Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

A Ty jesteś z jakiego pokolenia? Nie pamiętasz PRL w ogóle? Co ''sprzedali'' ci rodzice? Martyrologię czy groteskę? A może jest jeszcze inaczej? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Do napisania tego wspomnienia skłonił mnie list dziewczyny , zbyt młodej, aby cokolwiek z tamtych czasów pamiętać.

PRL jest jak puzzle. Takie duże, składane miesiącami. Część tych puzzli to miejskie strajki ludzi, którzy cierpieli z braku wolności słowa, to ciągle podwyższane ceny, brak wszystkiego w sklepach, gdzie na honorowym miejscu królował Jego Wysokość OCET, a cześć to wiejskie realia, gdzie rolnicy też strajkowali, byli w Solidarności, a wieczorami słuchali Radia Wolna Europa. Później z taką samą ochotą słuchaliśmy ballad Kaczmarskiego

W sklepach nie było nic, puste polki, no chyba, ze "coś rzucili". A kiedy już "coś rzucili" stało się w kolejce nie wiedząc za czym się stoi. Ładne buty zimowe były rarytasem, papier toaletowy też. Ciekawych gazet w kioskach też brakowało.

Jedyny sklep godny tego słowa to był Pewex. Chodziłam tam tak jak teraz chodzę do muzeum. Szynka w różowym opakowaniu była jak dzieło sztuki jednego z kubistów. Lalka Barbie jak dzieło Warhola. Dżinsy to był szczyt elegancji haute couture. Jeśli chodzi o pozostałe towary, które tam sprzedawano, to nie wiedziałam do czego służą. W normalnych sklepach ich nie było.

Największym wydarzeniem było stanie w kolejce. Stało się wcześnie rano, czasami ok. piątej, szóstej rano. Kolejka była zawrotnie duża. Zawsze. Kiedy dochodziło się do lady, kupowało się mięso, wódkę, czy cukier na kartki.

Te magiczne kartki śnią mi się do tej pory po nocach.

Do szkoły podstawowej chodziłam na wsi, wszystkie dzieci były prawie tak samo ubrane, te same zimowe buty relaksy, masywne, ciężkie, szczyt wysublimowania. Czapki i szaliki też mieliśmy takie same, bo rzucili, więc wszyscy kupowali.

Z PRL-u pamiętam jeszcze morderstwo księdza Popiełuszki. Bo przeszkadzał, bo mówił o wolności, o szanowaniu drugiego Człowieka. Kościół był jedynym miejscem wolności słowa. Czuliśmy się tam wolni.

We wsi, czy w mieście na mszy byliśmy wreszcie ludźmi, a nie towarzyszami jak chciał Wielki orwellowski Brat. Wtedy nikt języka angielskiego nie znał. Obowiązkowy był rosyjski. Nikt tego języka nie lubił, bo go nam narzucili. Na lekcjach historii omijano fakty o 17 września, a ja w książkach wpisywałam długopisem "to kłamstwo". Taki mój mały bunt.

Były też piękne Święta Bożego Narodzenia, które do tej pory w moich wspomnieniach pachną pomarańczami. Jeśli je rodzice dostali, bo rzucili, to ja i moja siostra miałyśmy na polskiej wsi przy minus 35 stopniach szczyt marzeń: pomarańcze pod choinkę! Kiedy rodzice je zdobyli, co graniczyło z cudem, byli dla nas niczym Superman.

Co "sprzedali" mi rodzice ? Przekazali miłość, poszanowanie drugiego człowieka, szacunek do jedzenia, całowanie chleba gdy upadnie. Nie jest ważne to, co nam dawali pod choinkę, ale z jaką miłością nam to dawali.

Dlatego kiedy dzisiaj ktoś podaje mi pomarańczę, tę moja proustowską magdalenkę, przyjmuję ją z wielką radością. To nic, że pachnie PRL-em

Te moje wiejskie peerelowskie wspomnienia przechowuję skrzętnie, dzielę się nimi tak, jak dzieliliśmy się wtedy wszyscy jedną pomarańczą na Wigilii, kiedy w komunistycznym klimacie na sianku rodził się Bóg, dając nadzieję na lepsze jutro.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.