, gdyby nie wiele inwestycji, które przez ostatnie lata poczyniło miasto. Przybyły dwa nowe mosty, nowe drogi, estakady, linie szybkiego tramwaju. Rządzący od 12 lat prezydent Jacek Majchrowski postawił również na budowę nowych muzeów. Jedno z najpopularniejszych powstało w podziemiach Rynku Głównego, gdzie odsłonięto pozostałości średniowiecznego Krakowa. Rekordy frekwencji bije też muzeum utworzone w dawnej fabryce Schindlera, w której Steven Spielberg nakręcił swój słynny film. W industrialnej dzielnicy Zabłocie powstało Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK, które wyróżnia się odważną betonową architekturą i interesującymi ekspozycjami. Inwestycyjnym hitem ostatnich miesięcy jest spektakularna Kraków Arena, na razie miejsce rozgrywek siatkarskich i koncertów. W przyszłości wielofunkcyjny obiekt ma frekwencją i ofertą bić się z najlepszymi arenami kontynentu.

A przecież przez pierwszą dekadę wolności bywało inaczej. Choć Kraków jawił się zawsze jako duchowa stolica Polski, to największym pracodawcą była Huta im. Lenina, której wyziewy pokrywały pyłem leżące w niecce Stare Miasto. Dopiero ograniczenie emisji trujących substancji i oczyszczenie miasta z wieloletnich złogów brudu pozwoliło na oddech. Nowohucki kombinat to nadal największy zakład pracy w mieście, ale już prowadzony inaczej - ekologiczny, nowoczesny, stosujący sprawdzone w świecie technologie, bezpieczny dla otoczenia.

Nie jest też tak, że największy zakład pracy przygniata krakowski rynek pracy. Gdyby złączyć w jeden organizm krakowskie uczelnie (z Uniwersytetem Jagiellońskim na czele), to właśnie one okazałyby się największym pracodawcą. Mnóstwa miejsc pracy dostarczają także branża turystyczna i centra usług okołobiznesowych.

Z tą ostatnią sferą wiążą się konkretne osiągnięcia - na początku tego roku Kraków został uznany za najatrakcyjniejszą lokalizację dla outsourcingu w Europie (w zestawieniu międzynarodowej firmy Tholons zajmującej się doradztwem inwestycji). W tym samym rankingu Warszawa znalazła się na 32. miejscu, a Wrocław na 65. Kraków jest dziewiąty na świecie! Przed nim znalazły się tylko miasta azjatyckie. W sektorze outsourcingowym pracuje w Krakowie już 35 tys. osób.

Ponadto w mieście działa ponad 50 firm zajmujących się obsługą procesów biznesowych, zainwestowały tu m.in. firmy Shell, Capgemini, State Street Services, Lufthansa Global Business Services i inne. Jak twierdzą ich decydenci, pod Wawel ściąga ich przede wszystkim dostępność wysoko wykwalifikowanych absolwentów tutejszych uczelni.

Nikt w mieście nie ukrywa, że Kraków chciałby być polską Doliną Krzemową. Aż 20 tys. osób pracuje w branży IT, a to sprzyja powstawaniu start-upów. Kilka światowych potentatów zbudowało tu swoje centra badawcze, np. Motorola, IBM czy Cisco. Deutsche Telekom stworzył inkubator wspierający młode, innowacyjne firmy. Ale nawet w najmniejszych dziurach młodzi krakowianie starają się tworzyć ciekawe projekty. W przemysłowym Zabłociu kwitną małe biura projektowe, przestrzenie coworkingowe, gdzie ktoś, kto chce pracować nad projektem, ma możliwość indywidualnej lub wspólnej pracy w wynajętym pomieszczeniu. Pracują tu młodzi programiści, graficy i projektanci, wychwytywani szybko przez instalujące się w mieście firmy albo transferowani od razu za granicę.

Parcie na wschód

Może więc być tak, że w przyszłości nawet zapomniane tereny przemysłowego Krakowa staną się areną najciekawszych wydarzeń. Po Zabłociu w kolejce czeka wspomniana Nowa Huta. Narzekający latami na Hutę Kraków dziś widzi w niej potencjał rozwoju dla całego miasta. Sztandarowy projekt dzisiejszych władz Krakowa nazywa się właśnie "Nowa Huta przyszłości" i przewiduję budowę we wschodniej części miasta, jeszcze dalej niż nowohucki kombinat, nowej dzielnicy, którą mają wypełnić centra logistyczne, parki naukowe i technologiczne itd. Rewitalizacji mają być poddane tereny o powierzchni przeszło pięciu hektarów. Pieniądze na ich przygotowanie miasto chce dostać z Unii Europejskiej. Tak duży obszar do zainwestowania w jednym kawałku ma skusić firmy, zwłaszcza te związane z nowymi technologiami, do zainwestowania właśnie w Krakowie.

Położenie nacisku na Nową Hutę ma sens, Kraków bowiem już teraz nie ma jak się rozszerzać w inne strony. Na północy i południu miasta wyrosły bogate miejscowości, które są naturalnymi sypialniami dla dobrze sytuowanych krakowian. Zachód miasta to lotnisko, krakowskie Beverly Hills (Wola Justowska), parki krajobrazowe w okolicach Krzeszowic. Jedynym kierunkiem, w którym miasto może się jeszcze rozbudować, jest zapomniany wschód - w kierunku na Tarnów i Sandomierz.

Pępkowi świata wszystko się należy

Choć zmieniają się granice, dzielnice, struktura mieszkańców, jedno się nie zmienia: poczucie wyjątkowości miasta i tego, że krakowianom i Krakowowi po prostu "się należy". Ta megalomania wychodzi często w badaniach socjologicznych. Mieszkańcy Krakowa rzadko są zadowoleni z tego, co jest. Zawsze uważają, że powinno być lepiej. Że miasto powinno być jeszcze piękniejsze, jeszcze bogatsze, dofinansowane, lepiej zarządzane. Przywiązanie do konkretnych dzielnic (jestem z Kazimierza, mieszkam na Podgórzu, pochodzę z Prądnika, jadę z Huty do Krakowa) to dowód na to, jak mocna jest identyfikacja krakowian z poszczególnymi małymi ojczyznami oraz jak bardzo leży im na sercu powodzenie tych miejsc.

W pewnym sensie to pokłosie niezmienionej (w porównaniu z Warszawą, Wrocławiem, Trójmiastem) tkanki społecznej miasta. Tu liczy się instytucja rodziny, rodu, nazwiska. Wciąż popularne w Krakowie jest tytułowanie się "profesorostwo", "doktorostwo". Kraków traktowany jest przez swoich luminarzy jak pępek świata. Dlatego tak łatwo przychodzi szefowi Komitetu Ochrony Zabytków Krakowa stwierdzenie, że należą mu się większe finanse na zabytki, bo gród jest polski, a zabytki Górnego Śląska mogą poczekać, bo są niemieckie. W założonym na prawie magdeburskim mieście, które swą niemieckością zachwyciło nawet hitlerowców, brzmi to dość zabawnie.

"Pracownia miast: Kraków"

Dla kogo jest Kraków - dla pieszego, kierowcy czy rowerzysty? Jak nowe technologie wpłyną na jakość życia w naszym mieście? Kraków miastem sportu - ale jakiego? Skąd dziś bierze się bogactwo miasta? Czy projekt "Nowa Huta przyszłości" pobudzi dzielnicę do życia?

"Pracownia miast" to nowe forum wymiany opinii dla liderów. Naukowcy, biznesmeni, urzędnicy, artyści, działacze sportowi i dziennikarze spotykają się, by rozmawiać o przyszłości miasta. Zapraszamy w czwartek, 18 września, w godz. 9.30-16 do budynku Działowni Politechniki Krakowskiej (wejście od ul. Szlak). Podyskutujemy o tym, co można zrobić, by w naszym mieście żyło się lepiej.

Zapraszamy na kolejne spotkanie "Pracowni miast" do Warszawy. 25 września, ul. Czerska 8/10. Rejestracja tu

.