Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przeczytałam wywiad Piotra Pacewicza z Dominiką Stawczyk-Stelmach . Nigdy za wiele o biegających amatorkach. Wspominam własne początki, a są bardzo nieodległe - poważnie z bieganiem zmagam się od ok. 3 lat. Choć "zmagam" nie jest już dobrym słowem, bo bieganie pokochałam.

Motywacja? Każdy ma swoją. Fatalna końcówka 2007 roku, toksyczny schyłek małżeństwa, trudny i wlokący się w nieskończoność rozwód. Kiedy już byłam wolna, popadłam w depresyjny letarg, umysłowy i cielesny. Pomógł mi facet, mój obecny, fantastyczny mąż - zwyczajnie mnie zawstydził. Kilka lat ode mnie starszy, w świetnej formie, leśny biegacz-amator; przy nim ja - przedwcześnie postarzała, sflaczała kobieta, czasem tylko sadzająca rozlazłe cztery litery na siodełku rowerowym. Stanęłam przed lustrem i przeprowadziłam ze sobą rozmowę z użyciem słów nieparlamentarnych, ale skutecznych.

Mam 37 lat, zaczynałam w wieku 34, z poziomu totalnego, sportowego zapuszczenia ciała. Miałam lekką nadwagę, przy wzroście 178 cm nie była pomocna. Najpierw więc samą dietą zredukowałam ciężar, potem zainwestowałam w dobre buty i ruszyłam na ścieżki warszawskiego Lasu Bielańskiego.

Początkowo nienawidziłam biegania. Czułam się jak powolny czołg tratujący leśne dukty. Wszystko się we mnie buntowało, ciało długo nie chciało współpracować, ciskało się, dusiło, serce łomotało, a w płucach pożar. Głowa na szczęście była moim sprzymierzeńcem - mam trudny, uparty charakter i kiedy się już na czymś zafiksuję, nie ma siły na ziemi, by mnie od tego odwieść.

Najpierw była duma z przebiegniętego JEDNEGO (!!!) kilometra. Biegałam 5 razy w tygodniu, rozsądnie, nie szarpałam się. Na dobrych internetowych stronach biegowych znalazłam plany treningowe. Ludzie na forach pomagali, wspierali, doradzali, na tamtym etapie ich pomoc była nie do przecenienia. Kondycja rosła szybciej niż się spodziewałam, ale gdzieś po roku przyszła ściana - mogłam w dobrym czasie przebiec 10 km, dalej kaplica.

Byłam zniechęcona, bo to nie był jeszcze etap dzisiejszy - kiedy wczesnym rankiem z radochą myślę o włożeniu biegowych ciuchów i moim pobliskim lesie. Zacisnęłam zęby, biegałam dalej... Aż dobiegłam do dziś, do świetnej sylwetki, bardzo dobrej kondycji i świadomości, że mogę bez defibrylatora przebiec 20 km.

W tym roku planuję swój pierwszy zorganizowany półmaraton i wiem, że dam radę. Uwielbiam bieganie; uzależnienie stwierdziłam, kiedy niedawno szukałam z mężem nowego mieszkania. Kolejne lokalizacje odpadały, bo nie było w okolicy kawałka zieleni nadającego się do biegania.

Bieg jest dla mnie jak dla pani Dominiki; na leśnych ścieżkach rozmyślam, planuję, resetuję się, marzę. Czasem słucham radia. To moje święte godziny, tylko dla mnie, tylko ze sobą. Namawiam dziewczyny, kobiety w każdym wieku, na rozpoczęcie przygody z bieganiem. To nie banał, że nigdy nie jest za późno. Ciągle nas-biegaczek za mało, a to jest jedno z najfajniejszych i najzdrowszych uzależnień.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.