Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Wiemy z całą pewnością, że piloci zostali poinformowani i ostrzeżeni o tym, że warunki nad lotniskiem w Smoleńsku są ekstremalnie złe i nie nadają się do lądowania. Powiadamiali o tym w czasie przelotu nad Białorusią kontrolerzy lotniska w Mińsku, następnie w Smoleńsku, a dodatkowo koledzy piloci Jaka-40, którzy znajdowali się na lotnisku w Smoleńsku i widzieli na własne oczy, jakie tam panują warunki (nie byli w stanie dostrzec pasa startowego).

W tej sytuacji piloci Tupolewa nie mieli prawa podejmować ryzyka lądowania w Smoleńsku. Jedyne, co mogli zrobić, to odlecieć na zapasowe lotnisko. Żaden pilot żadnej pasażerskiej linii lotniczej nie podjąłby w tej sytuacji próby lądowania. I to niezależnie od tego, czy na pokładzie jego samolotu znajdowałby się prezydent państwa czy pasażerowie udający się na urlop. Piloci Tu-154 takie ryzyko podjęli, i to oni odpowiadają za tę katastrofę.

Dochodzenie, dlaczego podjęli taką decyzję, czy byli poddani naciskom przełożonych, czy też chcieli za wszelką cenę dowieźć swoich pasażerów na czas na uroczystość, jaka miała się odbyć w Katyniu, nie ma z punktu widzenia prawa lotniczego żadnego znaczenia.

Nikt, o ile nam wiadomo, nie odebrał pilotom fizycznie sterów i fizycznie ich nie zniewolił. Byli zarówno w świetle prawa, jak i po prostu faktycznie jedynymi decydentami w zakresie pilotowania samolotem. Tym, co powinno kierować ich postępowaniem, winna być wyłącznie spoczywająca na nich odpowiedzialność za bezpieczeństwo pasażerów.

Zwykliśmy być dumni z naszych pilotów. Ponoć, kiedy trzeba potrafią latać na "drzwiach od stodoły". Nie wątpię zresztą, że piloci tupolewa byli znakomici.

Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy cechami charakteru, nawykami i profilem psychicznym wymaganymi od pilota wojskowego i pilota komunikacyjnego. Mówiąc w skrócie, pilot wojskowy, jak każdy żołnierz, szkolony jest pod kątem wykonania zadania. Ryzyko jest tutaj niejako wliczone w jego działanie. I tak być musi, taki jest schemat działania każdego żołnierza.

Pilot komunikacyjny ma bezpiecznie dowieźć do celu pasażerów lub przesyłkę. U niego priorytetem jest bezpieczne dotarcie na ziemię, jeśli to konieczne - na innym lotnisku, jeżeli na zaplanowanym nie ma warunków do bezpiecznego lądowania.

W przypadku tragicznego lotu do Smoleńska wszystko wskazuje na to, że priorytetem było dotarcie do zaplanowanego miejsca w możliwie najszybszym czasie. Nie wiemy, kto ostatecznie zadecydował o wyborze tego lotniska i czy decydent ten znał to lotnisko od strony bezpieczeństwa, szczególnie bezpieczeństwa lądowania na nim, również od strony ukształtowania terenu w pasie podejścia do lądowania.

Jeżeli znał, to wziął on na siebie moralną odpowiedzialność za planowanie lotu. Sami piloci nie mieli pewnie wpływu na ten wybór. Ale kiedy znaleźli się w powietrzu, to oni i tylko oni decydowali o dalszym przebiegu lotu.

Na pokładzie tupolewa znajdowali się nie tylko prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i najwyżsi dowódcy polskiej armii. Byli tam także, a może przede wszystkim zwykli ludzie, którzy zaufali władzom, które ich na ten lot zaprosiły, a także pilotom, których mieli prawo uważać za elitę polskich pilotów. Tragicznie się zawiedli.

Drobiazgowe zbadanie wszystkich technicznych, meteorologicznych i wszelkich innych, także politycznych okoliczności towarzyszących rozbiciu się Tu-154 jest konieczne. Jest ono zresztą wymagane przez prawo.

Ale musimy sobie wreszcie jasno powiedzieć: to nie był nieszczęśliwy wypadek losowy wynikający z nagłej, niedającej się przewidzieć usterki technicznej samolotu, zamachu czy np. uderzenia pioruna.

Ta tragedia to wynik niedojrzałości i niekompetencji ludzi, którzy dopuścili do tego, aby bezpieczeństwo życia polskich obywateli, w tym także najwyższych dostojników Rzeczypospolitej Polskiej, powierzyć załodze, która do tego rodzaju zadań nie była, chociaż nie ze swej winy, właściwie przygotowana. Ci piloci, chociaż formalnie winni tej tragedii, są również jej ofiarami. Ofiarami, bo stracili w niej życie, ale także dlatego, że popełnili błąd na skutek całego łańcucha przyczyn nie od nich zależnych.

To nie oni powinni zasiąść za sterami tego samolotu, w tym locie. Pochylając się nad ich grobem, powinniśmy o tym pamiętać. Prawdziwi winni, żywi i umarli pozostaną zapewne w cieniu. Wskazuje na to przemilczanie i wyciszanie niektórych personalnych wątków przyczynowych. Nic nowego pod słońcem...

Oby ta tragedia nauczyła czegoś ludzi, którzy uważają, że godni są rządzić i trzymać w swoich rękach losy tych, którzy wybierając ich, okazali im swoje zaufanie. A czasem, jak w tym przypadku, powierzając ich rozwadze bezpieczeństwo swojego życia.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.