* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem

Słowa z grypsu: "Bóg czuwa nad cierpiącymi". I wiadomość: "Paczki proszę wysyłać przez Czerwony Krzyż. Proszę wysyłać suszony chleb lub suchary". Moja Matka, Stanisława, wysyłała, co tylko było możliwe, ale na Majdanku wszystko rozkradli, do Ojca nie dochodziło nic. Zginął tam w wieku 38 lat. Dostaliśmy dokument: "Na podstawie ksiąg z 1943 r., nr 1248, zaświadcza się, że Synowiec Mikołaj ur. 5.12.1905 r. zmarł w Lublinie, obóz na Majdanku, dnia 10 sierpnia 1943 r. (parafia św. Pawła w Lublinie)".

Cieszył się szacunkiem

Przed wojną mieszkaliśmy na Kresach Wschodnich, w robotniczym miasteczku Synowódzko Wyżne (powiat Stryj). Ojciec był urzędnikiem firmy Godula, której szefowali panowie Renje i Wilmowski. W Synowódzku był ogromny tartak, gdzie obrabiano drewno zwożone z lasów kolejką wąskotorową. Robotnikom firma postawiła mieszkalne baraki.

Większość mieszkańców stanowili Rusini (tak wtedy nazywano Ukraińców). Mieli swoją cerkiew, szkołę i inne instytucje. Polacy - kościółek, szkołę, ośrodek kultury i spółdzielnię spożywczą. Do wybuchu wojny Ojciec cieszył się wielkim szacunkiem wśród społeczności polskiej, żydowskiej i ukraińskiej - jako społeczny komendant tzw. obrony narodowej i Strzelca. Nigdy nie dopuścił do jakichkolwiek incydentów narodowościowych.

Pamiętam, jak Ukraińcy podczas niedzielnego festynu wywiesili niebiesko-żółte flagi. Niektórzy Polacy chcieli je zrywać - a jechaliśmy wtedy kolejką wąskotorową na wycieczkę do Majdanu. Ojciec na to nie pozwolił. Był bardzo stanowczy. Mogło przecież dojść do bójki, a po obu stronach były kobiety i dzieci.

Żydzi, pamiętam, tytułowali Ojca: panie burmistrzu, Ukraińcy - pane Mykoła.

Na brydża przychodzili do nas ks. proboszcz Kalbarczyk, kierownik kasy chorych Begleiter, Żyd, i kierownik apteki Harasiewicz. Naszym sąsiadem był rabin, synagoga znajdowała się parę metrów od domu, odgradzały nas tylko mały parkan i kilka śliw. U sąsiadów, Żydów, kupowaliśmy kozie mleko. Nie przepadałem za nim, ale za macą tak (zawsze trochę dostawałem).

Podczas zamieszek ukraińskich Ojciec zapobiegł podpaleniom domów i napaściom na ludzi. Korzystał z tego, że podlegali mu rezerwiści Strzelca i "obrony narodowej". Gdy przed samym wybuchem wojny wracali z ćwiczeń (był to chyba czerwiec 1939 r.), rodziny urządziły w świetlicy uroczyste spotkanie. Nie zapomnę chwili, gdy wszedł Ojciec. Wszyscy wstali z ław i wołali: "Sto lat! Sto lat dla komendanta!".

Walczył w obronie Lwowa

W 1939 r. Niemcy Hitlera i ZSRR Stalina dokonały zbrodniczego rozbioru Polski. Ojciec walczył w obronie Lwowa, który nie dał się zdobyć Niemcom, ale skapitulował przed Armią Czerwoną. Gdy uciekinierzy ruszyli w stronę rumuńskiej granicy, Ojciec furmanką wiózł do Lwowa broń i żywność. Usłyszał od kogoś: "Z drogi, bo cię zastrzelę jak psa!". Odpowiedział: "Łatwiej zastrzelić polskiego oficera niż wroga". Odchylił przy tym pelerynę i ci, co go zaczepili, zobaczyli oficerskie dystynkcje.

Po kapitulacji Lwowa wrócił do domu. Ledwie to zrobił, zjawiła się przed drzwiami ciężarówka NKWD. Podczas rewizji przewrócili dom do góry nogami, zabrali radio, telefon, encyklopedię, atlas, wszystkie fotografie. Ojciec został aresztowany. I wyrzucili nas z mieszkania (mieliśmy trzy pokoje, łazienkę, bieżącą wodę i światło, wszystko służbowe).

Ojca uratowali polscy Żydzi, panowie Schapiro i Adlesberg. Wykorzystali to, że w ich kamienicy stacjonował lokalny sztab NKWD. Cena - zegarek marki Omega, nowy garnitur i złote kolczyki. Ojciec wrócił. Potem pracował na podrzędnym stanowisku, ale dali mu już spokój. Dostaliśmy nawet mieszkanie, choć już bez żadnych wygód (tylko ze światłem) i mniejsze. Zajmowaliśmy je wspólnie z państwem Wąsowiczami.

Pomagał ludziom

Czerwiec 1941 r. Wojna Niemcy - ZSRR. Starcie dwóch zbrodniczych imperiów. Jak bardzo do ich władców, Hitlera i Stalina, pasuje opis z Księgi Izajasza (rozdz. 14, wers 19-20): "A tyś wyrzucony z twego grobu jak ścierwo obrzydliwe, otoczony pomordowanymi, jak trup zbezczeszczony! Z tymi, których składają na kamieniach grobowego dołu, ty nie będziesz złączony w pogrzebie, boś ty zatracił swój kraj, wymordowałeś twój naród. Na wieki nie będzie wspomniane potomstwo złoczyńców".

Ze strychu kamienicy przyjaciół Ojca, państwa Moroz, Ukraińców, obserwowałem wejście Niemców do Synowódzka. Jechały tankietki i motocykle, Ukraińcy obsypywali je kwiatami.

Ponieważ większość mieszkańców miasteczka stanowili Ukraińcy, z woli Niemców opanowali wszystkie urzędy i instytucje. Nie wiem, czy chcieli pokazać, jak dużo im wolno, biorąc Ojca do rozbiórki mostu wysadzonego wcześniej przez Sowietów. Na szczęście firma, w której pracował Ojciec, miała mocne kontakty z Niemcami. Przywrócono go do pracy, choć na o wiele niższym stanowisku niż przed wojną. Grunt jednak, że miał pracę, a z nią kartki żywnościowe.

Mieszkaliśmy nadal z państwem Wąsowiczami. Okna naszego wspólnego mieszkania wychodziły na plac z synagogą i budynkiem zamieszkałym przez rabina i elitę żydowską. Był gorący lipcowy dzień. Na plac wjechały konne wozy. Powozili nimi uzbrojeni Ukraińcy w asyście niemieckich wojskowych. Na furmanki zabrano wszystkich Żydów z niewielkimi tobołkami: płaczące dzieci, kobiety, zrozpaczonych, bezsilnych mężczyzn, w sumie 35 osób. Konwojujący wrzaskiem przynaglali do pośpiechu. Drzwi synagogi zostały rozbite kolbami karabinów. Czego tam szukano?

Raptem zerwała się straszna burza. Niemcy i Ukraińcy schowali się pod dachy. Ale Żydom na to nie pozwolili, ci biedni ludzie mokli w strugach deszczu. I wtedy, wśród ulewy i błyskawic, na plac wszedł rabin z rękami wyciągniętymi ku niebu w geście błagania i rozpaczy. Matka i pani Wąsowiczowa płakały, Ojciec i pan Wąsowicz stanęli na baczność... Miałem wtedy tylko dziesięć lat, ale nigdy nie zapomniałem tej sceny.

Domy zabranych ludzi znajdowały się pod strażą Ukraińców. Obowiązywała kolejność rabunku: najpierw Niemcy, potem folksdojcze, Ukraińcy, a potem, kto chciał. Aż zostały tylko pierze z rozprutej pościeli i porozrzucane święte księgi z bożnicy. Samą synagogę błyskawicznie rozebrano na opał.

Dopiero później, podczas egzaminu maturalnego, poznałem los tych Żydów. Okazało się, że jeden z członków komisji egzaminacyjnej był dyrektorem szkoły w Synowódzku, znał mojego Ojca, a mnie rozpoznał po nazwisku. Opowiedział mi, że wszyscy zostali zamordowani na cmentarzu ofiar grypy hiszpanki z czasów pierwszej wojny.

Firma Ojca zdecydowała, że mamy wrócić do starego mieszkania. Miało ono dwa wejścia. Nocą przychodzili tam do nas, przez sad, panowie Adlesberg, Schapiro czy Begleiter. Moi rodzice ich dokarmiali i dawali im zawsze coś dla dzieci.

Ojciec kategorycznie zabraniał w tartaku brać od Żydów opłaty za ścinki drewna (przychodzili po nie, bo nie byli w stanie kupić innego opału). A mnie i moim kolegom powiedział, żebyśmy nigdy nie stukali do okien mieszkań zajmowanych przez Żydów i nie straszyli ich dzieci.

Ale cóż, nie wiadomo, jak i kiedy zbrodnicza ręka wykreśliła spośród żywych tych ludzi: moich przyjaciół - Tolka, Kubę, Rut, Salcię - i przyjaciół moich Rodziców - Adlesbergów, Schapirów, Simlerów, Bogleiterów...

Zginął z głodu?

14 stycznia 1943 r. Ojca aresztowało Gestapo. Gdy weszło do mieszkania, powiedział: "Już koniec". Niemcy byli w cywilu, porządnie ubrani, przyjechali dwoma czarnymi wozami. Rewizję mieszkania przeprowadzali bardzo dokładnie. Prawdopodobnie szukali antyniemieckich pism. Na tapczanie leżały pudełka z bombkami właśnie zdjętymi z choinki. Jeden z gestapowców (niektórzy umieli po polsku, może byli ze Śląska) powiedział, że to Niemcy dali światu zwyczaj ubierania drzewka na Boże Narodzenie. Matka na zawsze zapamiętała te słowa i w naszej rodzinie już nigdy nie było na święta choinki.

Matka, a ja z nią, jeździła do więzienia Gestapo w Drohobyczu. Próbowała przez pewnego folksdojcza wyrwać Ojca z więzienia, ale pośrednik szubrawiec oszukał Matkę na duże pieniądze. Mało tego, zagroził, że i ją aresztują, jeśli się będzie upominała o zwrot.

W wielkanocny poniedziałek byliśmy oboje pod więzieniem. Matka rozpaczała: "Jeżeli nie pozwolicie nam na widzenie, to chyba nie ma Boga". I stało się, pozwolili. Był tam mały pokoik cały obity blachą, z drewnianym stołem i ławami, z lampką elektryczną. Zamknęli nas tam we troje. Matka rozmawiała z Ojcem, a ja płakałem. Wtedy widziałem Ojca ostatni raz. Potem ktoś przesłał Matce wiadomość od Ojca, że został wywieziony na Majdanek.

Dostaliśmy od Niego gryps: "Bóg czuwa nad cierpiącymi".

W sierpniu 1943 r. przyszła straszliwa wieść - niemieckie zawiadomienie, że 10 sierpnia ojciec zmarł. Może z głodu, może z choroby. A może został zamordowany. Wcześniej był przecież zdrowym mężczyzną, jego zęby wszyscy podziwiali, były jak perły. Miał 38 lat - aż tyle i tylko tyle.

NAJWAŻNIEJSZY CZŁOWIEK W MOIM ŻYCIU

to temat Akademii Opowieści, akcji, do której "Gazeta Wyborcza" zaprasza swoich czytelników, widzów i internautów. Namawiamy do opisania najważniejszego dla was człowieka.

Autorom opowieści, które będą podobały się nam najbardziej, zaoferujemy pomoc dziennikarzy "Dużego Formatu" w przygotowaniu tekstów do druku. Najlepsze opublikujemy.

W nowym roku nasi mistrzowie Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii do 12 miast w Polsce. Będziemy uczyć, jak dobrze opisać Waszego bohatera.

Do Akademii będziemy powracać w "Dużym Formacie", a szczegóły znaleźć można w naszym serwisie Akademia Opowieści.
Termin nadsyłania prac: od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku