Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Rodziłam na Inflanckiej w styczniu 2010 r. Ciążę przeszłam bez problemów, dużo ćwiczyłam przed a już w trakcie uczęszczałam na zajęcia dla ciężarnych w fitness klubie, mnóstwo się ruszałam. Jeśli chodzi o ból porodowy to uczepiłam się zasłyszanego gdzieś zdania że "natura nie pozwoli doświadczyć kobiecie więcej bólu niż jest ona w stanie znieść" i tą myślą się uspokajałam. O wiele bardziej bałam się ewentualnej cesarki (wąskie biodra!) ale tak w ogóle to priorytetem było urodzenie żywego i zdrowego dziecka. Podkreślam ten fakt, gdyż to nie była moja pierwsza ciąża, a poród... owszem.

Po kilku dniach spędzonych na oddziale patologii ciąży (nie będę ich opisywać) i trzy dni po terminie wody ruszyły i zaczęło się. Była 1 w nocy kiedy zeszłam na salę porodową (udało mi się trafić na moją wymarzoną jedynkę z wanną). KTG, wkłucie wenflonu w żyłę i pozostawiono mnie samą. Nie miałabym o to najmniejszej pretensji gdyby nie to, że wylewało się ze mnie morze czerwone i ślizgałam się po podłodze. Trzy wizyty w sąsiednim pokoju z łóżkiem porodowym z prośbą o wytarcie wystarczyły i już cieszyłam się w miarę bezpieczną podłogą. Ale dla odmiany zachciało mi się piłki! Wbrew temu co usłyszałam na szkole rodzenia w tym samym szpitalu nie było jej ani w sali ani położna mi jej nie zaproponowała (ani zresztą żadnych innych przyrządów). Kolejne trzy pielgrzymki proszalne i miałam piłkę! Szczerze przyznaję, że od tej pory zaczął się najcudowniejszy czas. Na piłce, ze słuchawkami w uszach odpływałam do gwiazd skąd miało zstąpić moje dziecko. Dystans między planetą ziemia a moją "planetą poród" był przeogromny. Temu doświadczeniu oczywiście towarzyszył ból, ale znajdował się w oddaleniu, gdzieś za ścianą. W międzyczasie miła pani doktor ze zmiany nocnej zbadał mnie i pochwaliła jak to pięknie się otwieram i spokojnie rodzę. Ale moja międzygwiezdna podróż skończyła się wraz ze zmianą dyżuru. Od tej pory wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Położna z nocy pożegnała się i zapowiedziała że zaraz przyjdzie do mnie położna dzienna. Zamiast niej zjawiła się pielęgniarka która podłączyła mi oksytocynę.

- Dlaczego? Przecież podobno pięknie rodzę?

- Lekarz kazał. Jest tu już pani za długo i skurcze za słabe.

- Jaki lekarz?

- Ten co na rano przyszedł.

- Ale mnie nie widział.

- KTG widział.

Zalana oksytocyną po sufit spadłam z mojego nieba do jakiejś piwnicy, w której był już tylko potworny ból. Od tej pory zaczęłam fatalnie znosić jakikolwiek dotyk, a wydobycie z siebie słowa i komunikacja z personelem stanowiły koszmarny wysiłek. Z tego co pamiętam dostałam jeszcze jakiś zastrzyk - podobno na rozwarcie (?). Odmówiono mi skorzystania z wanny "bo zaraz obchód". W trakcie badania na obchodzie ordynator zapytał czy chcę znieczulenie. Nie chcę. Proszę podać pacjentce znieczulenie.

W tym momencie nie byłam już zdolna do sprostowań ale na szczęście któraś z osób obecnych na sali (a było ich sporo) zwróciła uwagę ordynatora na to, że odmówiłam. Zdziwienie, czy na pewno nie chcę. Nie chcę. Chcę wannę. Nie będzie wanny bo II faza już blisko.

Potem odesłana do mojej "jedynki" swobodnie wrzeszczałam i drapałam ściany. W końcu ktoś mnie stamtąd wyciągnął "na rodzenie". Ciągnięcie było jak najbardziej na miejscu bo już nie chodziłam. Jak również nie mówiłam. Kazano mi jeszcze udać się na drugi koniec korytarza do toalety. Kiedy się okazało, że nie dojdę, to wśród westchnień i załamywania nade mną rąk personel podłączył mi cewnik i zaraz było po sprawie. Potem już tylko leżałam na tym sprzęcie do rodzenia i naprawdę robiłam co mogłam, żeby wydać moje dziecko na świat. Niestety po każdym kawałeczku "w przód" natychmiast następowało "w tył". Słabłam, a dziecko nie skracało dystansu. Zmotywowano mnie solidnym opieprzeniem, że co ja sobie wyobrażam, przeć nie umiem, skupić się mam i dziecko rodzić bo po to tu jestem. Niestety ciało wykazało się dużą odpornością na perswazje słowne. Część personelu zaczęła po każdym skurczu kłaść mi się na brzuchu. Właściwie to było mi już wszystko jedno i gdybym mogła o coś prosić, to już tylko o szybki strzał w głowę. Ale była tam pewna miła pani, która mnie dopingowała - tylko ona we mnie wierzyła.

Potem położono mi dzieciątko na brzuchu. Spodziewałam się czerwonego i rozkrzyczanego z nieforemną głową i opuchniętego. Tymczasem było zgrabne, śliczne, zupełnie ciche i fioletowe. Patrzyło na mnie kosmicznie cudownymi granatowymi oczami. Czułam się jak ziarenko piasku na plaży, które nagle zostało zauważone przez Boga Stwórcę.

Nikt na szkole rodzenia nie mówił, że dzieci mogą być fioletowe. Tak samo jak nie mówił, że rodzenie łożyska boli i szycie też boli.

Nic nie wiem na temat po porodowego wyrzutu endorfin, pamiętam raczej zdziwienie że żyję, że trzęsę się jak galareta i nic nie mogę na to poradzić, ciągle nad sobą nie panuję. To nawet nie była ulga, tylko zdziwienie.

Po lekturze niniejszych wywodów każda logicznie myśląca osoba uzna, że noga moja więcej na Inflanckiej nie postanie. A właśnie, że wprost przeciwnie. Teraz jestem już zaznajomiona z tą taśmą fabryczną, która nazywa się porodówka, i gdybym zdecydowała się na kolejne dziecko to Inflacka jest już dla mnie złem oswojonym. Nie wierzę, że gdziekolwiek indziej byłoby lepiej, że pozwolono by mi rodzić naturalnie - choćby i 48 godzin, bez oksytocyny, zastrzyków i nacinania. Prawda jest taka, że personel ma dla rodzącej minimum czasu i cierpliwości. I tylko ja wiem jak głęboko mistyczne (mimo wszystko) było to doświadczanie. Dla pracowników szpitala był to kolejny przypadek do obsługi i już.

Więcej o zaletach pierwszego kontaktu czytaj na pierwszykontakt.org

 

Więcej o ciąży i porodzie czytaj na eDziecko.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.