Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Nie wolno przejść obojętnie obok listu nauczycielki języka polskiego pani Bernadety Odrzywolskiej ("GW" 24-25 lipca br.), bo jest to krzyk ostateczny: albo rozpocznie on poważną debatę o dzisiejszym języku polskim i doprowadzi do zmian nie tylko w nauczaniu, albo legniemy na dnie wszechogarniającej językowej głupoty.

Głupoty zataczającej coraz szersze kręgi: w najlepszych gazetach możemy dziś znaleźć błędy z zakresu składni, interpunkcji, a nawet ortografii, w książkach niezłych nawet wydawnictw, redaktorzy cierpią chyba na śpiączkę, a korektorki rozrzucają przecinki z hojnością pijanego. Najgorsze chyba jednak jest to, co prezenterzy telewizyjni, a nierzadko i dziennikarze radiowi wyprawiają z rodzimą fonetyką: uparcie umieszczając akcent na pierwszej sylabie wyrazu prześcigają się w upodobnianiu języka polskiego do węgierskiego na przykład.

Zwrócenie uwagi napotyka totalne niezrozumienie: oni po prostu tego nie słyszą, a poprawności nikt od nich nie wymaga. Jeden z wydawców bloku informacyjnego posługujący się nienaganną polszczyzną powiedział mi: - Zwracałem kilka razy uwagę, że w języku polskim akcent nie pada na pierwszą sylabę, lecz na przedostatnią. Popatrzono na mnie z pobłażaniem, jak na okaz muzealny. I tyle. - Inni prezenterzy na odmianę zmodyfikowali polszczyznę manierycznie rozciągając końcówki słów. Dlaczego? Ano dlatego, że im się tak podoba.

Nie, nie to jest nawet najgorsze, że to robią, lecz że telewidzowie i radiosłuchacze przestali już te nieprawidłowości zauważać. A więc co - zmieniamy sobie język ot tak, bo to jest "trendy"? Bo w naszym absolutnie wolnym kraju wolno mówić po polsku, jak się komu podoba, a przestrzeganie reguł ojczystego języka - to przeżytek niewoli PRL?

Rzeczywiście: w tamtych strasznych czasach nie mógł opuścić szkoły średniej osobnik popełniający błędy ortograficzne. Logicznie zatem: im starsza stacja, tym lepszy język. A więc najlepiej po polsku mówią dziennikarze radia publicznego, a i telewizja - językowo - siłą rozpędu i nawyków starszych pracowników - jeszcze utrzymuje przyzwoity poziom.

Ale w tych stacjach, w których przeważa młody narybek, poprawne posługiwanie się podstawowym narzędziem, jakim jest język, to sprawa daleko nie najważniejsza. Kiedyś przy mikrofonie mógł zasiąść tylko ten, kto zdał niełatwy egzamin na tzw. kartę mikrofonową. Wyjątki czyniono dla posługujących się językiem polskim tak dobrze, że egzamin był bez sensu. Dziś nikt o jakichś tam kartach mikrofonowych nie wspomina (chyba, że chce się kogoś z radia pozbyć ze względów "pozajęzykowych") więc niemal każdy, kto mówi dużo i mniej więcej na temat przekonany jest o swej doskonałości.

I pomyśleć, że jest taki kraj, gdzie niemal każdy, kto ukończył szkołę podstawową, bez względu na pozycję społeczną, profesję czy płeć zacytuje fragmenty dzieł nie tylko najważniejszego narodowego poety (którego naród określa: Nasze Wszystko), ale i tych mniej ważnych; gdzie lekcje języka ojczystego są przez szkołę traktowane priorytetowo, a o rodzimym języku się mówi: potężny i wspaniały. Ten kraj to Rosja.

Tam popularne radio ("Echo Moskwy") prowadzi codzienny program "Mówimy po rosyjsku", w którym dziennikarze analizują - między innymi - i własne błędy odwołując się przy tym do wielu słowników.

Przykre jest nie tylko to, jak dzisiaj się odnosimy do naszego języka. Jeszcze bardziej przykre jest i to, że tymi, z których powinniśmy być dumni - pomiatamy. No, może po prostu lekceważymy. Rok Mickiewiczowski (200 rocznica urodzin wieszcza) obchodzony był ledwie zauważalnie. Jakby z zawstydzeniem.

A Rosjanie podobną rocznicę Puszkina świętowali - główny kanał TV zorganizował zabawny program: dziennikarze jeździli po całym kraju podtykając mikrofon napotkanym ludziom po to, by recytowali "Eugeniusza Oniegina". Dziennikarz zaczynał, a dojarka przy krowie, murarz na budowie, dyrektor w eleganckim gabinecie - kontynuowali. Albo i nie - jeśli nie zdążono im na czas podsunąć ściągi, choć widać było, że wielu tych ściąg nie potrzebowało. Było sympatycznie i zabawnie, bo program prowadzony był "lekko, łatwo i przyjemnie". Kilka razy dziennie, po kilka minut. Jedno jest pewne: nikt o Puszkinie tamtego roku zapomnieć nie mógł. Czy to nie piękna forma wyrażania patriotyzmu?

Gdy zajrzy się do internetu pod hasło "język polski" wyskakuje nam mnogość testów według których języka uczyć się należy. W skrócie i po łebkach. Masa rozmaitego rodzaju ściąg i porad, jak zdać kolejny egzamin nie zagłębiając się w istotę tego, co przeczytać i zrozumieć trzeba. Wszystko to tchnie nudą i schematyzmem. Niczego podobnego nie znajdziemy w rosyjskim internecie, gdzie do lektur podchodzi się całościowo. Wydaje mi się, że kogoś, kto zaproponowałby Rosjanom przeczytanie tylko fragmentów "Oniegina" czy innego ważnego dzieła literackiego i wmontowanie tej pokawałkowanej wiedzy w jakieś testy - potraktowaliby jak prostaka. Tam każdy - czy lekarz, czy menadżer - znajomością literatury się szczyci. Głupia sprawa po prostu. Cóż, nie są trendy.

Kiedyś, gdy prowadziłam seminarium podyplomowe na Wydziale Dziennikarstwa UW poszłam ze swymi podopiecznymi do Muzeum Literatury na wystawę o Conradzie. Powiało grozą: muzeum było puste, choć wystawa przygotowana znakomicie. Organizatorzy narzekali, że do Muzeum Literatury szkoły już nie prowadzą wycieczek. Zaś adepci dziennikarstwa bez żenady stwierdzali, iż w tym muzeum są po raz pierwszy (a pewnie i ostatni). Cóż, niestety nie jest anegdotą fakt cytowany przez Wojciecha Giełżyńskiego - b. rektora Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych: kandydat na Wydział Dziennikarski zapytany o polskich poetów Romantyzmu, po podpowiedziach zdesperowanych egzaminatorów przypomniał sobie: Adam Mickiewicz! - A Słowacki - pada pytanie. - Ze słowackich poetów nie znam żadnego.

Może to i nic dziwnego, bo - jak można było przeczytać w "Dużym Formacie" - rodzimi zwolennicy nauk właściwych, a więc "pieniądzonośnych" szczycą się tym, że "na polskim było rozwiązywanie sudoku, poznawanie każdego detalu za oknem, gra w statki, wypełnianie krzyżówek ekonomicznych", tak jakby język Reymonta i Miłosza (laureatów Nobla w dziedzinie literatury, bądź co bądź) oraz własnych przodków przynosił wstyd ich prawidłowym, modnym, niehumanistycznym jestestwom.

A więc powtarzam za nauczycielką języka polskiego, której za list jestem wdzięczna: ratujmy język polski, póki jeszcze jest co ratować.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.