Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Bartek Wróblewski, dziennikarz Wiadomości TVP, w swoich materiałach o sytuacji pod Pałacem Prezydenckim systematycznie przekonuje widzów, że koczująca pod krzyżem grupa "obrońców" jest ciągle szkalowana przez pijanych młodych ludzi, nierzadko pod wpływem narkotyków. Dzień po manifestacji przeciwników obecności krzyża na placu przed Pałacem Prezydenckim, w głównym wydaniu Wiadomości stwierdził, że na zorganizowanej przez Dominika Tarasa "Akcji Krzyż" było niebezpiecznie. Uczestniczyłem w tej manifestacji. Jednak nie zauważyłem ani szkalowania "obrońców krzyża", ani sytuacji, które można uznać za niebezpieczne.

Zatrzymałem się tuż przed Pałacem. Nagle pewien pan w kapelusiku zaczął spontanicznie wszystkim naokoło wykrzykiwać, że powinniśmy stąd spier**lać, najlepiej do Bogatyni i pomagać. Po co więc tu stoisz, pomyślałem. Za chwilę zaczął przekonywać, że krzyż przecież nikomu nie przeszkadza, że po prostu stoi. Do jego monologu włączyła się jakaś kobieta, która argumentowała, że plac przed Pałacem Prezydenckim to nie miejsce śmierci tych 96 ludzi, więc to nie miejsce na pomnik i krzyż. Pan się zagotował. Krzyczał, machał rękami.

Nie potrafię powtórzyć, co wykrzykiwał, ale nie było to katolickie błogosławieństwo, więc powiedziałem mu spokojnie: Proszę pana, po co pan krzyczy? Dlaczego jest pan agresywny? Ja agresywny?! Tak, jak na razie widzę, że tylko pan tu wymachuje rękami i krzyczy. Wszyscy wokoło pana obserwują. Ty za młody jesteś, za mało przeżyłeś, nie wiesz po co tu ludzie stoją... Rzeczywiście, nie wiem.

Pomyślałem sobie, że nie wiem, dlaczego ci ludzie dają się wykorzystywać w politycznej walce PiS i dlaczego utożsamiają śmierć Kaczyńskiego ze zrywem solidarnościowym. Ale tego już temu panu nie powiedziałem. Przecież jestem za młody, żeby z nim dyskutować. Poza tym, nie krzyczałem, tak jak on.

Tuż obok jacyś ludzie trzymali wysoko uniesione kamery. Byli to Jan Pospieszalski i Ewa Stankiewicz. Nagrywali tłum, skandującą młodzież, transparenty zwolenników przeniesienia krzyża, krzyczących i "wyjących" uczestników "akcji". Zupełnie natomiast nie obchodził ich agresywny pan w kapelusiku, czy też scena, dziejąca się obok nich, w której to zwolennicy Jarosława (mieli nalepki z jego hasłem wyborczym) zaczęli nagle szarpać kobietę bijącą brawo i skandującą DO KO-ŚCIO-ŁA! - krzycząc do niej "Niech pani zamknie w końcu mordę!" Niech pani zamknie w końcu tą mordę!

Zamiast obiektywnego filmowania przedstawicieli obydwu stron, Pospieszalski wolał filmować mnie, ponieważ robiłem mu zdjęcia. Czy znajdę się w jego najnowszej produkcji wraz z komentarzem "Młodzi wyznawcy szatana atakowali nas lampami błyskowymi, by uniemożliwić nam pracę"? Nie wiem. Zapewne przekonam się o tym za około dwa tygodnie. Tyle trwał montaż Solidarnych 2010.

Wracałem do domu z przeświadczeniem, że ta manifestacja nie miała sensu. Mnóstwo pijanych gapiów, chamskie wycie, jakiś "pseudopapież", udawany seks w oknie. A gdzie się podziała sama idea? Czy naszym celem było obrażenie fanatyków i zachowywanie się tak samo jak oni? Miałem wrażenie, że ci młodzi ludzie wcale nie przyszli tam ponieważ przeszkadza im krzyż przed Pałacem, koczownicy, którzy go "bronią" oraz walka polityczna.

Przyszli tam, ponieważ plac przed Pałacem to miejsce zabawy, a miejscem modlitwy i kultu jest Kościół. Więc skoro oni mogą się modlić, to my możemy się bawić (cytat).

Czy to miała być idea tej manifestacji? Jeśli tak, to ja się z nią nie zgadzam. Sądziłem, że przekazem dla mediów i dla władz Warszawy (na Kościół nie liczę) będzie to, że nie zgadzamy się na bezczelne wykorzystywanie symbolu krzyża jako symbolu męczeństwa Lecha Kaczyńskiego i 95 innych ofiar katastrofy, że nie zgadzamy się, aby opozycja wykorzystywała po raz kolejny wiarę do walki politycznej i zemsty na kontrkandydacie, że nie wyrażamy zgody na ciągłe milczenie władz i odsuwanie problemu pod dywan.

Kaczyński to nie Chrystus i nie wolno go tak traktować, bo to pogwałcenie pierwszego przykazania. Ale media pokazały dokładnie to, co widziały, czyli niedojrzały tłum, który albo nie wie po co tam stoi, albo życzy poprzez transparent moherom spalenia na stosie.

Jedynie "Wiadomości" w kłamliwy sposób przedstawiły manifestację, pokazując jej uczestników jako dzicz. Pokazano "bijatykę na latarni", sugerując, że zabawa przeciwników krzyża sięgnęła zenitu i zamieniła się w bójkę o lepsze miejsce na latarni, zakończoną remisem. Prawda jest taka, że na wspomnianą latarnię wskoczył przedstawiciel zwolenników pozostawienia krzyża, prawdopodobnie był to przedstawiciel Młodzieży Wszechpolskiej, jak podejrzewają na Facebooku uczestnicy manifestacji. MW nawoływała do przyjścia na manifestację i rozgromienia tych, którzy podniosą rękę na krzyż. Wskoczył, wyrwał transparent, próbował go połamać, a potem zaczął szarpać "siedzącego" tam człowieka.

A jednak coś zaczęło się dziać. Kancelaria Prezydenta złożyła oficjalne zapytanie do stołecznej konserwator zabytków w sprawie upamiętnienia ofiar katastrofy samolotu prezydenckiego. Wiadomo, że zgoda jest, będzie to tablica na fasadzie Pałacu Prezydenckiego. Czy to jest sukces? Moim zdaniem nie. Wyobraźcie sobie, co będzie się działo co miesiąc, a potem co rok pod Pałacem Prezydenckim. Pielgrzymki, lamenty, modlitwy, nieco mniej radykalne od tych, które odbywają się teraz pod krzyżem. Przecież to jest bałwochwalstwo.

Jeszcze raz powtórzę: Lech Kaczyński nie był Jezusem Chrystusem, zaś 95 innych ofiar nie było biblijnymi Apostołami. Niegodnym jest więc wobec polskiego narodu oraz prawdziwych polskich bohaterów czczenie tych ofiar jako męczenników, narodowych i religijnych bohaterów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.