Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Andrea Kloster wodzi palcem po planie San Salvador, 16-tysięcznego miasteczka w regionie Entre Rios na północy Argentyny.

- Widzicie park? Dom na rogu: syn - białaczka, ojciec - guz mózgu, senor za zakrętem - rak języka, 52 lata. Dalej - Deni, po dwudziestce, osierociła dwie córeczki. Tu kolega śpi z aparatem tlenowym. A na rogu rak szczęki.

Andrea ma wrażenie, że są sezony na części ciała: jelita, żołądek, mózg. Zaznacza na mapie żółte punkciki - to chorzy. Czerwone - zmarli.

- Wszyscy tak skończymy. Wy też - mówi niebieskooka wnuczka imigrantów z Niemiec i Włoch. - Ludzie nie rozumieją, że to, co ich karmi, sprawia, że umierają.

Komary

Wśród żółtych i czerwonych kropek na mapie wyrastają ogromne przemysłowe młyny. San Salvador to dawna ryżowa stolica Argentyny. Ryż zapełniał żołądki, ale dopiero soja utuczyła mieszkańców.

W ciągu ostatnich 15 lat opanowała 60 proc. ziem uprawnych Argentyny. Zielone złoto. Ludzie w końcu mieli pieniądze, by kupić nowe domy i samochody. I by się zabawić. Dlatego Andrea rzuciła pracę na loterii i zaczęła organizować imprezy. Siedzimy w jej domu na barokowej kanapie. Na stole kandelabry z przezroczystego plastiku i ufarbowane na granatowo margaretki.

- Do niedawna nie zwracałam uwagi na krążące po mieście komary - tak mówimy na pojazdy pryskające, ani na samoloty, które rozpylają pestycydy niezbędne do upraw GMO - mówi Andrea.

Do czasu gdy piękna 30-letnia Cecilia umarła w sześć miesięcy po diagnozie guza mózgu. Napisała wtedy na Facebooku: "Mam wrażenie, że w miasteczku dzieje się coś niedobrego".

Tego samego dnia pod dom Andrei zajechała dziewczyna na rowerze. "Moja mama jest pielęgniarką i chce z tobą porozmawiać. Jedźmy".

Razem z pielęgniarką wyliczają przypadki: Joan, 1,5 roku, gorączka, wymioty, umarł na oddziale onkologii w Buenos Aires. Jego 56-letni dziadek i 16-letni wujek - rak. I tak kolejne domy, ulice, dzielnice.

Andrea postanowiła głośno powiedzieć, że trzeba ograniczyć rozpylanie toksycznych chemikaliów. Pocztą pantoflową skrzyknęła prawie tysiąc osób. Pod koniec 2013 roku założyła grupę sąsiedzką "Wszyscy za wszystkich". Powstałe przy niej Obserwatorium Śmiertelności wyliczyło, że między 2010 a 2013 rokiem przyczyną 43 proc. zgonów miasteczku był rak (108 na 249 zmarłych).

Burmistrz był zniesmaczony.

- Stwierdził, że jestem szalona, że nie mogę wypowiadać się na temat, o którym nie mam pojęcia.

Latyfundium Henryka Stokłosy



Opryskani

Andrea pisze do mądrzejszych od siebie. Zaprasza na wykład farmakologa Medardo Ávilę Vásqueza z Sieci Lekarzy Ludów Opryskanych. Płaci za jego nocleg. Spodziewa się tysiąca osób. Przychodzi 40.

- Na każdego Argentyńczyka przypada 6 litrów pestycydów, to największy wskaźnik na planecie. Zanieczyszczone są powietrze, woda, jedzenie i bawełna - pestycydy znaleziono w mleku matek, w podpaskach i tamponach [na początku 2016 Francja i Kanada wycofały z rynku podpaski i tampony wyprodukowane w Argentynie ze względu na zanieczyszczenie glifosatem - przyp. aut.]. Mieszkańcy terenów wiejskich cierpią na raka trzykrotnie częściej niż średnia krajowa - uświadamia zebranych.

Vásquez opowiada też o przełomowych badaniach biologa molekularnego i embriologa Andrésa Carrasco, które w 2009 roku zaprowadziły go na okładkę krajowej gazety, potem spowodowały falę telefonów z pogróżkami, a w końcu wykluczyły z mainstreamowego środowiska akademickiego.

Minister zdrowia i technologii Lino Baranao publicznie stwierdził, że jego badania nie są rzetelne, a ministerstwo napisało maila do Narodowej Komisji Etyki w Nauce i Technologii z prośbą, by ocenić Carrasco. Argumentem miał być fakt, że Carrasco najpierw opublikował efekty badań w gazecie, a nie w piśmie naukowym. Gdy mail przeciekł do prasy, Komisja się wycofała. W 2013 roku CONICET, Naukowa Rada ds. Badań Naukowych i Technicznych (najważniejsza instytucja naukowa w kraju, do której należał), odrzuciła jego wniosek o przyznanie najwyższego tytułu naukowego.

Carrasco dowiódł, że glifosat, chemiczny fundament modelu upraw sojowych, jest szkodliwy dla embrionów zwierząt (badał kurczaki i płazy) - podawany regularnie, w niewielkich ilościach, jest przyczyną deformacji czaszek, mózgu, serca i przewodu pokarmowego. Powoduje choroby, które dziś są powszechne we wszystkich rolniczych prowincjach kraju. W ciągu ostatnich 25 lat przestrzeń uprawna Argentyny wzrosła o połowę, a zużycie pestycydów - o ponad 900 proc. W efekcie 12 milionów Argentyńczyków, czyli 1/3 populacji, jest narażonych na kontakt z chemikaliami.

W obliczu ostracyzmu Carrasco powiedział: - Są dowody naukowe, a przede wszystkim są setki miasteczek, które są żywym dowodem na szkodliwość pestycydów. Nie zasłonią słońca ręką.

Po wykładzie Vásqueza Andrea robi kolację. Przysiada się do doktora, podaje piwo.

- Jak to się wszystko skończy? - pyta.

Lekarz: - Umrą miliony. A kiedy umrą, wszyscy doznają nagłego oświecenia. Ale oni już nie będą żyli.

Statki

Argentyna zezwala na uprawę roślin GMO w 1996 r., ale rusza ona z kopyta dopiero po krachu ekonomicznym w 2001 r. Soja rozlewa się po kraju - niewielcy właściciele ziemscy sprzedają lub dzierżawią swoje działki pod uprawy zakrojone na wiele tysięcy hektarów. To monokultura i tzw. uprawa zerowa, gdzie pola pod zasiew przygotowuje się wyłącznie za pomocą herbicydów (pestycydów zaprojektowanych do tępienia roślin).

- Ci, którzy dają ziemię w dzierżawę, pokupowali wielkie auta. Dzierżawcy mają w nosie, jakie są konsekwencje, z powodu których cierpią ludzie. I tak tu nie mieszkają - mówi Andrea.

Zielone złoto wypędza krowy z pastwisk, a ludzi ze wsi, ale wyciąga Argentynę z kryzysu.

Pola soi są opryskiwane kilka razy w roku. Najpopularniejszy z pestycydów to glifosat, składnik flagowego produktu Roundup firmy Monsanto, światowego potentata rolniczego i monopolisty na rynku roślin genetycznie modyfikowanych (w 2015 roku zarobił 15 miliardów dolarów). W tym samym roku eksperci z Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem (IARC) należącej do WHO stwierdzili, że aktywny składnik herbicydu Roundup, czyli właśnie glifosat, jest "dla ludzi prawdopodobnie kancerogenny". Dalej endosulfan firmy Bayer (ze względu na szkodliwość zakazany w 80 krajach) i 2,4-D - składnik słynnego "Agent Orange", herbicydu rozpylanego nad uprawami ryżowymi w trakcie wojny w Wietnamie, który spowodował upośledzenia i chłoniaka u tysięcy ludzi.

W Rosario, trzecim największym mieście kraju, w ciągu dekady wyrasta kilkanaście prywatnych portów. Ładują po 30 tysięcy ton pryskanej pestycydami soi GMO na statek. Płyną do Azji (głównie Chin), Afryki i Europy (gdzie karmi się nią hodowlane kury i świnie). Handel soją stanowi 17 proc. całego eksportu Argentyny, która staje się jej trzecim na świecie producentem (po USA i Brazylii).

Kiedy widzę jabłko, które ma plamki i narośle na skórce, to obchodzę je z daleka. Bo jestem toksykologiem



Pajęczyna

Rolnicy w San Salvador mówią, że w ich przydomowych ogródkach nie rosną już pomidory ani drzewa owocowe. Glifosat zabija wszystko, co nie jest genetycznie zmodyfikowane na przetrwanie. W jednych gospodarstwach zaczęły ronić krowy, w innych owce. Wszędzie - kobiety.

- Ponad 30 lat pracuję jako lekarz. Odbieram dzieci, opiekuję się noworodkami, potem dziećmi, ich rodzicami i dziadkami - mówi doktor Dario Gianfelici, który mieszka w sąsiedniej miejscowości. - Pod koniec lat 90. zauważyłem zmianę: poronienia są nagminne, wzrosły problemy z płodnością i śmiertelność dzieci przy porodzie.

- Wiatr rozwiewa ten glifosat po całej okolicy - sięga ręką po horyzont rolnik Sergio Eckert z San Salvador, którego policzek rozcina blizna - ślad po wycięciu raka języka.

Przez kilka tygodni w roku słońce nad San Salvador jest zamglone. Pył osiada na wywieszonym praniu i półkach jak po wybuchu wulkanu. Na "komarach", które ktoś myje w strumieniu. Na bidonach po agrochemikaliach, które czasem służą za krzesło lub pojemnik na wodę.

- Pestycydy są w tym, co jemy, pijemy i czym oddychamy. Przyzwyczailiśmy się do niebezpieczeństwa jak do jazdy 150 kilometrów na godzinę.

Sergio Eckert jest jednym z rolników maszerujących u boku Andrei. Pod wpływem ich protestów miasto organizuje "stół środowiskowy": w efekcie "komary" przestają jeździć po centrum i chowają się w garażach. Ale ruch zaczyna się kurczyć: z tysiąca uczestników robi się wkrótce kilkadziesiąt.

Brakuje siostrzenicy Santiago, który boryka się z guzem tak wielkim, że wychodzi mu z gardła. "Wiesz, dostałam pracę w urzędzie miasta, to dla mnie szansa" - pisze do Andrei na FB.

I brakuje pielęgniarki, która została szefową przychodni.

Ruch oporu rozsadzają od środka urzędnicy i właściciele ziemscy - za pracę, stanowisko albo blachę na wykończenie domu.

- Kupili większość moich towarzyszy walki - Andrea wzrusza ramionami.

Jest towarzyska, ale teraz rzadziej wychodzi. Nie lubi, jak w kolejce w banku odwracają wzrok. Frustracji Andrei dzielnie wysłuchują mąż i cztery córki - trzy rodzone, jedna adoptowana. Rozwesela ją 4-letni Bauti, którego przygarnęli za zgodą matki narkomanki, gdy miał osiem miesięcy. Myśli najlepiej zajmuje jej organizacja imprez - właśnie pieczołowicie dekoruje tasiemkami staromodne klatki dla kanarków, bo jutrzejsze urodziny mają być w stylu vintage.

Andrea rozumie najemnych rolników - dostają minimalną pensję, a po zbiorach - procent. Można kupić ziemię, za rok - materiały budowlane, w następnym - postawić dom. Mówią, "mój patrón jest dobry".

Ale nie rozumie tych, którzy mają więcej - finansów i świadomości.

- Moje miasto jest pajęczyną. Ojciec lekarki ma 3 tys. hektarów obsianych soją. Mąż sąsiadki, która przewodniczy organizacji charytatywnej, sprzedaje pestycydy. Jej syn jest inżynierem agronomem, rak jądra, jedno usunięte. Nie kojarzą faktów. Przestali mi mówić "dzień dobry".

W dymie uzdrowisk



Woda

Większość ludzi w San Salvador i okolicy wciąż nie wierzy w zależność raka od pestycydów.

- To może być czysty przypadek - zapewnia Silvana Saavedra, dyrektorka stacji epidemiologicznej w prowincji Entre Rios, z wykształcenia weterynarz.

- Nie wiem, skąd się u nas bierze ten rak - przyznaje burmistrz San Salvador Marcelo Berthet. - Ale wszyscy wiemy, że wiele przypadków jest skutkiem palenia papierosów.

- Andrea jest szalona - komentuje jeden z pilotów samolotów opylających, który chce pozostać anonimowy. - Glifosat jest jak woda. Jeśli chcecie, mogę wypić szklankę.

Być może ufają raportom przedstawionym przez Monsanto. Biuro prasowe tej korporacji, podobnie jak firmy Syngenta, nie odpisuje na nasze maile. Ale w ostatnim pisemnym oświadczeniu na temat raka i pestycydów, sprzed trzech lat, rzecznik Monsanto Thomas Helscher napisał: "Z powodu braku rzetelnych danych trudno stwierdzić tendencję do pojawiania się chorób, jeszcze trudniej ustanowić zależność przyczynowo-skutkową. Według naszej wiedzy takowa nie występuje". Dodał też, że Monsanto nie toleruje złego stosowania pestycydów, a także regularnie komunikuje się z klientami w temacie "odpowiedniego stosowania naszych produktów".

Gladiator

Z opuszek zniknęły linie papilarne, z korpusu - mięśnie. Papki do wsysania przez rurkę przygotowuje mu mama albo córka. Fabián Tomasi nie wychodzi nawet na taras swojego zielonego domku w Basavilbaso, 128 km od San Salvador.

Za progiem obskakuje nas wesoła suczka.

- Paskuda jedna! - lamentuje. Po chwili się rozpromienia - Nie no, uratowała mi życie. Ona i królik Rodolfo.

Kiedyś Fabián ważył 80 kg. Najmował się do różnych prac, aż trafił na pas startowy, gdzie chorągiewkami oznaczał drogę samolotom opryskującym. Nie dostał kombinezonu, rękawiczek ani żadnych instrukcji. No, poza jedną - by nie jeść kanapek pod wiatr, bo wtedy chemikalia szkodzą. Jadł je pod skrzydłami, na równinie innego cienia nie było.

Najpierw zaczęły mu krwawić opuszki, plamy szybko rozlały się na dłonie i ręce. Lekarze z Argentyny i Holandii orzekli, że został zatruty agrochemią, efekt: polineuropatia, schorzenie układu nerwowego, i cukrzyca. Każe mamie szukać papierów: - Musicie wiedzieć, że mówię prawdę, inaczej korporacje się do was przyczepią. W diagnozach oprócz polineuropatii pojawia się też zapalenie skórno-mięśniowe, atrofia mięśni i zatrucie chemikaliami.

Fabián jako pierwszy w Argentynie mówił wprost o pestycydach i chorobie. Stał się ikoną walki z agrochemią, jego zdjęcie zilustrowało książkę i dziesiątki artykułów.

- Też chcecie zrobić? Nie mam z tym problemu.

Ale my mamy. Jakbyśmy mieli fotografować więźnia z Auschwitz. Zawstydzeni mamroczemy, że nie trzeba.

W szklanej gablocie, która oddziela kuchnię od saloniku, stoją modele samolotów. Niektóre z Polski. Fabián już od lat nie może sklejać nowych.

Mówi o sobie, że jest "cieniem sukcesu sojowego". Razem z innymi poszkodowanymi wniósł sprawę do sądu o "szkodę środowiskową, moralną i karną", wnoszą też o niezezwalanie na wprowadzanie nowych GMO do kraju. Oskarżonymi w sprawie są m.in. państwo, Monsanto i Syngenta. Jeśli przyznają mu odszkodowanie, chce je przeznaczyć na remont kolei - kiedyś łączyła całą okolicę. Ale z firmą, która go zatrudniała, nie ma zamiaru się sądzić.

- To kwestia ideałów - uważa Tomasi. - Jeśli nic nie inkasuję, nikt nie może mi zarzucić, że działam dla pieniędzy. Ważne, by w końcu przestali opryskiwać. Mija dziesięć lat, a "komary" wciąż jeżdżą po mieście. Nie mam siły za nimi biegać. Już dałem z siebie wszystko. Napisali o mnie setki artykułów, m.in. w "El Pais", "Washington Times", byłem też w telewizji CBS - i nic. Świat otrzeźwi dopiero jakaś katastrofa ekologiczna. Już nie mam przyszłości. Męczą mnie ból i samotność. Na Facebooku śledzi mnie kilka tysięcy osób. Piszą: "Dawaj!", "Jesteś gladiatorem!".

Jakim gladiatorem? Nie mogę wyjść z domu. Modlę się do Boga, ale wstyd mi prosić go o radość. Proszę o tydzień bez bólu.

Szadółki: Smród zabiera nam godność



Zielona Al-Kaida

Daniela i Damiána łączy więcej niż ojca i syna.

Starszy Verzenassi, Daniel, emerytowany onkolog dziecięcy, działacz ekologiczny, od 20 lat trąbi o zagrożeniach związanych z pestycydami. - Kiedy 20 lat temu zaczynaliśmy, nazywali nas ekscentrykami i zieloną Al-Kaidą - wspomina.

Młodszy Damián jest medykiem i magistrem zdrowia publicznego, wykłada na wydziale medycyny na uniwersytecie w Rosario. - Ekologia była osią naszych rodzinnych rozmów.

Starszy D.V. całe życie pracował z pacjentami. Pamięta czasy, kiedy na jego oddziale onkologii dziecięcej w San Roque w Paraná cieszyli się ze sterylnej sali dla dzieci po chemioterapii na sześć łóżek. Niebawem musieli zaadaptować całe piętro.

Młodszy D.V. poświęcił się pracy naukowej w Instytucie Nauk Społeczno-Środowiskowych, gdzie stara się naukowo dowieść tego, czego doświadczył ojciec - związku środowiska z chorobami.

Ich córka i siostra urodziła upośledzone dziecko, syn i brat miał chłoniaka Hodgkina. - Tylko niech mnie nie wkurwiają, że angażujemy się ze względu na rodzinę - uprzedza starszy D.V. - My jesteśmy tylko kolejnym przykładem.

W uniwersyteckim korytarzu stoją słoje z formaliną. Zdeformowane płody, strzępki zrakowaciałego jelita i płuc.

Verzenassi młodszy zaprasza do gabinetu.

- Soja niepostrzeżenie stała się częścią naszej diety. Wszystkie słodycze zawierają lecytynę sojową, która pochodzi z upraw GMO - zaczyna. - Wyobraźcie sobie, że nikt nie zbadał jej wpływu na człowieka przed wprowadzeniem do masowego obiegu. Nie wiemy więc, czy nie ma związku z np. wzrostem przypadków alergii pokarmowych, nadczynności tarczycy, problemów z płodnością. Trwa eksperyment na naszych ciałach na skalę światową.

Damián od sześciu lat prowadzi badania o przyczynach śmierci w regionie - w miejscowościach do 10 tysięcy mieszkańców studenci chodzą od domu do domu i pytają o choroby. Chociaż San Salvador jest większe, dla zaniepokojonych mieszkańców zrobili wyjątek.

- Zaobserwowaliśmy, że w ciągu ostatnich 20 lat zmienił się sposób umierania Argentyńczyków. Wzrosło m.in. występowanie białaczki, chłoniaka, raka płuc, narządów płciowych, pęcherza, prostaty, tarczycy. 20 procent Argentyńczyków umiera na raka w Buenos Aires, w prowincjach rolniczych aż 40 procent! Średnio na świecie dwoje na sto dzieci rodzi się z wadami rozwojowymi, w Entre Rios sześć-siedem.

Czy to tylko z powodu pestycydów? Nie wiem. Ale czy ktoś może mi powiedzieć, że wzrost ich użycia o 983 procent nie ma z tym nic wspólnego?

Choroby chroniczne trudno wykryć. Starszy D.V. tłumaczy to tak: nasz organizm jest jak szklanka, kolejne krople szkodliwych substancji nie powodują symptomów. A potem spada jedna za dużo i organizm nie daje rady.

Śmiało można założyć, że wszyscy mamy w obiegu pestycydy - nie tylko w Argentynie. W maju tego roku glifosat objawił się w moczu europejskich parlamentarzystów w stężeniu wyższym od dopuszczalnego stężenia w wodzie o 17 razy. 48 polityków poddało się badaniu z inicjatywy Partii Zielonych.

Do końca czerwca Komisja Europejska ma zdecydować, czy przedłuży pozwolenie na stosowanie glifosatu w Europie o kolejne 15 lat. Głosowanie, które miało się odbyć w maju, na razie przełożono z powodu sprzecznych badań - Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC) należąca do WHO przekonuje, że glifosat prawdopodobnie jest rakotwórczy, a Europejski Urząd Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) - że nie. IARC przebadał przypadki zachorowań na raka u ludzi i zwierząt laboratoryjnych, a także genotoksyczność substancji, która prowadzi do zmian w DNA. EFSA twierdzi, że przeanalizowała całą dostępną literaturą, a jej trzyletnie badania prowadziło około stu naukowców. Różnice tłumaczą różną metodologią badań.

W tej chwili w UE dozwolona jest uprawa tylko kukurydzy GMO - MON 810, od Monsanto. W Europie głównie zjadamy glifosat. Argentyna wchłania go całą sobą.

- Od lat wnioskujemy do Ministerstwa Zdrowia o zmianę protokołu badania krwi pod transfuzję, tak by analizowano zawartość pestycydów we krwi dawcy, tak jak AIDS czy żółtaczkę. Bez skutku. Pacjenci w stanie krytycznym, chorujący na raka w związku z zatruciem środowiska, na ozdrowienie dostają zatrutą krew. To skandal sanitarny! - oburza się starszy D.V.

- Nikt nie notuje zależności między tym, kiedy zgłaszają się pacjenci, a opryskiwaniem - zauważa młodszy D.V. - Większość wydziałów medycyny funkcjonuje według XIX-wiecznej logiki przyczyny i skutku, kiedy odnalezienie mikroba pozwoliło znaleźć przyczynę cholery i stwierdzić, że to jednak nie kara boska. Tylko że w XXI wieku nie ma już prostych zależności - to synergia procesów powoduje chorobę. A kto ma władzę ekonomiczną, ten decyduje, na co będziemy chorować i umierać w tej części świata.

Woda jak kromka chleba



Król

Jedni nazywają go diabłem, inni sojowym królem. Nie lubi ani jednej, ani drugiej ksywki.

- Nie żyję ani nie zachowuję się jak król - mówi Gustavo Grobocopatel, jeden z najważniejszych przedsiębiorców kontynentu, szef grupy Los Grobo, która rocznie zarabia 800 milionów dolarów. Zarządza 150 tysiącami hektarów w Argentynie, Urugwaju, Paragwaju i Brazylii. Ponad połowa z nich jest obsiana soją.

Miliarder jeździ ośmioletnim samochodem, nie korzysta z usług szofera ani kucharki. Uważa, że współczesny model rolnictwa nie ma z monarchią nic wspólnego.

- W przeszłości, by zostać producentem rolniczym, trzeba było być synem posiadacza ziemskiego. Dziś może nim zostać syn fryzjera - nie potrzebujesz ani ziemi, bo ją wynajmujesz, kapitału, bo go pożyczasz, ani pracy, bo jest technologia i pracownicy najemni - wylicza. - Ten model biznesowy sprawia, że dostęp do rolnictwa jest bardziej demokratyczny. Społeczeństwo nie dzieli się na małych i dużych, tylko na tych, którzy się adaptują albo nie. Ci, którzy nie łapią okazji, przegrywają.

W debatach publicznych, spotkaniach ze studentami i dziennikarzami Gustavo ma odpowiedź na każdy zarzut.

Uprawa zerowa wyjaławia ziemię - Gustavo mówi, że: - powstrzymuje erozję;

- zanieczyszcza środowisko - gdybyśmy nie rozwinęli technologii, to ryzyko zanieczyszczenia byłoby niższe, ale więcej ludzi umarłoby z głodu;

- zabiera pracę - owszem, zabiera ją traktorzyście, ale za to potrzeba więcej adwokatów i księgowych;

- pestycydy powodują raka - nie ma dowodów na szkodliwość glifosatu. Inaczej państwo by go przecież zakazało.

- A jaką mamy opcję - przestać produkować? Dajemy ludziom więcej jedzenia za co raz niższą cenę - mówi Grobocopatel z przekonaniem. - Teraz jest najlepszy moment w historii, by zostać przedsiębiorcą rolniczym.

Pisarz

Nie tylko Grobocopatel uwodzi słuchaczy argumentem o "wykarmianiu świata". To czołowe hasło wszystkich sojeros, ludzi powiązanych z biznesem sojowym, i Monsanto. Na razie to jednak mit. Nikt nie wie o tym lepiej niż Martin Caparrós, argentyński pisarz, z którym spotykamy się przy okazji polskiej promocji "Głodu".

- W latach 70. nastąpiła cicha rewolucja, której nie odnotowała historia - po raz pierwszy wyprodukowaliśmy tyle jedzenia, by wyżywić cały świat. Wcześniej, bez nowoczesnych technologii, nie byliśmy tego w stanie zrobić. Dlatego moim zdaniem problemem nie jest zmiana paradygmatu produkcyjnego, problemem jest to, kto na tej zmianie skorzystał. Musimy wymyślić polityczne formy nacisku, które sprawią, że nowe technologie będą pracować na korzyść mas, nie jednostek.

Każda epoka ma swojego potwora. Dziś jednym z nich jest Monsanto. Całkowicie kontrolują światowy rynek genetycznie modyfikowanych ziaren - coraz bardziej przypomina to władzę nad tym, kto je, kto nie, i za jaką cenę. Monsanto jest odpowiedzialna za głód milionów ludzi, którzy zostali bez ziemi lub bez ziaren.

Jego przyjaciel po piórze, niedawno zmarły urugwajski pisarz Eduardo Galeano nazywał firmę Monsanto "międzynarodowym killerem", który zatruwa ziemię.

Indonezja. Wgryzasz się w palce orangutana



Ludobójstwo

Marta Maschio mieszka w Villa Elisa, 80 kilometrów od San Salvador. Jest nauczycielką angielskiego, w lokalnym radiu prowadzi program "Siejąc świadomość", gdzie opowiada o związkach między agrochemią a chorobami. Może nas przyjąć dopiero po 13.15.

Kto puka wcześniej, ten wybija ją z rytmu i Marta gubi się w planie działania. - Kąpiel, jedzenie zrobione w ostatniej chwili przed wyjściem na terapię, bo jak powącha i stwierdzi, że sprzed kilku godzin, to mówi "bua". Jest dyktatorem.

Zainteresowanie Marty pestycydami narodziło się 29 lat temu, wraz z czwartym synem. Diagnoza: agenezja ciała modzelowatego - wada, która skutkuje niedorozwojem umysłowym. Dani nie czyta, nie pisze, nie mówi.

- Wie, że tylko my go rozumiemy. A mnie to rozwala duszę.

Przez lata bywała u różnych lekarzy. Jeden doktor z Kordoby zalecił, by wystrzegali się soków sojowych (w Argentynie mleko sojowe z domieszką owoców jest bardzo popularne), więc wyeliminowała je z diety. Jednak dopiero pięć lat temu (dzięki akcji badania krwi zorganizowanej przez kilku naukowców z Uniwersytetu w La Placie) dowiedziała się, że Dani ma we krwi zakazany dziś środek owadobójczy DDT.

- Ludzie w okolicy tak się bronią przed świadomością: dziadkowi nic nie było, ojcu nic nie było, mnie też nic nie będzie. Wiedzą, że ktoś tam umiera, ale nie łączą tego z pestycydami. A przecież ich użycie drastycznie wzrosło, a chemikalia mogą spowodować zmiany, których symptomy odczujemy po dziesięciu latach.

Marta ma nadzieję, że kiedyś każdy, kto będzie miał dowód, że jego choroba jest spowodowana przez pestycydy, będzie przynajmniej dostawał odszkodowanie od państwa.

- Teraz nikt nie bierze odpowiedzialności. Swoją drogą leczenie nas wszystkich, którzy chorują z winy prywatnych międzynarodowych korporacji, to niesamowity koszt dla budżetu państwa.

- Tyle kasy, a nasz szpital nie ma USG ani nawet lekarza dyżurnego - zgadza się Andrea i zabiera od Marty kubek z mate. - Cała idzie do urzędów miasta, prowincji, rządu, eksporterów, właścicieli ziemskich, dzierżawców, sprzedawców pestycydów. Politycy finansują z nich kampanie polityczne, niech nie myślą, że nie wiemy.

Marta podaje ciasteczka i mówi:

- Skoro wiadomo, że pestycydy mogą powodować zaburzenie równowagi organizmu i problemy zdrowotne, to moim zdaniem uprawa roślin GMO to ludobójstwo. Po prostu. Zabija się ludzi dla pieniędzy. Dewizy wygrywają z życiem.

W kolejne weekendy marca "Wyborcza" zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony'ego Halika: Meksyku, Francji, Grecji i Argentyny.

W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.


Od połowy marca biografia Tony'ego Halika dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl a także w formie ebooka w Publio.pl