Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Przyjeżdżają do nas ludzie z innych krajów i pytają: jak wy to robicie? A my patrzymy po sobie i mówimy: "Jak to, do cholery, jest możliwe?" - mówi Ulla Simonen, z zawodu kierownik produkcji filmowej, prywatnie matka dwóch nastolatek. - Jeśli od małego wbija nam się do głowy, że nie jesteś lepszy niż inni, jak tu nagle uwierzyć, że to nasze dzieci mają być najmądrzejsze w Europie?

Przyjechałam do Helsinek, żeby zadać to samo pytanie. Na czym polega sekret cudownych fińskich szkół.

Supermani

To, że fińskie szkoły odstają wyraźnie od reszty Europy, zauważono na początku tego tysiąclecia. W 2000 roku po raz pierwszy ogłoszono wyniki PISA (Programme for International Students Assessment), badającego poziom uczniów na całym świecie.

Już w pierwszej edycji fińskie 15-latki zdobyły złoty medal w kategorii "czytanie i interpretacja" oraz brąz w kategorii "rozumowanie przyrodnicze". W 2003 były już dwa złota: w "czytaniu" i w "przyrodzie", oraz drugie miejsce z "rozwiązywania problemów matematycznych". W 2006 - pierwsi z przyrody, drudzy z matematyki. W 2009 roku drudzy z przyrody.

"Nie jesteśmy chyba aż takimi matołkami?" - pytał retorycznie w 2001 roku brytyjski "The Times". "Francja - średniak w klasie OECD", "Kiepskie noty niemieckich uczniów" - skonstatowały "Le Monde" i "Frankfurter Allgemeine Zeitung". "Hiszpańska edukacja zrobiła w tył zwrot" - przyznał w 2007 roku "El Pa~s", "Ekonomiczna bomba zegarowa zaczyna tykać. Nasze nastolatki najgorsze z matmy" - alarmował w 2004 amerykański "Wall Street Journal", a reżysera Davisa Guggenheima złe wyniki młodych Amerykanów zainspirowały do nakręcenia głośnego dokumentu "Czekając na Supermana".

Szczególnie upokarzające dla mocarstw jest to, że program, za pomocą którego OECD ocenia poziom światowego szkolnictwa, nie bada stanu wiedzy uczniów, ale umiejętność posługiwania się nią. Co trzy lata sprawdza 15-latków pod kątem zdolności rozwiązywania problemów, analizowania, argumentowania i interpretowania. Bada ich umiejętność myślenia i przygotowanie do dorosłego życia.

Kaczor Donald uczy

Ulla Simonen upiera się, że w fińskich szkołach nie ma nic rewelacyjnego. Ja się upieram, żebyśmy znalazły choć kilka dobrych stron.

- Dobre jest to, że nauka zaczyna się stosunkowo późno - przyznaje Ulla. - Nie tak jak we Francji, gdzie już w przedszkolu dzieci uczy się czytać i liczyć. My pozwalamy im jak najdłużej się bawić. Pierwszy język obcy wchodzi dopiero w trzeciej klasie.

- To jakim cudem wszystkie dzieci tak szybko mówią po angielsku?

- To zasługa telewizji. Nie ma dubbingu ani lektorów w zagranicznych filmach. Tylko napisy.

- Pewnie dlatego też tak dobrze rozumieją to, co czytają.

- A to również zasługa Kaczora Donalda. Wszyscy uczyliśmy się czytać z komiksów o Donaldzie. Trzeba przyznać, że w tych dymkach jest bardzo bogaty fiński język. Rodzice czytali mi "Donalda", my z mężem czytaliśmy go córkom. Wciąż mnóstwo ludzi prenumeruje te komiksy. U nas wszyscy czytają dzieciom. Mamy niezłe publiczne biblioteki. To takie miejsce, gdzie możesz zostawić dziecko na dwie godziny i polecieć coś załatwić. Ono siedzi i czyta. Moje córki czytają więcej ode mnie. Na pewno ze dwie książki miesięcznie, i to nie te obowiązkowe, do szkoły. Czytanie dla przyjemności jest zawsze na pierwszym miejscu.

- Rewelacja!

- Doceniam też to, że szkoła jest całkowicie bezpłatna - Ulla śmielej odgina drugi palec. - Nawet obiady są bezpłatne, a w podstawówce także podręczniki.

- A jest coś takiego jak ranking szkół podstawowych?

- A co to takiego? Jak jakaś szkoła ma świeżo wyremontowany budynek albo rośnie koło niej więcej drzew, to mówi się: "O, wy macie szczęście". Zasadniczo każdy posyła dziecko do szkoły, która jest najbliżej domu.

- A szkoły prywatne?

- Jest kilka, ale one realizują ten sam program co publiczne i też są za darmo.

- Jak to za darmo?

- Finansowane z podatków. Przecież konstytucja gwarantuje bezpłatną naukę każdemu.

- No to wyobrażam sobie, ile musicie płacić tych podatków.

- Ja płacę 22 procent - odpowiada Ulla. - I szczerze mówiąc, uważam, że to za mało.

Prawo Jante

"Nie sądź, że jesteś kimś", "Nie sądź, że jesteś czymś więcej niż inni"... Mówi się, że "prawo Jante", pojęcie wymyślone przez norweskiego pisarza Aksela Sandemose na potrzeby powieści "Uciekinier w labiryncie" z 1933 roku - jest w rzeczywistości spisaniem zasad, które od wieków tkwią głęboko w mentalności Skandynawów i - jak podpowiada mi Ulla - przypominane są ciągle przez Kościół luterański. Zdają się też pasować do systemu edukacyjnego Finlandii, który za swój główny cel stawia zniwelowanie podziału na lepszych i gorszych.

W latach 70., kiedy Ulla zaczynała chodzić do szkoły, wprowadzono w Finlandii obowiązkową dziewięcioklasową podstawówkę dla dzieci od 7. do 16. roku życia. Jest tych szkół prawie 4 tysiące i są właściwie identyczne. Jeśli jesteś w Finlandii prezesem wielkiej firmy albo znanym aktorem i nawet chciałbyś posłać swoje dziecko do szkoły, która by podkreślała twój prestiż, to nie masz jak.

Podstawówka w centrum stolicy, którą odwiedzam, jest monumentalna i - jak większość tutejszych budynków - przytłaczająca swoim ascetyzmem.

Ponure wrażenie rozwiewa jej dyrektor Tuomo Säävälä. Prawdę mówiąc wzięłam go najpierw za kogoś z personelu technicznego, bo jest ogolony na łyso, ubrany w dżinsy, koszulkę polo, a w uchu ma kolczyk. Tylko że tu wszyscy ubierają się w tym stylu. Strój nie powinien wskazywać na różnice hierarchiczne ani też zbytnio manifestować różnic płci (po fińsku "on" i "ona" to to samo słowo).

Dziwnie jest w tej szkole. Nikt nie wrzeszczy, nie biega. Do dyrektora dzieci mówią "Tuomo" albo "dyrektorku". - Nie chcę, żeby się mnie bali - wyjaśnia Säävälä.

Fińscy geniusze zostali uformowani w takiej szkole jak ta. Staram się więc wyłapać każdy szczegół, który różni ją od szkoły, do jakiej w Warszawie chodzi moja 12-letnia córka.

Oczywiście, dobrze byłoby, gdyby szkoła Julki była równie duża, a w każdej klasie tylko kilkunastu uczniów. Każde dziecko ma tutaj swoje biurko, gdzie może zostawiać większość podręczników i zeszytów.

Kurtki i worki z kostiumami na wuef zostawia się na wieszakach przed klasą. Pod spodem stawia się buty, a do sali wchodzi w skarpetkach. Codziennie rano podłogi czyści firma zewnętrzna.

- Dzieci powinny mieć swobodny dostęp do swoich rzeczy. Zwłaszcza że na każdej przerwie wychodzą na dwór - mówi Tuomo.

Cudownie byłoby też, gdyby klasy w warszawskiej szkole publicznej były tak wyposażone jak chociażby tutejsza sala do wychowania muzycznego. Gdzie specjalnie dla mnie dzieci wykonały piosenkę. Chłopiec usiadł przy jednej perkusji, dziewczynka przy drugiej, nauczycielka przy pianinie, kilka osób dostało przeszkadzajki, reszta akompaniamentu leciała z magnetofonu, a cała klasa śpiewała tekst z promptera.

Pamiętajmy jednak, że Finlandia przeznacza na edukację 7,7 procent PKB, inne kraje średnio 4-5 procent.

Zaskakuje mnie, że dzieci, pomimo luzackiego kontaktu z nauczycielem, są tak zdyscyplinowane. Na boisku na dźwięk dzwonka wszyscy błyskawicznie ustawili się w pary. Na lekcji historii w V klasie każde dziecko brało aktywnie udział w dyskusji, wszyscy podnosili ręce. A rekordzista trzymał rękę w górze przez pięć minut - patrzyłam na zegarek - zanim nauczyciel udzielił mu głosu. Chciał zapytać, czy może podejść z ołówkiem do zlewu, przy którym leżały temperówki.

I jak te dzieci są ubrane!? Gdzie zmora naszych szkół: różowe lolitki, malowane paznokcie i wiszące do ramion kolczyki? Tutaj wszyscy: dżinsy i bluza. Ale nawet gdyby fińskie dzieci miały potrzebę krzykliwego stroju, nie miałyby gdzie go kupić. Wystawy helsińskich sklepów są tak samo szare jak budynki, w których się znajdują.

Ulla Simonen potwierdza, że Finowie - choć wychowanie seksualne mają już w podstawówce - nie są zbyt "sexy".

- Nasze poczucie stylu kształtowały fińskie firmy odzieżowe, wśród których szczytem szaleństwa jest Marimekko. Stroje Marimekko bywają kolorowe, zdarzy się nawet wzór w kwiaty. Ale nigdy nie są sexy. My, Finki, mamy zakodowane, że jeśli ubierzemy się kobieco, nikt nas nie będzie traktował serio - mówi Ulla.

Boks z Azją

Co takiego jest w tej Finlandii, że ich dzieciaki są takie mądre? System edukacji w całej Skandynawii jest w gruncie rzeczy podobny. A jednak Szwecja, Norwegia i Dania ciągle są w tyle w rankingach PISA, choć każde z tych państw ma wyższy od Finlandii PKB na głowę mieszkańca.

Profesor Hannu Simola z Uniwersytetu w Helsinkach w swojej pracy "Fiński cud w PISA" ("The Finnish miracle of PISA", 2005), zwraca uwagę na fakt, że Finowie mają silnie zakorzenione posłuszeństwo, poczucie obowiązku i wspólnoty. Nie bez znaczenia jest fakt, że naród fiński zawdzięcza swoje odrodzenie zaborcom, czyli carom Rosji. Car Aleksander II ma do dziś w Helsinkach pomnik. Przedtem - w niewoli szwedzkiej - Finowie nie mieli nic do gadania.

"Fińska socjaldemokracja w porównaniu z innymi nordyckimi jest przesączona wpływami wschodnimi, a nawet totalitarnymi" - pisze profesor Simola. Wraz z gwałtownym przeskokiem z gospodarki rolnej do przemysłowej równie prędko nastąpił rozwój szkolnictwa. Finowie co prawda dopiero w 1921 roku ustanowili obowiązek szkolny, za to szybko nadrobili stracony czas. Dzisiejszy, tak dobrze sprawdzający się system wdrażany był z totalitarną konsekwencją. Jeszcze w latach 60. 70 procent obywateli zadowalało się wykształceniem podstawowym, dziś tyle samo wybiera się na studia. "Finlandia zawsze była krajem na pograniczu Zachodu i Wschodu. Wielu badaczy znajduje analogie pomiędzy rozwojem Finlandii a Korei Południowej i Japonii" - pisze Hannu Simola.

I to by się zgadzało, gdy patrzy się na rankingi PISA, w których z Finlandią najzacieklej boksują się państwa Azji. Jakkolwiek jednak da się porównać determinację Finów z determinacją tygrysów Wschodu, styl dochodzenia do sukcesu jest kompletnie inny.

Zadupie Europy

- My nie wiemy, co to jest stres w szkole - 16-latka z Helsinek Vilma Juusonen, która właśnie zaczęła liceum, uważa, że to jest powód ich sukcesu w PISA. - Nie dzieli się nas na lepszych i gorszych. Jak ktoś gorzej sobie daje radę z jakimś przedmiotem, natychmiast wszyscy starają się mu pomóc. Wiem, że zupełnie inaczej jest w Azji. Pasjonuje mnie azjatycka popkultura, azjatyckie miasta, ale nie zamieniłabym się z tamtymi dziećmi na szkołę. One uczą się całymi dniami i ciągle się ze sobą ścigają, a to przecież grozi depresją i przemęczeniem - pisze mi w mailu.

Uczula mnie też, żebym nie dała się zwieść pozornej grzeczności dzieci w podstawówce. Podobno w szkole średniej jest gorzej. Na pytanie, co jej się nie podoba w szkole, Vilma odpowiada: "Postawa wielu moich kolegów. Nie szanują tego, co dostają za darmo. Na przykład nie jedzą szkolnych obiadów, bo im nie smakują. Zawracają się niegrzecznie do nauczycieli i mówią, że szkoła jest bez sensu".

Vilma chce być nauczycielką, ale nie w Finlandii: "Fajnie by było, gdybym mogła przenieść fińską perspektywę do szkół w Azji. Na wszelki wypadek zaczęłam się już uczyć japońskiego. Wybierając pracę nauczycielki za granicą, strasznie sobie komplikuję życie, ale bardzo mi zależy na tym, żeby zobaczyć trochę świata. Poza tym pogoda jest u nas okropna".

- Imponuje im, że azjatycka młodzież jest taka pełna energii. Non stop oglądają w internecie koreańską telewizję. Narodowe poczucie wartości naszej młodzieży jest bardzo niskie. Najbardziej boją się tego, że utkną w Finlandii. Nasz kraj to - cytując moje córki - zadupie Europy - mówi mi Ulla.

- Wychowujecie dzieci w duchu patriotyzmu? - pytam dyrektora Säävälä, kiedy siadamy w jego gabinecie przy kawie i eklerkach.

- Patriotyzmu? - Tuomo prawie dławi się ciastkiem. - Świętujemy 6 grudnia, dzień niepodległości. To chyba wszystko... Mamy naukę historii Europy i tam jest też o Finlandii. Dlaczego miałoby być o Finlandii więcej niż o innych krajach? - pyta mnie zakłopotany.

Wyrównywanie

Finowie pozbawieni są ducha rywalizacji - wyczytuję w pracy Hannu Simoli. W 1995 roku zrobiono w Finlandii badania, jak oceniają szkołę rodzice uczniów. Okazało się, że większość osób z wyższych warstw społecznych bardziej martwiła się o niedostateczne znoszenie różnic w szkołach pomiędzy ich dziećmi a dziećmi z uboższych rodzin niż o rynkową orientację edukacji i poziom. Rodzice z klasy robotniczej nie mieli natomiast żadnych zastrzeżeń.

Potwierdzają to badania PISA. Jeśli nawet młodym Chińczykom udało się ostatnio prześcignąć Finlandię w punktacji, o klasie Finów świadczy fakt, że wśród ich uczniów notuje się najmniejsze różnice w wynikach pomiędzy uczniami najlepszymi i najsłabszymi.

I z tego Tuomo Säävälä jest najbardziej dumny.

- Jeśli któryś z naszych uczniów ma z czymś problem, w klasie pojawia się drugi nauczyciel, który się do niego dosiada, ewentualnie zostaje z nim po lekcjach, aż problem zostanie zażegnany. Jeżeli dziecko ma ustawiczne problemy, pomoc drugiego pedagoga staje się systematyczna - opowiada.

W 2009 roku pierwsze miejsca we wszystkich trzech kategoriach zdobył Szanghaj



Dla dzieci z jeszcze poważniejszymi problemami, autystycznych czy z głęboką dysleksją organizowane są osobne klasy. Szkoła Tuomo przyjmuje dzieci autystyczne i dysleksyjne z całej okolicy. Autystycy uczą się osobnym trybem w sześcioosobowych grupach - dyslektycy w ośmioosobowych - pod opieką dwóch wyspecjalizowanych nauczycieli na grupę. Ale uczestniczą też w wybranych zajęciach ze wszystkimi dziećmi.

Oprócz 23 zwykłych nauczycieli zatrudnionych jest 12 od zadań specjalnych.

- Wprowadzamy teraz eksperyment polegający na łączeniu klas - dodaje Tuomo. - Polega to na tym, że dwie klasy mają wspólną lekcję z dwoma nauczycielami naraz. Podejrzewamy, że zmiana osoby wykładającej ten sam temat bardzo dobrze robi.

Nauczyciele - zawód wymarzony

Kiedy jednak proszę Tuomo, żeby wybrał najważniejszą rzecz, która składa się na sukces uczniów w PISA, odpowiada bez namysłu: - Nauczyciele. Doskonale przygotowani i cieszący się wysokim statusem społecznym. W Finlandii każdy chce być nauczycielem, a zostają nimi tylko najlepsi.

Hannu Simola pisze w "Fińskim cudzie w PISA", że nacisk na doedukowanie długo zaniedbywanego narodu zaowocował nieporównywalnie wyższym prestiżem nauczycieli niż w innych krajach rozwiniętych, choć ich pensje są całkiem przeciętne. Najwięcej maturzystów w roku 2005 chciało być nauczycielami. W tyle zostały takie kariery jak dziennikarz, prawnik, lekarz, psycholog czy inżynier.

Nauczyciele fińscy, tak jak w Polsce, muszą mieć wyższe studia, różnica polega jednak na nacisku na specjalistów od nauczania początkowego, które w Finlandii trwa aż sześć lat. Do szóstej klasy uczniowie mają jednego profesora od większości przedmiotów.

Egzamin dyplomowy sprawdza nie tyle wiedzę kandydata, ale jego umiejętność zainteresowania ucznia i dostosowanie się do jego sposobu myślenia.

Zaufanie, które rodzi zaufanie

Kiedy kandydat staje się już nauczycielem, w pracy w szkole nie podlega już praktycznie żadnej weryfikacji. Nie ma wizytatorów, międzyszkolnych testów porównujących wyniki uczniów. O dostaniu się do liceum decyduje średnia z podstawówki. Jeśli masz słabą, możesz zrobić sobie dodatkową, dziesiątą klasę, by ją podciągnąć.

- Ostatnio odwiedziła mnie kuzynka, która jest nauczycielką w Grecji. Powiedziała: "Niesamowite, jakie wy macie zaufanie do tych dzieciaków". U niej co chwila te biedne dzieci sprawdzają, oceniają, ciągle im każą zaliczać jakiś materiał. My stawiamy im oceny od 4 do 10, ale one mają przede wszystkim charakter orientacyjny. Nie ma czerwonych pasków, "wzorowych uczniów", nie można też nie zdać do następnej klasy - dowiaduję się od Mari Kuuteri, nauczycielki nauczania początkowego w innej helsińskiej szkole. Mari pracuje w szkolnictwie od 20 lat, mieszka z mężem i najmłodszym synem na obrzeżach stolicy, w domu z pięknym ogrodem.

Uważa, że zaufanie nauczycieli do dzieci jest rezultatem zaufania, jakim państwo darzy nauczycieli.

- Ale masz przecież program, który musisz zrealizować? - dociekam.

- Bardzo ogólny. Na przykład na geografii: "Azja". Ja decyduję, jakie wybiorę podręczniki, na których krajach się skupię, czy więcej powiem o stosunkach społecznych, czy o przyrodzie, jaki film pokażę uczniom. Wreszcie, jak chcę, to mogę o Azji zrobić im tylko kilka lekcji, a zaoszczędzony czas przeznaczę na Afrykę, bo o niej wiemy mniej. To ja decyduję, ile i jakie lektury dzieci przeczytają w ciągu roku na fińskim.

- A twoja największa satysfakcja zawodowa?

- Byłam kiedyś nową nauczycielką bardzo trudnej klasy. Tam był jeden szczególnie agresywny chłopiec, 10-letni. Doszło między nami do konfliktu, bo nie odrobił pracy domowej. Krzyczał: "Walnę cię! Normalnie zaraz cię walnę!". A ja na to spokojnie: "Jeśli to zrobisz, będziesz miał duże problemy. A mnie wtedy będzie cię bardzo żal". I uwierzysz? Z chłopca uszło powietrze. Powiedział: "Przepraszam", i nigdy więcej nie sprawiał kłopotów - Mari opowiada ze łzami w oczach. - Poczuł, że jest dla kogoś ważny. Jego mama była zajętą biznes-woman. To zresztą jest coraz częstsze. Ludzie gonią za pieniędzmi, rośnie liczba rozwodów, a problemy w rodzinie natychmiast odbijają się na zachowaniu dzieci i ich wynikach w nauce. Dlatego tak ważne jest, żeby im pokazać, że my, nauczyciele, jesteśmy zawsze po ich stronie.

To stwierdzenie zapewne zirytowałoby Ullę Simonen, która właśnie ma za złe nauczycielom, że są za dobrzy: - Za dużo z dziećmi dyskutują, wszystko im tłumaczą, chcą się przypodobać i im, i rodzicom. Nauczyciel powinien wymagać, żeby jego decyzje były respektowane. Uwierzysz, że potrafią zostawić dzieciom swój prywatny numer?

School shooting

7 listopada 2007 rano na portalu YouTube ukazało się zdjęcie gmachu pewnego liceum 20 km od Helsinek. Fotografia zanikała i w jej miejscu pojawiała się sylwetka mężczyzny celującego z broni do kamery. Pod nagraniem widniał podpis:"Masakra - 11/7/2007" . Kilka godzin później masakra stała się faktem. Napastnikiem był uczeń tej szkoły. "Wydawało się to zupełnie nierzeczywiste; chłopiec, którego uczyłem, biegł w moją stronę z pistoletem w dłoni" - relacjonował nauczyciel. 18-latek zabił osiem osób, w tym dyrektorkę szkoły. Na końcu strzelił do siebie.

Niecały rok później pewien 22-latek wszedł do zespołu szkół zawodowych na zachodzie kraju i zaczął strzelać do kolegów piszących sprawdzian. Razem z sobą zabił 11 osób.

Obaj zabójcy byli w przeszłości ofiarami "bullyingu", czyli znęcania się ze strony szkolnych kolegów.

- Jak można mówić, że mamy dobre szkoły, skoro dzieją się w nich takie rzeczy! - denerwuje się Ulla. - Oni się porównują w internecie. Zawsze następny zabija więcej. W Finlandii jest mnóstwo broni, bo jesteśmy narodem myśliwych. Bardzo łatwo jest o pozwolenie.


- W naszych szkołach nie ma rywalizacji, nie wiemy, co to stres, nie dzieli się nas na lepszych i gorszych - mówią nastolatki z Helsinek

Ulla przyznaje jednak, że rząd właściwie zdiagnozował problem. Uruchomiono w internecie stronę "police online" dla osób będących ofiarą lub świadkiem przemocy w szkole. Podobno policjanci reagują błyskawicznie.

- Jednak wszyscy zrozumieliśmy, że nasz wiek niewinności minął - konstatuje Ulla.

Kolejny problem, na który zwraca mi uwagę, to wysoki odsetek bezrobotnej młodzieży, ponad 20 procent, choć ogólnie w kraju bezrobocie nie przekracza 7 procent: - Najlepszy dowód, że nasze szkoły nie przygotowują do życia. Młodzi rwą się na studia, a nie ma fachowców, rzemieślników. Pełno jest kursów dla ludzi, którzy chcą pracować w mediach - to nieuczciwe, bo w tym sektorze nie ma pracy. Ale nie każdy chce być hydraulikiem.

Ulla cieszy się, że jej córka zrezygnowała z planów zostania artystką tatuażu i postanowiła zdawać na prawo.

- Mnie ten problem za bardzo nie dotyczy - mówi Mari Kuuteri. - Mój najmłodszy syn nie za bardzo lubi książki, więc poszedł po podstawówce do zawodówki i uczy się na sanitariusza. Wiesz, pomoc osobom starszym czy niepełnosprawnym uczniom w szkole. To doskonały fach, dobrze płatny. O niego jestem spokojna. Drugi syn będzie prawdopodobnie pracował w budownictwie, a najstarszy studiuje geografię, oczywiście kierunek nauczycielski. Tak więc nikt z nas nie musi bać się bezrobocia. Jeśli do tego dołączymy mojego męża, który jest szefem kuchni w sieci restauracji, to faktycznie jesteśmy szczęściarzami.

Jest jeszcze jedna rzecz w fińskich szkołach, która budzi niezadowolenie obu mam. Mają zastrzeżenia do lekcji religii, obowiązkowych. Niby istnieje opcja - etyka, ale mało kto na nią chodzi.

- Musiałabyś oficjalnie wyrejestrować się ze swojego Kościoła. Mnie nigdy nie chciało się do tego zabrać - mówi Ulla. - Ponad 80 procent Finów oficjalnie należy do Kościoła luterańskiego, choć prawie nikt dziś już nie praktykuje.

- A jeżeli ktoś po prostu powie, że jest niewierzący?

- Tak się nie da. Jesteś w systemie i automatycznie dziecko zapisane jest na religię.

Jednak religia w szkole fińskiej wygląda inaczej niż u nas. Zabroniona jest na przykład modlitwa i jakakolwiek indoktrynacja. Do szóstej klasy dziecko poznaje zasady wiary i historię swojego Kościoła. Po szóstej klasie uczy się o innych wyznaniach.

- I to mi się bardzo nie podoba! - Ullę popiera Mari. - Siódma klasa to zdecydowanie za późno, żeby poznawać inne religie. Przecież mieszkają u nas dzieci arabskie i nie mają pojęcia, co dla nas znaczy choinka! Z kolei nasze dzieci nie rozumieją, dlaczego ich koledzy nie jedzą nic w ramadan.

Ulla i Mari niepokoją się, że w ten sposób może rodzić się rasizm.

Depresja

- No a wasze szkoły jakie są? - pyta mnie na koniec Ulla.

- Wiesz, u nas też nie jest różowo - pocieszam ją. - Wyścig zaczyna się już w przedszkolu, zanika czytelnictwo, nauczyciele są mało zmotywowani, za wszystko trzeba płacić.

- Ale wasze dzieci jakie są? Mają jakąś nadzieję? Wiarę, że przyszłość leży w ich rękach?

- Chyba tak. Są raczej wesołe.

- A u naszych coraz częściej diagnozuje się depresję. Wiesz, co mnie bardzo zaszokowało, gdy zaczęłam podróżować po Europie? To, że za granicą samobójstwo traktowane jest jako coś ekstremalnego. Mówi się o tym przyciszonym głosem. U nas to jeden z normalnych sposobów zakończenia życia. Są regiony, gdzie samobójstwa są jednym z najczęstszych przyczyn zgonów. Każdy z nas znał osobiście kogoś, kto popełnił samobójstwo.

- Mówi się, że to z powodu pogody.

- Chciałabym w to wierzyć - mówi smutno Ulla. - Tylko że Szwecja ma taką samą pogodę, ale nie jest tak depresyjna. My chyba po prostu nie umiemy się cieszyć życiem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.