Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Najpierw musisz zobaczyć jak zachował się Tusk [WIDEO]

Tu przeczytasz komentarz Piotra Pacewicza "O jeden guzik za daleko"

Tu inne ciekawe listy

A tu napisz swoją opinię. Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl

Od wielu dni mamy do czynienia z największą - od czasu katastrofy smoleńskiej - burzą medialną. Na jednej z konferencji prasowych premier Tusk - w odpowiedzi na pytanie dziennikarki PR - zaczął się jąkać... mniej więcej w taki sposób: "Guziki wszystkie zapięte na pewno... Trochę taki jestem... Patrzę na letni strój pani redaktor i dlatego nie kojarzy mi się z tym... z dopięciem wszystkiego na ostatni guzik - dopowiedział wyraźnie rozkojarzony premier. - To nie przygana, wręcz przeciwnie. Bardzo lubię... lato - dodał."

Pytanie dziennikarki dotyczyło, o ile pamiętam, kwestii "dopięcia" spraw związanych z bliskim przewodniczeniem Polski w UE.

I rozbluzgały się środowiska związane z polskimi feministkami, z Ligą Kobiet na czele. Niektórzy komentatorzy wrażych wobec Tuska ugrupowań dowodzili, że prześcignął on w perwersjach samego Berlusconiego. Dostało się także wiodącej i panującej partii - poniektóre z urażonych dam określiły ją mianem najbardziej seksistowskiej. Zważając na konotacje z Berlusconim, pewnie najbardziej seksistowskiej na świecie.

Przesssssada. Jak na razie nasz premier pod dyskutowanym względem do pięt nawet Sarcozy'emu nie dorasta. Do dzisiaj nie zmienił na przykład małżonki, a co piątek przykładnie odlatuje na skrzydełkach na co najmniej trzy dni do Gdańska. Ja zaś czekam od ponad dwudziestu lat na chwilę, kiedy Gdańsk przestanie wreszcie pełnić funkcję nie tylko sypialnianej stolicy Polski.

Bezsens biustowej aferki

Nie tak dawno przestudiowałem ponownie orędzie Donalda Tuska wygłoszone po zwycięskich dla jego partii wyborach w 2007 r. I wiem jak głęboko zawiedli mnie jako wyborcę. I choć wiem, że wszystko w naszym kraju musi być analizowane i oceniane w kategoriach czarno-białych, proszę potencjalnych Czytelników, aby nie pomyśleli, że mając dosyć zawodów, zwodów i wzwodów miłosnych z łonem PO, chcę się przerzucić miłośnie na PiS-owskie łono lub łona jakiegoś SLD.

Nic z tych rzeczy, od dawna żadne partyjne łono mnie nie podnieca, a orgazmu doznaję m.in. zgłębiając kwestię rzekomej nierozwiązywalności antynomii Kantowskich, czytając z upodobaniem znakomite powieści, zwane kryminałami skandynawskimi oraz wąchając stokrotki.

Nie ukrywam jednak, że wgląd w i wzgląd na sferę damską, nie tylko dziennikarską, nie jest mi obojętny, chociażem mocno podeszły wiekiem (ten gupi Word poprawił mi "chociażem" na: "chciałem" i ciągle zresztą mnie poprawia, szlag by go!). Z tego, i nie tylko z tego powodu zacząłem się trochę zastanawiać nad sensem i bezsensem owej biustowej aferki.

Nasz premier ma literacki talent!

W pewnym sensie wolta Tuska przypomina w swej prostocie instrukcję obsługi cepa (posługuję się w tym wypadku porównaniem z lubością stosowanym przez Zdziśka M., historyka). Na wspomnianej konferencji Tuskowi zadano pytanie, lecz szybsze, jak zwykle, okazały się bodźce wzrokowe. O milisekundy ideę Unii przesłoniła idea mocno odsłoniętego (rozpiętego) Biustu, by podejść problem Locke'm, ominąwszy Freuda.

Powiedzmy sobie szczerze, że niemal każdy damski biust (w przeciwieństwie do biustów Napoleona, Robbespiera czy Dantona) jest w stanie przynajmniej na moment zaćmić jasny na ogół i sprawny umysł mężczyzny. Oczywiście pod warunkiem, że ten ostatni jest stosunkowo trzeźwy i że jest - w przeciwieństwie do innego premiera, który marnie skończył - mężczyzną stricto sensu. Z biustowej opresji (pamiętajmy o milisekundach) Tusk próbował wyjść z fasonem, czyli błyskotliwym żartem. Wyraźna była konsternacja premiera w chwili konstruowania błyskotliwego w zamierzeniu dowcipu, ale ostatecznie zwieńczył go jakże kapitalną pointą skierowaną do niedopiętej pani: "To nie przygana, wręcz przeciwnie. Bardzo lubię... lato."

Ba, nasz premier ma literacki talent! W takiej Francji kobiety oklaskiwałyby go za intelektualne esprit, faceci zazdrościli inteligencji, w takich Czechach uśmiano by się, a poza tym rzecz nie wzbudziłaby u Czechów większych emocji.

Nie w Polsce jednak, gdzie nigdy powszechnie nie przyjęła się tradycja libertyńsko-intelektualnego paradoksu czy dowcipu, o czym przekonał się już J. A. Morsztyn i zwiał do Francji (żartuję!), nie w Polsce jednak, w której krzyżyk na piersiach jednej panny jest ciągle intruzem niepokojącym i dwuznacznym, czyli podejrzanym. Polacy gustują w cięższych, sarmackich odmianach żartów i anegdot, dlatego takim wzięciem cieszy się nasz prezydent.

Komplementujesz=molestujesz

Obrażone poczuły się feministki. W ich opinii premier okazał się wrednym seksistą, delikatniejsze sformułowania traktują o "niestosownym" zachowaniu Tuska w miejscu publicznym i odsyłają go pod sąd partyjny.

Jestem pełen uznania dla wielu poczynań rodzimych feministek, z prof. Magdaleną Środą i Kazimierą Szczuką na czele, aczkolwiek chyba więcej estymy mam dla niegdysiejszych sufrażystek i emancypantek, dla Krzywickich i Nałkowskich. Bo pod wieloma względami mamy w III RP do czynienia z "piekłem kobiet"; czytaj: piekłem, w którym żyją kobiety.

Pod wieloma względami niewiele się zmieniło od czasów pamiętnej i namiętnej publicystyki Boya-Żeleńskiego, wielkiego obrońcy praw kobiet i orędownika sprawy kobiecej (zapoznanego niestety i pomijanego milczeniem).

Czyli niewiele się zmieniło na lepsze od bez mała 90. lat. Aborcja, in vitro, płace, emerytury, parytety polityczne, dyktat Kościoła w "pewnych" sprawach, prawa kobiety w ciąży, żłobki i przedszkola i wiele innych. To są autentyczne problemy i należy oczywiście dążyć do ich rozwiązania. Dla dobra kobiet, które w Polsce są ciągle "the nigger of the world", jakby Lennon powiedział.

Ale: czy rzeczywiście kobiety w Polsce chcą tego w s z y s t k i e g o, czego chcą walczące w ich sprawie feministki? Wątpię. I ubolewam, że doczekaliśmy się czasów, kiedy zupełnie niewinny i szczery komplement wypowiedziany przez mężczyznę pod adresem kobiety, albo i ustąpienie kobiecie miejsca w tramwaju są traktowane niemalże jak forma molestowania... Lub interpretowane w kategoriach seksizmu czy męskiego szowinizmu, co zresztą na jedno wychodzi.

Logika wypowiedzi i reakcji na świat (tylko męski?) niektórych feministek bazuje na bezwiednym używaniu entymematów, co oznacza: komplementujesz, czyli molestujesz, miejsca w busie ustępujesz, damskie poczucie wartości negujesz, ty męski seksistowski kmiocie!

Obawiam się, że te kręgi feministyczne, które do tego rodzaju standardów dążą, kierują się niczym innym jak seksizmem z pozycji damskiej tudzież kobiecym szowinizmem. W życiu codziennym, powszechnie, tego rodzaju "wysokie standardy" na szczęście jeszcze w naszym kraju nie obowiązują - większość kobiet lubi takie a nie inne formy zachowania męskiego, a mężczyźni lubią u kobiet to, co lubią. Także bujne lato.

Kara dla Tuska - ćwiczenie woli

Rzecz jasna, my, płeć brzydsza, aczkolwiek ciągle jeszcze w naszym kraju przez kobiety pożądana, możemy się wstydzić wielu niekulturalnych, prymitywnych, wulgarnych czy zwyczajnie chamskich odruchów w stosunkach... przepraszam! - w r e l a c j a c h z kobietami. Nb. zauważmy jednak, że współczesne kobiety klną coraz częściej i "lepiej" od mężczyzn, czy może przypadkiem jest to/nie jest to spełnienie jakiegoś ideału feministycznego?

Dochodzi do paranoicznej sytuacji, że gdy ktoś podejmuje się publicznie - na piśmie, w radio czy telewizji - próby zanalizowania i zrozumienia (bynajmniej nie w sensie czy intencji "wybaczenia") jakiejś nietypowej lub kontrowersyjnej czyjejś wypowiedzi, może w tym kraju natychmiast zostać potraktowany jako antysemita, rasista, przeciwnik gejów i lesbijek, kibol, mason, pisowiec, cyklista lub męski orangutan...

A premier? Być może można by premierowi zalecić jakieś ćwiczenie woli w klasztorze męskim lub damskim, aczkolwiek w jednych i drugich sporo się zmieniło od czasów śp. Boccaccia. Mam lepszy pomysł na ćwiczenie woli. Niechby premier zatrudnił się, tylko na jeden tydzień, pięć dni roboczych, w jakimkolwiek liceum. Pięć dni po siedem lekcji (trochę ponad etat, ale to eksperyment).

Na czym ćwiczenie woli miałoby polegać? Otóż lekcja w lekcję, przez cały tydzień, czy to wiosną czy zimą, latem czy jesienią, w każdej absolutnie klasie belfer płci męskiej staje "oko w oko" i vis a vis plus minus dwudziestu damskich biustów, pardon, par biustów dziewczęcych, najczęściej wyeksponowanych w odpowiedni sposób do granic możliwości. Trzydzieści pięć razy dwadzieścia (plus minus), ile to daje? Gdyby tak premier w owej hipotetycznej roli belfra zaczął na ten temat moralizować, pouczać, powoływać się na statuty i regulaminy, miałby niechybnie z góry przechlapane, by użyć zwrotu rozpanoszonego w polskich mediach.

To nie wszystko. Stanąłby bowiem premier-belfer w każdej klasie "oko w pępek", vis a vis z plus minus dwudziestoma damskimi gołymi brzuchami, wyeksponowanymi do granic przyzwoitości poprzez obniżenie pasa w damskich portkach i inne kobiece sztuczki. Odpowiada taka jedna czy druga z Kochanowskiego, nawet się nauczyła, a ty co, człowieku, słuchasz i w okno lub sufit się gapisz? No, nie wypada, nie patrzeć uczennicy, gdy jest odpytywana, w... oczy, byłoby to zresztą na bakier z rudymentami sztuki pedagogicznej.

Cóż innego zatem pozostaje belfrowi, jak nie opanowanie najtrudniejszej ze sztuk: widzenia i niezauważania. W tej sztuce mistrzostwo świata osiągnęli już w XVII wieku jezuiccy misjonarze w Ameryce, zszokowani powszechną, beztroską i bezintencjonalną nagością tubylców. Proces ubierania tubylców, który zainicjowali, był, niestety, jednocześnie procesem ukatrupiania setek egzotycznych dla Europejczyków, kultur i cywilizacji.

Widzenie i niezauważanie

Czy t a k i może jest ideał feministek w odniesieniu do męskiego oglądu szczególnych damskich ekspozycji? Widzę, ale nie zauważam? Jeśli nie, to i tak nasze drogie feministki wiele wspólnego, mniemam, z jezuityzmem mają...

W dzieje kultury ludzkiej, nie tylko z terenów Europy, jest od zarania wpisany mechanizm zakrywania i odkrywania ciała ludzkiego, a kobiecego w szczególności, co pokazują dzieje sztuki i literatury. W historii i prehistorii człowieka odkrywanie/zakrywanie miało rozmaite motywacje - najczęściej religijno-obrzędowe, magiczne, czasem ludyczne lub czysto pragmatyczne. Niewątpliwie odkrywanie/zakrywanie ciała miało też, wcześniejszą niż kulturowa, motywację czysto biologiczną, o czym przekonują biologia i etologia. Finezyjne zdobienie ciała (czasem była to nader okrutna finezja, ale ostatecznie także współczesne kobiety w celach zdobniczych kaleczą na różne sposoby swoje ciała) i jego odkrywanie, taniec, śpiew i inne formy nęcenia służyły od zawsze w pierwszym rzędzie reprodukcji gatunku. Dotyczy to całego bez mała świata zwierzęcego, aczkolwiek odnotować można ciekawe różnice, np. w świecie ptaków strojnisiami są zdecydowanie samce (na nich zresztą wzoruje się pewnie spory już procent współczesnych mężczyzn).

Zadajmy zatem paniom z kręgów feministycznych kolejne, niech będzie głupie, pytanie: czemu ma służyć ta powszechna dzisiaj kultywowana przez kobiety (od gimnazjalistek poczynając) sztuka eksponowania sporych fragmentów kobiecego ciała? A przecież owe ekspozycje obejmują coś więcej aniżeli tylko biusty i pępki? Czymże ów uzus jest motywowany? Względami... religijnymi? Ideologicznymi? Jest to zachowanie bezintencjonalne? Chociaż, chociaż, nasze drogie feministki zapewne jakąś ideologią się podeprą, zwrócą na przykład uwagę, że w historię kultury wpisane były od zawsze od zawsze i naprzemiennie okresy naznaczone ostrą cenzurą i represją i okresy odreagowywania systemów represyjnych.

Może jednak nie czarujmy się tego rodzaju motywacjami i usprawiedliwieniami, bo wszakże chodzi o motywacją najbardziej prymarną: strój kobiecy w funkcji estetyczno-erotycznej, bo nie uwierzę, że tylko estetycznej. Wspomniana dziennikarka pewien cel osiągnęła, ba - już po tym całym zdarzeniu - zadzwonił do niej sam premier. Zakładam, że jako inteligentna i obyta w świecie osoba, wiedziała, co czyni, a jej zachowanie nie było zachowaniem bezrefleksyjnym. Tak wiele uwagi poświęcono po tym zdarzeniu zachowaniu premiera i jakby zapomniano, że było ono reakcją na zachowanie żurnalistki.

O ile feministki zalecają mężczyznom zasadę "widzenia i niezauważania" w odniesieniu do kobiet, to chyba nie posuną się do sugerowania, że nagminne dzisiaj odkrywanie ciała przez kobiety w sytuacjach publicznych, także oficjalnych, jest absolutnie pozbawione erotyzmu? Że jest - poza grą wpisaną w relacje zachodzące miedzy światem męskim a kobiecym - także rodzajem finezyjnej i cynicznej gry jednych kobiet z innymi kobietami. A celem każdej niewiasty, która tę grę podejmuje, jest nie tyle być widzianą, co być z a u w a ż o n ą?

Kobieta jako znak (za Levi-Straussem)

W ostatnich kilkudziesięciu latach dziewczyny i kobiety zrzuciły powszechnie suknie, sukienki, spódnice i spódniczki i inne kiecki i manifestacyjnie zaznaczyły swój status, wkładając dżinsy i inne niby damskie portki. Ta zmiana kulturowa była (i jest) zapewne w jakimś stopniu manifestem i symbolem. Pozornie wygląda ona na pewien rodzaj maskulinizacji płci pięknej, pozornie ma służyć sprawie równouprawnienia płci, partnerstwu między płciami. Podkreślam przysłówek "pozornie". Bo gdy przyjrzymy się, jakie to spodnie noszą współczesne dziewczyny i kobiety, i zauważymy, w jaki szczególny sposób je noszą, to zauważymy i tu dominantę w postaci funkcji ekspozycyjnej, jak ją nazwałem. A że niby (pozornie) zakrywają dół (pupa, uda, łono, łydki), należało wyeksponować górę (piersi, brzuch, plecy). W rezultacie manifest i symbol równouprawnienia stał się manifestem i symbolem totalnej kobiecości i służy - wbrew jakby intencjom - zaznaczeniu odrębności płci.

Antropolog kultury i papież strukturalizmu, Cl. Levi-Strauss, badał egzotyczne (i nie tylko) kultury w kategorii relacji zachodzących między systemami znaków. W tym ujęciu nie tylko strój kobiecy, ale sama kobieta funkcjonuje jako znak. W większości badane systemy społeczne (kultury pierwotne) oparte były o zasadę matrylineażu, a podstawowe funkcje kultury analizowanej jako system znaków pozostających w skomplikowanych relacjach do innych znaków pozwalały dojrzeć prymarne funkcje tej kultury, takie jak na przykład zakaz kazirodztwa czy ściśle przestrzegana zasada reglamentacji kobiet. Były to społeczności bardzo małe pod względem liczebnym (dzisiaj już, niestety, prawie - jak Bororo z Amazonii - nieistniejące) i surowe przestrzeganie tych reguł było kwestią typu "być albo nie być". Instancją "odwoławczą" był mit i obrzęd.

Istnieją, rzecz jasna, zasadnicze różnice między tamtymi społeczeństwami i ich kulturami (przypominały zegary) a społeczeństwami współczesnymi i cywilizacjami (badacz porównywał je do pędzących lokomotyw). Niemniej badanie tamtych społeczeństw - stanowiących swoiste laboratoria do badań człowieczeństwa - służyło i służy także lepszemu rozumieniu społeczeństw wielkich, rozbudowanych, "masowych".

Tęskniąc za pełnią lata

Porównując oba typy społeczeństw, zaryzykuję pewne spostrzeżenie. Otóż taka a nie inna historia Europy i świata w XX wieku, przede wszystkim dwie wojny światowe i inne katastrofy cywilizacyjne, sprawiły, że w społeczeństwach europejskich mamy do czynienia z wyraźnym i postępującym deficytem mężczyzn. W takiej Rosji to już prawdziwa tragedia narodowa. Być może zatem należałoby mówić o konieczności... reglamentowania mężczyzn, a wspominane sposoby noszenia się kobiet współczesnych w cywilizacji Zachodu pełnią w tym wypadku funkcję swoistego znakowego regulatora owej reglamentacji, jak i rywalizacji kobiet z innymi kobietami.

Zdaję sobie sprawę, że przez niektóre z feministek mogę zostać nazwany "męską szowinistyczną świnią". Niech będzie, ale niech mi nie wmawiają, że interesujące mnie w tym felietonie ekspozycje kobiecego ciała pozbawione są funkcji erotyczno-seksualnej i że noszenie portek przez kobiety służy kobiecemu zdrowiu.

Funkcja estetyczna? I owszem. Wszystko zaczyna się od funkcji estetycznej, od niej też zaczęła się wzrokowo-intelektualna przygoda premiera Tuska z dziennikarką. A kończy się zaś...

Kończę tedy, tęskniąc za pełnią lata.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.