Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Artykuł o bezrobociu "Kto naprawdę nie ma pracy, czyli mapa bezrobocia w Polsce" poruszył czytelników.

Jako ''fałszywe robotne''

Artykuł nt. bezrobocia wzburzył mnie - do tego stopnia, że postanowiłam opisać dwa przypadki.

Moja koleżanka, matka trójki dzieci, została zwolniona z pracy - jak to często bywa, zarejestrowała się jako bezrobotna i chciała pracować, ale nie było dla niej ofert (kto przyjmie matkę trójki małych dzieci, z których jedno nie ma jeszcze roku?). Tuż przed ukończeniem 1. roku życia u jej najmłodszego synka zdiagnozowano nowotwór. Koleżanka mieszka w mieście powiatowym, dziecko było leczone w kilku różnych szpitalach wojewódzkich i innych ośrodkach, położonych od 200 do 700 km od jej miejsca zamieszkania. Ona jeździła wszędzie z dzieckiem, przez wiele miesięcy praktycznie mieszkała w szpitalach. Parę razy nie mogła stawić się w wyznaczonym terminie w PUP, aby podpisać listę, o czym za każdym razem lojalnie informowała PUP z wyprzedzeniem. Co na to wspaniały urząd? Wyrejestrowali ją, uzasadniając to tym, że mając chore dziecko przecież nie jest w każdej chwili gotowa do podjęcia pracy. Tym sposobem matka trójki małych dzieci, w tym jednego chorego, została pozbawiona zasiłku, ubezpieczeń i "przestała istnieć" w systemie, za to stopa bezrobocia w powiecie się obniżyła.

Drugim przypadkiem jestem sama - mnie zwolniono z pracy w trakcie urlopu wychowawczego. Urlop był bezpłatny, to była moja decyzja, świadomy wybór takiej formy opieki nad dzieckiem. No, ale po utracie pracy zostałam bez składek ubezpieczeniowych, toteż chciałam się zarejestrować w PUP, bez pobierania zasiłku, tylko po to, aby mieć ciągłość ubezpieczenia - i czegóż się dowiedziałam?

Taka forma w ogóle nie jest możliwa, mam podpisać gotowość do podjęcia pracy i mogą mnie skierować do pracy gdziekolwiek na terenie powiatu, nawet 50 km od domu i nikogo nie obchodzi, czy mam jak dojechać, ile wydam na dojazdy i kto i za jaką kwotę zajmie się wtedy moim dzieckiem.

Usłyszałam, że jeśli chcę "sobie wychowywać dziecko", to jest mój problem. Poza tym, do rejestracji jest kolejka, mogę spędzić w urzędzie cały dzień albo kilka dni (jeśli nie zdążą mnie przyjąć jednego dnia), nawet jeśli przyjadę z dzieckiem (mieszkam w miejscowości oddalonej o 20 km od stolicy powiatu), to żadne pierwszeństwo w kolejce mi nie przysługuje. Odpuściłam sobie ten urząd, odpuściłam sobie rejestrację, trudno.

Ani ja, ani moja koleżanka, nie jesteśmy w świetle przepisów bezrobotnymi. Chyba więc jesteśmy "fałszywymi robotnymi"? Katarzyna

Bezrobotni nie są sami sobie winni

Odnoszę wrażenie, iż autor artykułu zbyt optymistycznie komentuje statystyki dotyczące bezrobocia. Często powodem wyrejestrowania się ze spisu bezrobotnych jest to, iż nie otrzymują z urzędu żadnych sensownych ofert pracy i rezygnują z rejestracji, która wiąże się z obowiązkiem zgłoszenia się do urzędu pracy, co może być to szczególnie uciążliwe dla osób, które muszą dojeżdżać do urzędu pracy, a to wiąże się z dodatkowymi kosztami (Warmińsko-Mazurskie, Zachodniopomorskie, Podkarpackie).

Dotyczy to zwłaszcza osób, które nie mają prawa do zasiłku dla bezrobotnych, a należy pamiętać, iż większość bezrobotnych (w tym zdecydowana większość osób młodych) nie ma do niego prawa (warto uświadomić czytelnikom jakie warunki należy spełnić aby otrzymywać zasiłek oraz poinformować ile on wynosi i na jaki czas jest przyznawany).

Sam przez kilka miesięcy szukałem pracy i choć mieszkam w Krakowie, a więc dojazd do urzędu pracy nie wiązał się z dodatkowymi kosztami zrezygnowałem z rejestracji, gdyż w urzędzie nie mogłem znaleźć żadnej konkretnej oferty pracy.

Mam też jedną uwagę ogólną - proszę nie wpisywać się w nurt, w myśl którego bezrobotni są sami sobie winni, gdyż nie chcą pracować lub kombinują i chcą żyć na koszt państwa (społeczeństwa) [patrz diagnoza prof. Czaplińskiego - połowa bezrobotnych to fałszywi bezrobotni]. Niewątpliwie zdarzają się takie przypadki, ale tego typu generalizacje są krzywdzące wobec tych, którzy naprawdę poszukają pracy, nie mają prawa do zasiłku i tracą nadzieję, iż uda im się znaleźć jakąkolwiek pracę na umowę o pracę i dającą chociaż minimalne wynagrodzenie.

PS. Nie miałem żadnych wygórowanych oczekiwań - interesowała mnie praca dająca przynajmniej pensję minimalną na umowę o pracę.

Marcin Majowski

Teza - mniejsze bezrobocie, a fakty?

To co pokazuje BAEL, to badania z zaplanowanym wynikiem - inaczej tego nie można ocenić. Bo jak traktować przyjęte kryteria bezrobocia?

''Pracę ma ten, kto zarabiał choćby przez godzinę w danym tygodniu"? Dzięki. Jeżeli raz w tygodniu trafi mi się rozdawanie ulotek za ok. 5zł (brutto) na godzinę, to już muszę się cieszyć, że mam pracę i nie muszę jej szukać. Jakby jeszcze BAEL podał, jak przeżyć tydzień za te 5 zł brutto to już będzie rewelacja.

Takie kryteria niestety stosuje nie tylko BAEL, ale i UP. Dzięki temu każda praca dorywcza (ale legalna) wiąże się z koniecznością wyrejestrowania i ponownej rejestracji na liście bezrobotnych w UP. Przy tym za każdym razem człowiek jest traktowany tak, jakby pierwszy raz przybył do UP - konieczność wypełnienia kilkustronicowego formularza, mimo że wszystkie dane tej osoby są w bazie danych UP?

To ciekawe, że prace interwencyjne opłacane przez UP nie zabierają człowiekowi statusu bezrobotnego, ale jakaś dorywcza praca, choćby tylko przez jedną godzinę już tak? A może byłoby lepiej, gdyby UP stał się jednocześnie agencją pracy tymczasowej?

Przecież człowiek podejmujący się jakichś dorywczych prac nadal poszukuje pracy, tej stałej i w swoim zawodzie. Chyba nie jest normalne, że chemik czy elektronik rozdaje ulotki albo myje okna - ale jak nie ma z czego żyć to nie ma co wybrzydzać.

Dalej czytamy takie mądrości pana Czapińskiego: "Wśród stałych fałszywych bezrobotnych, gospodynie domowe (mają inne obowiązki; rejestracji potrzebują do ubezpieczenia zdrowotnego). Może raczej należałoby napisać, że chodzi o osoby opiekujące się małymi dziećmi.

Żłobek, przedszkole czy opiekunka do dzieci sporo kosztuje - a i o miejsca w przedszkolach też bardzo trudno. Póki matka nie ma pracy, na pewno nie będzie zatrudniała opiekunki. Jeżeli więc "Za bezrobotną nie zostanie uznana osoba, która nie jest w stanie podjąć pracy w ciągu dwóch tygodni." Otóż to - przez dwa tygodnie na pewno nie załatwi miejsca w przedszkolu, bardzo trudno znaleźć w tak krótkim okresie odpowiedzialną opiekunkę do dziecka, tym bardziej, że dochodzi sporo formalności z jej zatrudnieniem (legalnym oczywiście). Problem jeszcze taki, żeby otrzymana płaca starczała na ową opiekunkę. A swoją drogą, dlaczego matka wychowująca małe dzieci nie ma ubezpieczenia z urzędu, tylko musi się uciekać do podstępu jakim jest wg autora podszywanie się za osobę bezrobotną?

Cóż jeszcze nam tu mądry profesor podaje? "Zdaniem prof. Janusza Czapińskiego, głównego autora "Diagnozy społecznej", bezrobotnych jest jeszcze mniej niż w danych BAEL. - Uznaliśmy, że ktoś, kto mówi, że nie ma pracy, a jego dochody wynoszą więcej niż 950 zł, jest fałszywym bezrobotnym. W 2009 r. stanowili oni aż połowę ogółu - wyjaśnia."

Jakie dochody? Otóż UP uznaje, że są to m.in. dochody ze sprzedaży rzeczy - z tym, że granica to nie 950 zł, ale połowa najniższej pensji. A więc jeżeli ktoś wyprzedaje wcześniej kupione rzeczy, by nie zdechnąć z głodu i chłodu (co by groziło p wyrzuceniu z mieszkania za niepłacenie czynszu), to już automatycznie nie jest bezrobotnym. A może by tak spojrzeć inaczej - w takiej sytuacji wyprzedaje się rzeczy z reguły grubo poniżej ich wartości, a więc to nie jest dochód tylko strata sprzedającego.

W całym tym badaniu chodzi wyłącznie o wykazanie, że bezrobocie jest mniejsze niż dotąd wykazują statystyki. A wydawało się, że już to skutecznie robią UP - bo konieczność ponownej rejestracji po jedno - dwudniowej pracy dorywczej też przyczynia się do fałszowania statystyk.

Jest jeszcze takie pojęcie - osoba trwale bezrobotna, czyli pozostająca odpowiednio długi czas bez pracy. Jeżeli jednak krótką pracę dorywczą traktuje się jako przerwanie okresu bezrobocia, to liczba tych trwale bezrobotnych mocno spada - i chyba właśnie chodzi o poprawianie statystyk.

Jedyne, z czy się można częściowo zgodzić, to ocena bezrobocia wśród osób młodych. "Jednak mamy też poważny problem młodych bez doświadczenia, którzy chcą pracować, ale nie mogą znaleźć pracy. Obecnie realne bezrobocie (BAEL) wśród osób, które nie skończyły 25 lat, wynosi 26,7 proc. i w ciągu roku wzrosło o 2 pkt proc." Tylko skąd te 25 lat? Wiele osób po studiach (nie tylko humanistycznych czy zarządzania) nie ma żadnej pracy, więc chyba ich też należałoby do tej grupy włączyć, tyle że z reguły mają już ponad owe 25 lat.

Jestem zawiedziony - to co podaje BAEL to wygląda raczej na dopasowanie kryteriów do z góry założonej tezy, a nie rzetelne badanie. Takie utwierdzanie nas, że jednak jesteśmy zieloną wyspą.

Na koniec autor przytacza cenną uwagę: "Jakkolwiek by mierzyć bezrobocie, najlepsze województwo ma stopę o połowę mniejszą niż najgorsze. - Gdybyśmy chętniej przeprowadzali się za pracą, różnice by się wyrównały. Do Londynu jesteśmy w stanie wyjechać i mieszkać kątem albo w wynajętym pokoju. W Polsce na taki krok się nie decydujemy - mówi Maciej Bukowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych."

Otóż moi znajomi rozsyłają swoje CV po całej Polsce, rzadko kiedy przychodzi jakakolwiek odpowiedź, a jak już to po wielu miesiącach, wtedy wyjazd na rozmowy, a potem i tak nic z tego, bo było kilkudziesięciu kandydatów. Problem jeszcze w tym, że praca poza stałym miejscem zamieszkania musiałaby być odpowiednio dobrze opłacona. Jeżeli podejmę pracę z 1000 zł na rękę, to ledwie starczy na opłacenie pokoju, więc gdzie sens? W Londynie na rękę dostaje się kilka razy więcej niż koszt wynajętego lokum. U nas musiałoby to być przynajmniej 3-4 tys. netto.

Życzę realnego spojrzenia na rzeczywistość. Stefan Grabowski

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.