Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

A Ty jesteś z jakiego pokolenia? Jaki obraz PRL jest prawdziwy? Nie pamiętasz PRL? Co historia powinna mówić o tamtych czasach? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Dyskusję rozpoczął artykuł Jana Hartmana ''Nasza, ludowa, zapomniana'' . Chciałabym się podzielić tym, co ja pamiętam z PRL-u, wrzucając kamyk do myśli zawartych w liście Teresy Reśniewskiej.

Byle nie za Tymińskim

Jestem z rocznika 1974. Wchodziłam w dorosłe, no - może raczej "świadome" życie, w fantastycznym 1989 roku. Ten rok pamiętam wyśmienicie, dużo lepiej niż standardowo pamiętane "osiemnastki"- ta wypadła u mnie w 1992 roku. A więc 1989 - zdawałam wówczas do jednego z najbardziej znamienitych i rozpolitykowanych warszawskich liceów. Byliśmy młodzi, ale jak na 15-latków, bardzo świadomi czasu, historii. Pamiętam gorące debaty polityczne; i niemal namacalną, lepką złość, że nie możemy głosować w pierwszych, wolnych wyborach prezydenckich (kto optował za Tymińskim, stawiał siebie poza wszelkimi nawiasami).

Bardzo szybko pojawiły się w naszej budzie nowe podręczniki historii - pierwsi byli Roszkowski i Pronobis. Dzisiejsi 15-latkowie z mojej perspektywy wydają się kompletnie nieideowi, czasem wręcz bezideowi. Ale faktem jest, że "mój czas" wypadł w wyjątkowym momencie historii... Ten właśnie moment zaważył na późniejszym wyborze studiów - politologicznych. Polityka pozostała moją pasją, nie jest i nigdy nie była wykonywanym zawodem.

Ojciec robotnik

Końcówkę PRL-u pamiętam bardzo dobrze. Prawdopodobnie dlatego, że w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych w moim rodzinnym domu (mama, ojciec, starszy brat i ja, typowe warszawskie blokowisko na Bielanach) było bardzo trudno. Bytowo.

Tato - robotnik w Hucie Warszawa (później Lucchini, dziś Arcelor Mittal), mama w drobnym handlu. Oboje "ponad stan" świadomi, stawali na rzęsach, by w domu zamiast telewizora wybuchowego Rubin (ktoś pamięta to radzieckie ustrojstwo?) były regały pełne książek.

Albumy, leksykony, słowniki, encyklopedie, klasyka beletrystyczna - wszystko to kupowane na absurdalne subskrypcje; zanim skompletowało się całość encyklopedii, pierwsze tomy się dezaktualizowały. Kosztem ogromnego wysiłku ojca (16-godzinne zmiany w skwarze hutniczej stalowni) mój brat i ja od połowy podstawówki zasuwaliśmy na prywatne, piekielnie drogie wówczas lekcje języka angielskiego.

Przez wiele biednych lat, czas w domu był odmierzany czasem pracy taty - kiedy wracał z tych przeklętych 16-godzinnych zmian, chodziliśmy na palcach, by w spokoju mógł odespać, odpocząć. Do kolejnej, cholernej zmiany.

Mama pracowała w małym kosmetycznym sklepie ajencyjnym (do młodych niekumatych: to takie reglamentowane przez ówczesną władzę placówki handlowe, gdzie można było nabyć np. wypasiony "zachodni" dezodorant Fa w astronomicznej cenie, służył wówczas także jako perfumy, bywał też centralną ozdobą paździerzowej meblościanki, obok puszek po Fancie - namiastki dzisiejszego jelenia na rykowisku).

Ten czas, to dla mnie czas utraty, albo w ogóle niemożności bycia z rodzicami w normalnych relacjach. Ciągła nieobecność, ciągłe zmęczenie. Dziecko z kluczem na szyi. Tak, te lata kojarzę źle. To lata zmęczenia i wymęczenia; lata walki bytowej, o wszystko: o kozaki dziecięce - jakiekolwiek!, o kawałek wołowiny na maciupką karteczkę "200 g bez kości", o masło i ser wydawane z zagranicznych darów w osiedlowej parafii, o kasetę magnetofonową z Pewexu, na którą zbierałam kilka miesięcy z kieszonkowego.

O piątkowy "Express Wieczorny" z programem telewizyjnym, po który stało się pod kioskami w gigantycznych kolejkach. Kolejki - tak, to wiemy wszyscy, nawet obśmiewamy. Złoszcząc się, gdy DZIŚ musimy stać całe 7 minut w kolejce do carrefourowej kasy, z koszykiem pełnym wszystkiego. Pamięć ludzka to kapryśna bestia, prawda?

Zakładowe wczasy

Bywało też fajnie, owszem. Super podstawówka, super dzieciaki, grupowe "Modern Talking" słuchane na "magnecie" u kolegi. Zakładowe letnie kolonie, wczasy FWP - ówczesna Huta Warszawa miała piękne ośrodki wypoczynkowe, dziś niszczeją albo są sprzedawane prywatnym podmiotom i stają się "centrami konferencyjno-szkoleniowymi".

Moje wcześniejsze lata to schyłkowy Gierek. Słabo pamiętam, może też częściowo wypieram. Bo to znów nieobecność rodziców, szczególnie taty - dwa razy wyjeżdżał w tamtym czasie na zagraniczne kontrakty na Bliski Wschód. To jedyny czas, gdy naszej rodzinie powodziło się lepiej, w "dużym pokoju" zagościł regał Delfin (koniec lat '70), w jego "barku" stała Nutella z Baltony, jedliśmy po łyżeczce dziennie. Tak, zaliczyliśmy też Małego Fiata.

W latach '80 poczuliśmy oddech historii, strajki w Hucie Warszawa. Jechałam do taty tramwajem, z termosem rosołu, podanym mu przez kraty bramy głównej zakładu. Wyszedł do mnie zmęczony, umorusany, w robotniczym kombinezonie. Choć byłam szczylem, tamten ścisk gardła pamiętam do dziś.

Nie odważę się zanegować jego życia

W moim domu nad PRL-em też panuje dyplomatyczne zawieszenie broni (słownej). W czasach licealnych (początek lat '90, zrzucone kagańce, skrajne oceny, euforia wolności słowa) i akademickich potrafiłam bardzo ostro oceniać, kłócić się z tatą, negować wszystko, co przecież było udziałem jego prywatnego i zawodowego życia. Ich - rodziców, życia.

Dziś do tych rozmów przemycamy więcej szarości, niuansów, choć rozczarowanie "nową wolnością"- będące zresztą udziałem wielu polskich emerytów - jest u moich rodziców, szczególnie taty, dojmujące. Jest jak Andrzej Talar z pięknego serialu "Dom". Bez względu na system, okoliczności, chciał po prostu dobrze i uczciwie pracować. Dziś już nie odważę się zanegować jego życia, jego młodości, choć swoje oczywiście myślę. To wszystko, co w jego życiu było najlepsze. Regał Delfin wciąż stoi.

Kłopot z komunizmem, jaki ma autorka listu - Teresa Reśniewska, nie jest niczym niezwykłym. To jest czas wciąż niejednoznaczny, zbyt świeży, polityczny, nieoswojony historycznie, wciąż dynamicznie podlegający sporom, sprzecznym ocenom. Kiedy już chcemy tej bestii nałożyć jednoznaczny kaganiec, ona zaraz zrywa się, a to za sprawą SLD z jednej strony, a to za sprawą PiS - z drugiej. Poczekajmy co najmniej pokolenie. Jeśli je mamy.

A ja... Cóż, trudny, ale fantastyczny czas, ten obecny. Nie zamieniłabym go na tonę gierkowskich bananów (notabene, w Carrefourze mają ohydne, po Chiquitę trzeba zasuwać na bazarek).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.