Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Dwa miasta, dwie perspektywy

Autor artykułu "Nadszedł wreszcie dzień zapłaty" ("Gazeta Wyborcza", 7.12.2010) Piotr Głuchowski ustawia przed sobą dwie szklanki. Jedną z napisem Toruń, na drugiej widnieje Bydgoszcz. Jedna jest do połowy pełna, druga do połowy pusta. Tę pełną część toruńskiego naczynia zestawia z częścią pustą - bydgoską. To metodologiczne nadużycie, które powoduje, że zakładana teza uzasadniana jest argumentami dopasowywanymi według uznania autora. Zabieg, który tworzy zafałszowany obraz zarówno Bydgoszczy, jak i Torunia.

To prawda, że moje miasto nie rozwija się tak dynamicznie, jak na to zasługuje, ale nazywanie ostatnich lat regresem jest nieuprawnione.

Zasługą władz Torunia - wspieranych przez dzielący unijne pieniądze urząd marszałkowski, notabene z siedzibą w Toruniu - jest postawienie na rewitalizację Starówki.

Dwukrotnie większa Bydgoszcz zaczęła o tym myśleć zbyt późno, ale - proszę przyjechać i samemu sprawdzić - nie wygląda jak enerdowskie miasto. Nie jest zapyziałym przedmieściem Torunia, w którym biedota w śródmiejskich slumsach czyha w bramach na zabłąkanych przechodniów.

Chodzę tymi ulicami codziennie. Spotykam różnych ludzi, podobnie jak w Krakowie, Poznaniu czy Toruniu. Bogatych i biednych, uśmiechniętych i smutnych, pokojowych i agresywnych. Nikt nigdy mnie w Bydgoszczy nie pobił, nie zaczepił i na mnie nie napluł. Bydgoszczanie - również ci ze Śródmieścia - są tacy sami jak mieszkańcy innych wielkich miast Polski. A nie rozwścieczone wilki w faweli.

Nie jest też prawdą, że nasze miasto to kulturalna pustynia. Bydgoszcz bije na głowę swojego sąsiada zza miedzy pod względem liczby i jakości wielkiej rangi imprez kulturalnych i sportowych. W najnowocześniejszej w Polsce, a bodajże w Europie Operze Nova odbywa się festiwal ściągający do miasta miłośników gatunku z całej Polski. W Teatrze Polskim co roku na Festiwalu Prapremier można zobaczyć przedstawienia, które wchodzą dopiero na afisze krajowych scen. Podczas Smooth Festivalu na Wyspie Młyńskiej występują gwiazdy klasy Macy Gray, Vaya con Dios czy Ive Mendes, a w sali Filharmonii Pomorskiej o sławnej w całej Europie akustyce występują niemal co tydzień tuzy muzyki klasycznej oraz jazzu. O festiwalu Camerimage, który wraz z setkami twórców filmu zagościł ostatnio w Bydgoszczy, nie wspomnę. Dodam tylko, że to festiwal, który narodził się w Toruniu, a dziś święci triumfy w Bydgoszczy.

Autor pisze o pustej hali Łuczniczka, wybudowanej rzekomo dla zespołu koszykarzy, w której odbywają się "wyżerki dla złotych klientów hipermarketów albo obciachowe festiwale piosenki". Nie zauważa, że hala gościła mistrzostwa Europy siatkarek, mistrzostwa Europy koszykarzy, mecze Ligi Światowej Siatkówki, a każdego tygodnia grają w niej siatkarze Delecty i siatkarki Centrostalu, czołowych polskich drużyn ligowych.

Nie dostrzega również ukończenia najnowocześniejszego w Polsce stadionu lekkoatletycznego, na którym w ostatnich latach odbywały się zawody Pucharu Europy, Europejski Festiwal Sztafet, mistrzostwa świata w biegach przełajowych, a poza tym kilkukrotnie mecze rozgrywała polska reprezentacja piłkarska. To na tym stadionie Anita Włodarczyk pobiła rekord świata, a szef światowej Federacji Lekkoatletycznej mówi (pewnie trochę żartem): "Dla mnie najważniejsze polskie miasto to Bydgoszcz".

To zaledwie niewielka część imprez, w których uczestniczyć można w "prowincjonalnej", "zacofanej" Bydgoszczy. Zgadzam się: odchodzący właśnie prezydent Dombrowicz otrzymał od wyborców czerwoną kartkę. Jednak nie tylko z powodu słabego tempa rozwoju miasta, ale przede wszystkim za swój styl sprawowania władzy - oderwany od rzeczywistości, pełen propagandy sukcesu i braku akceptacji dla tych, którzy ośmielają się mieć inne zdanie. Czy Sopot słabo się rozwija, bo Jacek Karnowski wymęczył o niecałe 3 proc. zwycięstwo wyborcze w drugiej turze? A takie, dajmy na to, Baboszewo pod Płońskiem prze do przodu dużo dynamiczniej niż nadmorski kurort, bo wójt Wiesław Przedpełski dostał w pierwszej turze 78,8 proc.? Taka logika prowadzi do absurdu.

Bydgoszczanie wybrali nowego prezydenta - człowieka mającego wizje budowy silniejszego, zadbanego miasta, którego nie trzeba się wstydzić. Mam nadzieję, że dyskusja wywołana w środowisku bydgoskim tekstem Piotra Głuchowskiego wydatnie się do tego przyczyni i po czterech latach rządów Platformy Obywatelskiej w moim mieście będziemy mogli pokazywać Bydgoszcz jako przykład cudu dokonanego przez samorząd. Jacek Glugla, szef bydgoskiego dodatku "Gazety Wyborczej"

Odpowiedź Głuchowskiego

Trudno mi ostro polemizować z Jackiem Gluglą, kimś, kogo znam, cenię i lubię. Ale niech tam...

Nie użyłem słów miasto "prowincjonalne", ani "zacofane"; nie napisałem: "bydgoszczanie wilki" ani "pustynna biedota". W ogóle nie oceniam bydgoszczan, tylko ich władze, które marnują to miasto na moich oczach. Złościła mnie latami ich indolencja połączona z samozadowoleniem, stąd ten tekst: napisany raczej sercem niż rozumem. Stąd jednostronne przykłady: napisałem o tym, co w Bydgoszczy spaprano, a nie - co się udało. To zrobił za mnie Jacek - i dobrze. Podobnie jak on mam nadzieję, że wygrana Platforma coś dobrego z Bydgoszczą zrobi. Piotr Głuchowski

Porównanie uprawnione, Toruń górą

W młodości chętnie wyskakiwałem do Bydgoszczy (pociągiem) na weekendy. Może ta Bydgoszcz nie powalała urodą, ale była jakaś taka normalna, przyjazna, bezpieczna i kulturalna. W tamtym czasie w Toruniu byłem tylko raz i... nie przypadł mi do gustu.

Dziś w Bydgoszczy bywam regularnie przejazdem, mam tam krewnych i ze smutkiem patrzę, jak to miasto robi się marniejsze od choćby Szubina. Wszystko, co napisał autor artykułu, potwierdzam. W Toruniu znalazłem się po latach 1 listopada 2008 roku i choć pobyt w piernikowym mieście trwał tylko dwie godziny, od razu wiedziałem, że muszę tam wrócić. Wracam co roku na dwa, trzy dni.

Bydgoszcz ciągle lubię, bo mam nadzieję, że kiedyś będę mógł jeszcze wyjść bezpiecznie wieczorem na ulice tego miasta. Toruń lubię, bo mogę po nim chodzić bezpiecznie przez całą dobę. Mój kochany Gdańsk powinien się niejednego nauczyć od Torunia. A skoro Gdańsk miałby czego, to czemu bydgoszczanie uważają, że nie? Wojtek z Gdańska

Ocena Bydgoszczy: jednostronna i tendencyjna

Pan Piotr Głuchowski postawił tezę, której treść sprowadzała się do wskazania Bydgoszczy jako miasta pogrążonego w silnym regresie, w przeciwieństwie do odnoszącego sukcesy Torunia, której metaforą stało się zestawienie Holandii i Kazachstanu . Następnie postanowił tę tezę udowodnić, dobierając do tego wygodne argumenty, ignorując przy tym te, które mogłyby zneutralizować spolaryzowany obraz obu miast. W dodatku część z nich jest po prostu nieprawdziwa i błędna.

Gdyby Piotr Głuchowski wybrał się do Bydgoszczy, jadąc tramwajem (możliwe, że bydgoskiej Pesy) z Wyżyn, minąłby halę sportową Łuczniczka i być może zadziwiłby autora brak wolnych miejsc parkingowych wokół niej. Mógłby to być jeden z meczy Ligi Światowej, impreza sportu halowego w randze mistrzostw Europy, mecz Delecty (Chemik), koncert nie tylko "Hitów na czasie", ale również Australian Pink Floyd, czy impreza targowa.

Mógłby wybrać się na koncert jazzowy do jednego z klubów, gdzie istnieje szansa na to, by posłuchać także kogoś z wyższej półki. Istnieje też możliwość spotkania się ze znajomymi po latach w jednym z pubów, tylko sugerowałbym wcześniejszą rezerwację miejsc w weekend, gdyż można tam spotkać sporą liczbę studentów UKW, CM UMK, UTP, Akademii Muzycznej oraz uczelni prywatnych i trzeba będzie długo szukać wolnego lokalu lub wybrać miejsce stojące. Nic straconego, może przydarzy się przypadkowa rozmowa z kimś, kto w przyszłości odniesie sukcesy podobne do tych, jakimi się cieszy Rafał Blechacz.

Słabością artykułu Piotra Głuchowskiego nie jest wskazanie przez autora problemów, które realnie mają miejsce, ale ich jednostronna i tendencyjna ocena. Czy w imię krytycznej oceny prezydentury dotychczasowego prezydenta miasta uprawnione jest tworzenie szkalującego Bydgoszcz wizerunku?

Bydgoszcz potrzebuje przyspieszenia, głód sukcesu narasta w jej mieszkańcach i przedwczesne ogłaszanie "końca historii" tego miasta naraża po prostu na śmieszność. Krzysztof Rataj, bydgoszczanin, socjolog

Przydałby się proces za czarny PR

Jako mieszkaniec Bydgoszczy czuję się głęboko dotknięty artykułem, który w obrzydliwy sposób przedstawia to piękne miasto.

Mieszkając w Bydgoszczy od dziecka, z krótką przerwą na studia w Gdańsku, poznałem dobrze jego uroki i zakątki - przedstawianie Bydgoszczy jako miasta umierającego wieczorami z powodu niebezpieczeństwa pobicia jest jawnym nadużyciem i aktem czarnego PR. Jako mieszkaniec miasta i członek wielu stowarzyszeń działających na jego rzecz będę apelował do nowo wybranych władz miasta, aby wystąpiły przeciw Państwu na drogę sądową.

Porównywanie Dworcowej w Bydgoszczy, która nie jest główną ulicą handlową, z króciutką toruńską Szeroką jest nadużyciem - główną ulicą handlową Bydgoszczy jest Gdańska, która jest piękną długą ulicą pełną perełek architektonicznych.Marek Rogowski

Drobnomieszczańska ta Bydgoszcz, i tyle

Urodziłam się w Bydgoszczy. Nigdy nie lubiłam tego miasta ani z wyglądu, ani z atmosfery. Na wagary jeździłam do Torunia. Studiowałam poza Bydgoszczą. Dziś mam identyczne, co autor artykułu, negatywne wrażenia, gdy odwiedzam rodziców. Brzydkie miasto bez duszy. Bez tradycji. Bez kultury.

Mikroświatek dominujący - małe mieszczaństwo. Baby w moherach w autobusach, z dezaprobatą i osadem w oczach. To moje rodzinne miasto i mam prawo powiedzieć, jak je widzę i odbieram. Joanna, bydgoszczanka

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.