Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

W naszej narodowej kulturze zakorzeniony jest już obraz niedzieli spokojnej, flegmatycznej, najlepiej zalanej leniwym blaskiem słońca - dnia odpoczynku, wyciszenia po całotygodniowej tyradzie codziennych obowiązków i furii życia zawodowego.

Ta kwietniowa niedziela jest jednak szczególna; głównie z tego względu, że zapadając się wyjątkowo głęboko we własny topos rozbrzmiewa już echem smutku, o ile nie rozpaczy.

Nieprzebrzmiały wciąż etos wymordowanych w Katyniu oficerów Wojska Polskiego łączy się niejako z najświeższym i wybijającym się na czoło obecnego dyskursu historycznego w polskiej przestrzeni intelektualnej - ubiegłorocznym wydarzeniem katastrofy samolotu prezydenckiego w Smoleńsku, często przybierającym butne miano "drugiego Katynia".

Nie bezzasadnym w tej sytuacji staje się pytanie: z czego może wynikać to przygnębienie?

Lube wspomnienie zjednoczenia

Odpowiedź zaś jest dwuwymiarowa. Pierwszą płaszczyznę stanowi wspomnienie rannych godzin 10 kwietnia z roku 2010. Wsłuchując się w wyciągnięte z radiowych archiwów i przypominane niepokojące relacje o sytuacji z okolic lotniska Siewiernyj sprzed roku, przed oczami znów pojawiają się obrazy zdezorientowanych twarzy sąsiadów ze zmarszczonymi czołami próbującymi sobie uprzytomnić to, co się stało albo znaleźć wiarygodne uzasadnienie dla tak okrutnego żartu. Ludzie z komórkami w rękach i przeciążone sieci operatorów telefonii, powszechne napięcie, którego nikt nie zdołałby wyczytać z ociężale przesuwających się po kwietniowym niebie chmur.

Z lubością wspominamy to ówczesne, paradoksalne w obliczu tak dramatycznego wydarzenia, zjednoczenie się Polski we współczuciu uruchamiającym już legendarną, romantyczną część jej osobowości, te wszystkie obietnice działania oraz dialogu "ponad podziałami" w nurcie powracającego mitu "Solidarności".

Niestety romantyzm napiętnowany jest także ciemną stroną: krnąbrnością, która konstytuuje drugi wymiar odpowiedzi na postawione pytanie. Myślę tu o dzisiejszym stosunku do tamtych dni żałoby transformującym Słowackiego, Mickiewicza i Norwida w dyktatorów igrających z ludzkimi emocjami i legitymizujących najskrajniejsze opinie czy czyny.

W rocznicę jarmarczność...

Krakowskie Przedmieście w to niedzielne, dosyć chłodne popołudnie przytłaczało wręcz jarmarczną atmosferą. Wszechobecne chorągiewki przepasane kirami przypominały raczej atrybut rozbawionego uczestnika festynu czekającego na fajerwerki niż symbol żałoby.

Na obecność smutku wskazują tylko porozstawiane tu i ówdzie zapalone znicze, które zaskakująco łatwo jest zakupić mimo obowiązującego zakazu handlu obnośnego.

Rozbawione dzieci podbiegają do stanowiska "Telewizji Narodowej", przy której rozdawane są ulotki "Ruchu Obrony Krzyża w Polsce im. św. Maksymiliana Marii Kolbego" z wydrukowanym apelem znanego skądinąd Kazimierza Świtonia (w moim odczuciu nieco nadużywającego w niej słowa: "satanista"), o którego przybyciu na Krakowskie Przedmieście rozprawia się z tak wielką nadzieją jakby przybył co najmniej sam św. Maksymilian Kolbe.

W okolicy z licznych portretów spoziera na przechodniów zamyślony Roman Dmowski. Nieopodal można mile pogawędzić ze starszym panem rozdającym okolicznościową gazetkę, której przypadkowy fragment uderza ogromną wiarą autora trafionego tekstu w możliwość przeniesienia snu "w rzeczywistość zaciskając mocno, zamiast powiek, nasze pięści."

Ktoś rozdaje ulotki agitujące do wsparcia znanej inicjatywy dążącej do intronizacji Jezusa "Króla Polski" (problematyczna sprawa mając na względzie ewangeliczny fakt, że Chrystus jest Królem w królestwie, "które nie jest z tego świata").

Prawdziwie rodzinna atmosfera. Nawet transparenty z krzykliwymi hasłami: "Targowica", sarkastycznym "PO-land" i ciężkim "Zbrodnia doskonała 2010" nabierają akcentów niewinnej humoreski dzięki dzierżącym je dłoniom rozradowanych licealistów i studentów.

...zdrada i obelgi

Jednak już w okolicy Pałacu Prezydenckiego wkracza się w strefę poważnego skupienia przywodzącego na myśl twarze sąsiadów sprzed roku, lecz tym razem skierowanego w stronę telebimu wyświetlającego osławiony już film "Solidarni 2010" jasno wskazującego prawdę, a wiadomo przecież, że "Jedynie prawda jest ciekawa", jak głosi slogan umieszczony pod dwoma równie ciekawymi, aczkolwiek nie do końca zrozumiałymi zdaniami: "Hańba wierzącym w sierp i młot. Chwała za niepodległość zmarłym."

Popularność tego miejsca przyćmiła nawet mszę z udziałem delegatów ambasad, także wyświetlaną na ekranach, z tymże nieco dalej, bo na Placu Zamkowym.

W zadumę wprawia kolejny napis "1940 - 2010 ludobójstwo, Donald = Bronek" tym razem frywolnie udekorowany podobiznami Józefa Stalina i Władimira Putina, przy czym litera "r" w zdrobnieniu imienia naszego obecnego prezydenta wystylizowana została zmyślnie na sowiecki symbol sierpa i młota. Enigmatyczna treść, a jakie bogactwo interpretacji!

Symbolika i ukryte znaczenia można tego dnia odnaleźć dosłownie wszędzie, czego znakomitym przykładem są jeszcze dwa transparenty z apelami: "Panie prezydencie Lechu Kaczyński - wolna Polska upomni się o pana" oraz "Panie generale Błasik! Wnukowie żołnierzy II Rzeczypospolitej meldują się na rozkaz!" rozpostarte u stóp pomnika wieszcza Adama, na co głośno zwraca uwagę jedna z rowerzystek niedowierzającymi wręcz słowami: "I ten Mickiewicz nad tym wszystkim stoi".

Niewątpliwie gdyby tylko jego spiżowe nogi na to pozwoliły, zszedłby na ten czas ze swego cokołu i schował się za nim, bo nie sądzę, żeby przypuszczał on kiedykolwiek, że po doświadczeniach rozbiorów, Polak znów, tym razem z własnej woli, będzie walczyć z Polakiem.

Całość "imprezy" sygnowana jest przez "Gazetę Polską - tygodnik szybszy niż dziennik".

W istocie w wydawaniu nieprzemyślanych wniosków to pismo przekracza wszelkie limity prędkości.

Jestem zaniepokojony i zasmucony

Są to oczywiście obserwacje cząstkowe - godzina wyrwana z całego dnia obchodów, które w wieczorem przybrały bardziej. "zdecydowany" charakter. Wycinek tego dnia opisany powyżej był naprawdę spokojnym niedzielnym popołudniem przebiegającym w atmosferze wzajemnej kurtuazji i ciepłych nawoływań czy pozdrowień.

I może właśnie to przyprawia o tak wielki niepokój. Ogólna treść przywołanych (oraz tych nie przywołanych) powyżej haseł i sloganów ma zabarwienie co najmniej pejoratywne; upstrokacona jednak w tę życzliwą tęczowość niweluje w odbiorze własną negatywność. To prowadzi jedynie do wniosku o przedziwnej ambiwalencji i sloganowej ambisentencji, które w takim dniu powinny ustąpić miejsca chęci upamiętnienia wszystkich ofiar tamtej katastrofy oraz skromnego wyrażenia współczucia wobec ich osieroconych lub owdowiałych rodzin.

Należy dokonać wyboru: czy tego typu rocznice mają być pretekstem dla ultraprawicowej fety i zjazdu ludzi próbujących przepchnąć na forum społeczne swoje własne, niewiele wnoszące w całe obchody, pomysły, idee oraz idejki, czy może realną okazją do zsolidaryzowania się chociażby w bólu i tęsknocie, skoro na innych poziomach emocjonalnych to jest niemożliwe.

Jako student państwowej uczelni wyższej jestem głęboko zaniepokojony i zasmucony takim stosunkiem do katastrofy, która wstrząsnęła przecież wszystkimi w równym stopniu - skąd zatem te podziały? Skąd to przerzucanie się "prawdami" i oskarżeniami? Skąd tak agresywny język w dyskusji na temat badań przyczyn wypadku czerpiący wprost ze słowniczka militarnego? Pytania te oczywiście nie zaskakują nowością, ale wciąż dręczą.

Nawet Kościół, który wzywał i wzywa do odpolitycznienia tej uroczystości, a na którego tradycję i doktrynę w większości powołują się uczestnicy wieczornego "marszu pamięci" (znów ta szumność), został w tej koncepcji osamotniony, jak telebim z relacją mszy w archikatedrze.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.