Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

W tej mentalności krzyczy się od dziesięcioleci: "Huuuurrrraaaaaaaa", bo tego wymaga służba, przełożony, bo inaczej nie wykona się zadania. Nie wykona się zadania, bo nie ma sprzętu, nie ma procedur, nie ma pieniędzy.

Moja wersja wydarzeń 10 kwietnia.

Delegacja jest spóźniona. Atmosfera napięta. Wyprawa zorganizowana na szybko, bez planowania, jako kontrwyprawa do tej zorganizowanej trzy dni wcześniej z Tuskiem i Putinem. W takich warunkach do nikogo nie trafiają sygnały o złej pogodzie, nikt nie ma odwagi się sprzeciwić! Nikt nie narazi się. Szybko! Startować!

Lecą. Po drodze prognozy się konkretyzują. Piloci o tym wiedzą, przebąkują, że będzie ciężko. Złe wiadomości docierają do przełożonych.

W tym czasie na lotnisku w Smoleńsku kierownik lotu zdaje sobie sprawę, że nie może zezwolić na lądowanie w tych warunkach, kiedy nic nie widać.

Ale wie też, jaka będzie awantura międzynarodowa, gdy delegacja nie wyląduje. Dzwoni do przełożonych, tam oczywiście mówią, radź sobie sam, nie chcemy mieć afery. A niech lądują, pomogę im, jak potrafię i jak pozwoli na to nasz cholerny sprzęt naprowadzający.

"Nie ma jeszcze decyzji" - dobiega z głębi samolotu. W kokpicie na pomoc wkracza generał: "Wicie, rozumicie, jest decyzja lądować, co nie dasz rady? Musisz".

W tym momencie kapitan wie, że musi odstąpić od procedur. Wie, że urządzenia pokładowe i instalacje na lotnisku nie sprowadzą go na ziemię w tych warunkach, lotniska zapasowego nie ma, zawrócenie nie wchodzi w rachubę. Kapitan zniża lot: "Gdzie ta ziemia?!". Nic nie widać! Nie słucha meldunków, nie słyszy wołania samolotu "do góry", "do góry", oczy mu wychodzą z orbit: "No gdzie ta ziemia. Jest! Jezu!".

Pytanie. Czyja to wina?

Pilotów?

Obsługi lotniska w Smoleńsku?

Rządu i Tuska?

Zamachowców?

Na konferencji prasowej J. Kaczyński stwierdził, że na pokładzie samolotu nie było samobójców. Zgadzam się z nim.

Jednak przynajmniej dwóm przełożonym, którzy znajdowali się na pokładzie, władza odebrała wyobraźnię i instynkt samozachowawczy. I moim zdaniem to oni są winni.

Dlatego ludzie mądrzejsi od przełożonych wymyślili procedury. Tam nie ma przełożonych.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.