Przyznając kobietom nie pracującym zawodowo (zajmującym się tylko domem) jakiekolwiek świadczenia, skrzywdziłoby się kobiety pracujące zawodowo. I czy nie byłby to sygnał dla kobiet pracujących - "nie pracujcie, bo za siedzenie w domu państwo daje za darmo pieniądze"? Czy ktoś zastanowił się nad skutkami takiego pomysłu?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Oto mój głos w dyskusji na ostatnio coraz częściej pojawiający się temat "wynagrodzenia lub innego świadczenia dla kobiet nie pracujących, będących w domu i zajmujących się prowadzeniem domu (sprzątanie, gotowanie, pranie itd.), oraz wychowywaniem dzieci".

Mam 55 lat i jestem kobietą pracującą od 37 lat i niestety z uwagi na likwidację przepisów umożliwiających przechodzenie kobiet na emeryturę w wieku 55 lat, po przepracowaniu 30 lat, muszę pracować do 60 lat, aby nabyć prawo do emerytury. Jeśli dożyję wieku emerytalnego, będę miała 42 lata pracy.

W związku z powyższym, za każdym razem, słuchając lub czytając wypowiedzi, które przytoczyłam na wstępie, podnosi mi się ciśnienie. Roszczeniowa postawa tej grupy pań, ich bezczelność oraz brak pokory, jest po prostu oburzająca. Nie wnikam, czy te panie jest stać na niepracowanie, czy nie, ale na pewno w przeważającym stopniu jest je na to stać. Te, które na to stać, powinny się cieszyć z takiego dobrodziejstwa. Te, których na to nie stać, powinny iść do pracy.

Dzieci? Dzieci można oddać do żłobka lub do przedszkola. Jeśli ktoś naprawdę chce pracować, znajdzie rozwiązanie tego problemu. Wychowywanie dzieci zawsze było wielkim wyzwaniem dla rodziców i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Ja też wychowałam dziecko, które korzystało z tych instytucji, bo nie było mnie stać na siedzenie w domu.

Piszę celowo "siedzenie w domu", bo jak taki stan rzeczy można porównać z obowiązkami kobiety pracującej i też prowadzącej dom i wychowującej dzieci. Na gospodynię tych kobiet nie stać z uwagi na niskie wynagrodzenie.

Uważam że niepracujące panie, nie pracują z wyboru. Często znajdują różne powody, aby usprawiedliwić swoją bierność zawodową. Taki stan rzeczy jest dla nich po prostu wygodny. Nie muszą jak kobiety pracujące wstawać rano do pracy wcześnie rano, latem i zimą, zrywać z łóżka zaspane dzieci, no a po wielu godzinach pracy biegać z obłędem w oku po zakupy, a potem do domu żeby do wieczora zdążyć zrobić to, co niepracujące panie zrobiły sobie spokojnie do południa.

Domaganie się przez te panie jakiegokolwiek wynagrodzenia lub innego świadczenia jest niemoralne wobec pracujących kobiet. Jest zwykłym nadużyciem i wyciąganiem ręki po cudze. Tak, po cudze - bo przecież pieniądze, którymi dysponuje budżet zostały wypracowane przez wszystkich ludzi, którzy pracują, bo chcą pracować lub muszą pracować, w tym też przez te kobiety, które pracując, muszą podołać wprowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci.

Czy te pracujące, wychowujące dzieci i prowadzące dom kobiety, mają jeszcze więcej "tyrać", żeby Państwo miało z czego zapłacić, nie chcącym pracować kobietom? Pytam, za co? Te kobiety nie mają wstydu.

Przyznając tej grupie pań jakiekolwiek świadczenia, skrzywdziłoby się kobiety pracujących zawodowo, czy nie byłby to sygnał dla kobiet pracujących - "nie pracujcie, bo za siedzenie w domu państwo daje za darmo pieniądze", czy ktoś zastanowił się nad skutkami takiego pomysłu? Przecież kobiety, które pracują też prowadzą dom, też sprzątają, piorą, gotują itd., też muszą wychować dzieci. Nikt ich z tych obowiązków nie wyręcza, dlatego że pracują zawodowo.

Za pracę w domu, kobietom pracującym zawodowo, nikt nie płaci. Dlaczego więc państwo miało by płacić cokolwiek kobietom niepracującym, za coś, co kobiety pracujące robią też za darmo.

To była by nieprawdopodobna niesprawiedliwość społeczna.

Pieniądze z nieba nie lecą. Pieniądze, które ma do dyspozycji budżet państwa, są pieniędzmi wypracowanymi przez ludzi pracujących. Przecież nie może być tak, żeby społeczeństwo dzieliło się na pracujących frajerów i biorących cwaniaków.

Tych drugich, wyciągających ręce po efekty cudzej pracy, jest w naszym kraju coraz więcej.

A to rolnicy którzy płacą śmiesznie niskie kwoty na ubezpieczenia społeczne, a z tego co słyszę, w większości składek na ubezpieczenie zdrowotne wcale nie płacą, a to pseudorenciści, którzy w ZUS twierdzą, że nie mogą pracować, a faktycznie pracują w różnej formie, a to matki roszczące sobie prawo do alimentów i różnych zasiłków z budżetu państwa, bo nie umiały przewidzieć konsekwencji swojego postępowania, itd., itd.

Po drugiej stronie tej plejady, pozostają ci frajerzy, ludzie rozsądni, pracowici, uczciwi, którzy całe życie pracowali i pracują aby napełnić budżet państwa. Ludzie, którym nic się nie należy, bo w budżecie państwa nie ma ciągle pieniędzy chociażby na podstawowe podwyżki wynagrodzeń, bo roszczeniowa grupa społeczna w naszym kraju ciągle się zwiększa.

Dlaczego nikt nie protestował kiedy odebrano kobietom pracującym możliwość przechodzenia na emeryturę w wieku 55 lat? Te kobiety przynajmniej zapracowały ciężką pracą zawodową na te emerytury, z których teraz nie mogą skorzystać.

Nie wspomnę już o karykaturalnym prawie w naszym kraju, gdzie kobieta niepracująca nigdy zawodowo, ma prawo do częściowej emerytury po zmarłym mężu, która to emerytura często jest wyższa od emerytury kobiety, która przepracowała 30-40 lat.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem