Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Ja, obywatelka Rzeczypospolitej Polskiej, coraz bardziej się boję. Czuję się zagrożona bezprawiem, słabością władzy i nabierającym tempa sprawnym demontowaniem demokratycznego państwa. W przerażenie wpędził mnie piątkowy przemarsz z pochodniami w dłoniach zwolenników prezesa PiS-u. To już kiedyś w historii było!

Ku-Klux-Klan? Naziści?

Ze strachu nie rozwinę skojarzeń z Ku-Klux-Klanem ani europejskim krajem w latach 30. XX wieku. Chciałabym się tylko dowiedzieć, czy władze miasta wydały zgodę na tę demonstrację? Bo ostatnio państwo coraz częściej dzieli obywateli na lepszych i gorszych.

Czy naprawdę każdy może postawić sobie krzyż w dowolnym miejscu publicznym (swoją drogą, jak to się stało, że po śmierci Jana Pawła II szybko i spokojnie posprzątano symbole religijne, święte obrazki, znicze itp.?)?

Czy każdego członka rodziny kogoś, kto zginął pod Smoleńskiem, Kancelaria Prezydenta przepuści z wieńcem przez swój teren? Czy niewielka grupa ludzi długo jeszcze będzie utrudniała ruch i powodowała zamieszanie (także estetyczne) na jednej z głównych (i piękniejszych) ulic Warszawy?

I wreszcie, czy znajdzie się ktoś odważny, kto zdecydowanie powie, że nie ma powodu ani możliwości, żeby stawiać pomnik ofiarom katastrofy smoleńskiej przed Pałacem Namiestnikowskim? Tragedia ludzka to jedno, a groteska polityczna, szantaż moralny - drugie.

Kaczyński nieobliczalny

Ale w tym wszystkim najbardziej groźny i nieobliczalny jest pan Jarosław Kaczyński, którego wypowiedzi nikt nie zahamował trzeźwą polemiką od początku i teraz toczą się, przybierając na sile, jak górska lawina. Wrócę tu choćby do zarzutu, że premier Tusk ścigał się, by jako pierwszy znaleźć się na miejscu katastrofy. A jak miało być inaczej? Czy miał tam tak po prostu wejść najpierw pan Kaczyński? Przecież był osobą prywatną, członkiem rodziny ofiary. Ofiar było jeszcze 95. Bliscy tamtych zmarłych też mogliby tam w każdym momencie wchodzić? Przynajmniej wobec śmierci chyba wszyscy są równi?

Narastające teraz z dnia na dzień inwektywy wobec władz, tezy o niesuwerenności Polski są zdumiewające, oburzające i nielogiczne. Bo z jednej strony pan Kaczyński dziś zarzuca, że podważanie autorytetu prezydenta było bardzo niebezpieczne, a z drugiej, robi dokładnie to samo. Jeszcze prowadzi za sobą ludzi. A manipulowanie emocjami tłumu jest łatwe.

Chodzi o to, żeby Polacy się ze sobą bili?

I tego właśnie się boję najbardziej. Czy mamy się wewnętrznie skonfliktować? Może jeszcze bić się ze sobą? O co - jak się dobrze zastanowić - o krzyż na ulicy, o pomnik? Czy o władzę dla pana Kaczyńskiego, który w demokratycznych wyborach ją stracił?

A po następnym nieudanym dla siebie głosowaniu obraził Polaków, mówiąc coś o ich nierozgarnięciu (że wybór prezydenta Komorowskiego był przypadkowy). Czy to możliwe, aby aktywny od tylu lat polityk gotów był zdestabilizować kraj, żeby tylko osiągnąć własny cel? A tym celem jest tylko władza dla siebie czy chęć zmiany modelu demokratycznego państwa?

Na jaki? - zadaję sobie pytanie, coraz bardziej przestraszona. Albert Camus w Dżumie pokazywał, że mieszkańcy Oranu długo nie chcieli zobaczyć zdychających na ich oczach szczurów, bo dostrzeżenie tego wymagałoby jakiejś reakcji, zburzyłoby codzienny spokój. A potem zaraza tak przybrała na sile, że nikt nie mógł już jej opanować. Czy zatem nie powinniśmy bystrzej patrzeć dookoła? I myśleć? Bo bakcyl dżumy nigdy nie umiera (to też Camus).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.