Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Adam Michnik napisał, że Życiński był "odważnym kapłanem rogatych dusz". Tak, nasze dusze były rogate. Trzeba było nie lada odwagi, żeby stanąć przed takim tłumem. Co powie? Pewnie będzie ględził. W końcu to ksiądz, oni zawsze ględzą.

I wyszedł na scenę ten profesor i zaczął mówić do studentów, ale też do tych, co skończyli osiem klas podstawówki, do entuzjastów i sceptyków religii katolickiej. Do tej pory i nigdy później nie widziałem tak dobrego przykładu ekumenizmu. Nie był to ekumenizm prowadzony przez przywódców wielkich kościołów, ale przez reprezentantów różniących się między sobą grup. Między ludźmi, a nie instytucjami.

Do mikrofonu podszedł punk w podartej na koncercie koszulce, potem lewicująca studentka. W kolejce do zabrania głosu ustawiały się kolejne "dziwolągi". Mówili co ich boli i co im się w Kościele nie podoba. Mówili o instytucji, ale też o filozofii katolickiej, o tym, że to wszystko nie działa w nowoczesnym świecie. Pytania kierowane do księdza arcybiskupa były niekiedy ostre, ale równocześnie pełne szacunku dla jego wiary i poglądów. On z kolei mówił do owieczek, a nie, co niestety w Kościele częste, do baranów.

Myślę, że wielkości człowieka nie powinno się oceniać po tym, w jaki sposób rozmawia z możnymi tego świata. Ci najwięksi okazują szacunek człowiekowi jako takiemu, a nie stanowisku, które zajmuje. I tę rzadką umiejętność udowodnił wtedy na Woodstocku arcybiskup Józef Życiński. Pewnie dlatego na wieść o jego śmierci w moją rogatą duszę wbiła się boleśnie igła.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.