Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Byłam obok, gdy moja przyjaciółka dokonywała aborcji farmakologicznej. Obok byli też jej współlokatorzy, choć nie mieli świadomości, co dzieje się tak blisko nich. Piszę ten list, ponieważ każdy powinien wiedzieć, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami mieszkań wielu kobiet - waszych koleżanek, córek, matek, sióstr. Aborcja dzieje się tutaj. W wynajmowanych małych pokojach, wśród notatek i kubków z niedopitą kawą.

Nie wiedziałam, co ze sobą zabrać, więc przyniosłam wielką czekoladę. Z perspektywy czasu myślę, że to był dobry pomysł, choć w większości z powodu nerwów zjadłam ją sama. Bycie obok jest trudne. Patrzenie, jak bliska nam osoba zwija się z bólu, jest trudne. Zastanawianie się nad tym, co jeszcze można zrobić, jest trudne. Ironia losu polegała na tym, że sytuacja, którą opisuję, miała miejsce tego samego dnia co pierwsze protesty w obronie prawa do aborcji. Patrzyłam na zmęczoną przyjaciółkę i myślałam, że to nie może tak wyglądać.

CZYTAJ TAKŻE: Szydełko, drut, śrubokręt do aborcji

Bo jak to możliwe, że w 2016 roku kobieta musi mierzyć się z takim bólem i strachem? Z całą przerażającą siłą dotarło do mnie hasło: "Piekło kobiet jest teraz". Żyję w nim. Następnym razem to mogę być ja. To ja, zmuszono przez okoliczności życiowe, mogę trzymać pod językiem tabletki i przełykać łzy.

Pamiętam, gdy wyznała, że jest w ciąży. Mogłyśmy sobie darować rozmowę o tym, co zrobić. To było oczywiste. Jej ciąża nie mogła być stanem błogosławionym.

Czekanie na przesyłkę z dalekiego kraju zdawało się trwać wieczność. Mogła przecież zostać zatrzymana na granicy, tej lub tamtej.

W dzisiejszej Polsce aborcja to przede wszystkim strach. O to, co będzie, jak będzie, czy się uda, co zrobić i powiedzieć, gdy coś pójdzie nie tak. Tworzyłyśmy wiele scenariuszy. Także tej nocy - bo wszystko działo się nocą, żeby nikt nie widział - zastanawiałyśmy się, jak rozpoznać moment, w którym trzeba zwrócić się o pomoc. Jak rozpoznać granicę wytrzymałości?

Ta granica została właśnie przekroczona. Zaciskam pięści, gdy widzę kolejne męskie głowy mówiące o aborcji. Gdy z ust innych kobiet wylewa się potok słów o rodzinie i oczekiwaniu na upragnione maleństwo, odpowiedzialności za swoje czyny. To takie naiwne zakładać, że życie wszystkich kobiet jest podobne, że można podjąć decyzję w imieniu wszystkich. Nie, nie można. Każda natomiast może podjąć decyzję sama. Tym różni się zakaz od zezwolenia. "Możesz, ale nie musisz" versus "Nie masz prawa".

CZYTAJ TAKŻE: Pociągiem po aborcję

Chciałabym obudzić się kiedyś w państwie, w którym mogę o sobie decydować. W którym aborcja jest zabiegiem, do którego mam prawo w ludzkich, szpitalnych warunkach. W państwie, w którym tych dramatycznych okolicznościach mogę liczyć na lepsze wsparcie niż druga przerażona kobieta nerwowo jedząca czekoladę i zadająca w kółko pytanie - czy mogę coś jeszcze zrobić?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.