Łowiectwo, jest, moim zdaniem, najszlachetniejszą formą relacji człowieka z przyrodą i środowiskiem. Wymaga rozwagi i roztropności, hartu ciała i ducha. Ma swoją przebogatą historię, literaturę i kulturę. Nie zwieszam strzelby na kołku, a aparat fotograficzny też często wykorzystuję. By utrwalić piękno polskiej przyrody.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Jeszcze jako uczeń trzeciej klasy liceum ogólnokształcącego w Poznaniu, które w rankingach lokuje się wciąż w ścisłej czołówce najlepszych szkół średnich, wygłosiłem referent o łowiectwie, gospodarce populacjami zwierząt dziko żyjących w Polsce, historii i kulturze myśliwskiej na przestrzeni wieków. Brakowało mi wtedy roku do uzyskania pełnoletności i uzyskania pozwolenia na broń myśliwską. Otrzymałem najwyższą ocenę i kilka dni chodziłem w glorii tego, który dużo wie o tej wspaniałej dziedzinie ludzkiej aktywności. W gazetce szkolnej opublikowałem opowiadanie o rykowisku i tragicznym zatonięciu dwóch jeleni byków w rzece Mogilnicy, sczepionych wieńcami w czasie wrześniowych turniejów. Dostałem chyba jakieś wyróżnienie lub pochwałę. I nikt nie robił mi żadnych dziwnych uwag, że jestem "zabójcą zwierząt".

Strzał - akt ostatni

Zaliczyłem roczny staż, egzaminy i mogłem zacząć polować. Pamiętam, jak trzy lata później, gdy zdawałem egzaminy na selekcjonera zwierzyny płowej, egzaminujący mnie członek komisji, doświadczony leśnik i myśliwy, długotrwale sprawdzał moją wiedzę o zwierzynie łownej, o hodowli, zasadach selekcji, dokarmiania, ochrony, etyce i odpowiedzialności.

Składam się do strzału. Dzieje się to po długotrwałych obserwacjach, przeprowadzeniu ocen i kryteriów, po wielokrotnych wyjazdach na łowiska. Jest zwieńczeniem, ostatnim aktem ingerowania w przyrodę. Ingerencja ta jest konieczna dla dobra przyrody i zachowania dzikich zwierząt w warunkach stworzonych przez człowieka gospodarującego.

Jeżeli zdarzy się ktoś, kto swoje uprawnienia wykorzysta niegodnie, jest karany. Jak w każdej społeczności, zdarzają się tacy, którzy w gronie myśliwych znaleźli się przypadkiem. Gdy zdarzy się przypadek, bardzo rzadki, niepotrzebnego zastrzelenia wałęsającego się psa, zdziczałego psa, wszystkim myśliwym przylepiona jest łatka.

Tymczasem wciąż spotykam watahy zdziczałych psów buszującą po rozległych przestrzeniach wielkopolskich pól. Są wśród nich takie, które wyrzucili rodacy udający się na wakacje. Żeby się pozbyć, nic ich nie obchodzi, co się z takim psem dzieje. O nich nikt nie mówi. Te psy szczenią się w polu, jak wilki.

Kiedy myśliwy, wierzcie mi, z wielką niechęcią, podnosi broń, by usunąć takiego rabusia, słyszy uwagi krytyczne, spotyka się z niechęcią. Nikogo nie interesuje, że ratuje z trudem i długotrwale hodowane i ochraniane sarny, zające, dzikie króliki i ptactwo gniazdujące na ziemi.

Najpierw wyhodować, żeby upolować

Widok szarpiącej się na drucie sarny, kiedy każdy ruch powoduje zaciskanie się pętli, jest wstrząsający. Myśliwi, straż leśna i leśnicy systematycznie penetrują lasy by chronić przed bezmyślnym niszczeniem dzikich zwierząt. Czasami udaje się schwytać przestępcę. Wyrok jest z reguły symboliczny. Niewielkie społeczna szkodliwość czynu. O tym nikt nie mówi.

Rolnicy traktują myśliwego, jako osobę, której obowiązkiem jest pilnowanie, by dziki i jelenie nie niszczyły upraw. Jeżeli nie upilnuje, niech płaci odszkodowanie. Tak, więc, koła łowieckie kupują straszaki, organizują dyżury na polach, myśliwi strzelają w powietrze, bo loch prowadzących warchlaki w okresie wiosennym i letnim strzelać nie wolno, i płacą odszkodowania.

W oczach niektórych myśliwy chodzi sobie po lesie i sobie strzela. Śmiech bierze, gdy się słucha lub czyta takie pustosłowie, pełne hipokryzji i czułostkowości.

Plany hodowlane zakładają taką gospodarkę populacją dzików, aby stabilizować ich liczbę na znośnym poziomie, to znaczy takim, by szkody przez nie wyrządzane były do zaakceptowania przez rolników. Chodzi też o dochowywanie się silnych odyńców, których upolowanie wymaga często wielkiego wysiłku, a satysfakcją są szable, ich groźny oręż. Nikt nie trzyma dzików w niewoli, w chlewach lub komórkach. Są wręcz karmione w lesie, by nie wychodziły na pola. Ich liczba, podobnie jak i innych dzikich zwierząt musi być regulowana.

Pewien mój znajomy oglądając trofea łowieckie stwierdził, że trzeba najpierw wyhodować, żeby upolować. Chciał być złośliwy. Ale tak przecież jest, właśnie myśliwi opiekują się dziką zwierzyną!

Zabijanie zwierząt

Widziałem ubojnie. Zabijanie zwierząt jest tam rzeczą naturalną. Świnie idą ciurkiem, jedna z drugą. Wchodzą, pokwikują, spoglądają i po chwili są rozdzielane na kawałki. W chłodni supermarketu nie kupuje się zwierzęcia. Przebiera się i wybiera kawałek szynki, łopatki, kiełbasę. Przecież hodujemy zwierzęta na mięso. Już nie polujemy, jak drapieżniki w świecie przyrody. Z premedytacją hodujemy, by zabić i zjeść. Często w warunkach urągających przyzwoitości trzymane są te hodowlane zwierzęta. Jajka też lubimy, szczególnie na stole wielkanocnym. Opis, jak się uzyskuje jajka na fermach kurzych, gdzie żyją one po sześć w małych klateczkach, karmione z rurek, z których kapie woda i podawany jest pokarm, a jajka zsuwają się na ruchomą taśmę i jadą do sortowni, jest naprawdę przygnębiający.

Kupując świątecznego karpia, można uniknąć aktu jego zabicia. Wystarczy nie nabywać żywego, lecz stosownie dobrany filet. Niech ktoś inny się zajmie czynnościami, które do szczególnie sympatycznych nie należą, są jednak normalne i zwyczajne od tysięcy lat.

My kupimy coś, co w niczym nie będzie przypominać ryby słodkowodnej, lecz będzie stanowić jej jadalny, oczyszczony fragment. Przypomina to zakrywanie głowy zadartą sukienką przez małe dziewczynki, gdy ktoś zwraca uwagę, by nie hałasowały.

To znana forma ukrycia się, zgodnie z zasadzą, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. To jednak nikogo nie wzrusza. No, ale myśliwy, uzbrojony w broń palną, który strzela tak, by zwierzę nie cierpiało, usuwający z łowiska często sztuki chore i narażone na ból, bywa łajany za swoje niehumanitarne zachowania. Nie chcę opisywać scen zbyt drastycznych, ale życie sarny zainfekowanej gzami to potworna męka. Myśliwy rozpozna, że coś jest nie w porządku.

Chodzi, strzela... a potem zapija wyrzuty sumienia

Chodzi, więc myśliwy po lesie i sobie strzela. Tu dzik, a tu sarenka, tam zajączek i kaczuszka. Czasy ochronne, selekcja, ochrona gatunku to tylko takie gadanie. Tyle tylko, że dzięki działalności myśliwych, polskie bory są bogate w zwierzynę, a jej jakość budzi wciąż zazdrość mieszkańców innych krajów europejskich.

Za to wrzawa w lesie podczas zbierania grzybów, rajdy quadami, to czyste dobrodziejstwo dla zwierzyny dziko żyjącej. Przecież tu nikt nie zabija. To, że sobie uciekną, przerażone, zostawiając młode bez opieki, na szosę, pod nadjeżdżające auto, kierowca quada nie widzi. Zwierzyna ginie pod kołami samochodów, na torach kolejowych. Wiele koźląt, (młode sarny), jest ścinanych w czasie sianokosów. Jak się uda, myśliwi penetrują łąki przed koszeniem i wynoszą do lasu przytulone do ziemi koźlęta. Tu nikt ich nie chroni, a zabicie ma charakter przypadkowy. Człowiek panuje, gospodaruje.

Łowiectwo, jest, moim zdaniem, najszlachetniejszą formą relacji człowieka z przyrodą i środowiskiem. Wymaga rozwagi i roztropności, hartu ciała i ducha. Ma swoją przebogatą historię, literaturę i kulturę. Przystosowuje się do stale zmieniającego się otoczenia gospodarczego i kulturowego. Coraz więcej pojawia się stron internetowych, poświęconych gospodarce łowieckiej i polowaniu. Tworzą je niektóre koła, a także członkowie związku. Można na nich znaleźć wiele ciekawych informacji, w tym także zdjęć z wystaw lub imprez organizowanych dla społeczności lokalnych. Są często świetnie opracowane graficznie.

Papier wszystko zniesie. Demokracja toleruje różne słowotoki, często o wysokim współczynniku demagogii. Tak powstają kalambury o bezdusznych myśliwych, którzy po zabiciu zwierzęcia, zalewają wyrzuty sumienia strumieniami alkoholu. No cóż, pisać każdy może, jeden lepiej drugi gorzej.

Zapodziała się tylko gdzieś odpowiedzialność za słowo i świadomość konsekwencji epatowania czytelnika tekstem zawierającym półprawdy lub fałszujące rzeczywistość. Kolega myśliwy, z którym z wielką przyjemnością bywam czasem w łowisku, kwituje te zagadnienia krótko: "hipokryzja".

Ktoś nie lubi polowania, kto inny boksu, małych samochodów i tak dalej. Jego prawo. Gorzej, gdy nie znając alfabetu, ktoś udaje, że czyta i jeszcze do tego pisze tekst. Wychodzi z tego taki obraz, jak ten, który czasem mróz maluje na oknach. Obraz piękny, lecz bez sensu.

A niewiedza o przyrodzie szybko się pogłębia. Zastanawiam się, dlaczego tak wielu ludzi nie rozróżnia jelenia od sarny, dziwi się, że w lesie oprócz grzybów są także dzikie zwierzęta. Przecież tyle godzin szukali kozaków i borowików i żadnego "stwora" nie spotkali. No, taki myśliwy to ma mięsa pełne lodówki. Idzie sobie przez las i wybiera. Raz sobie strzeli sarenkę, jak zechce to dzika i kiełbas pełen zamrażalnik.

W pismach myśliwskich pojawiają się czasem artykuły polemiczne, w których komentuje się takie wypowiedzi, często pełne dezinformacji i uproszczeń, na temat łowiectwa. "Łowca Polskiego" czy "Darz Bór", czytają jednak tylko myśliwi. Te polemiki są przekonywaniem przekonanych. Zbyt mało, my, myśliwi, spotykamy się z młodzieżą szkolną, nie wychodzimy szerzej do społeczeństwa. Jakże pożyteczne są takie imprezy jak otwarte pikniki hubertowskie. Tylko wiedza jest drogą do prawdy.

Dlatego nie zwieszam strzelby na kołku, a aparat fotograficzny też często wykorzystuję. By zachować piękno polskiej przyrody.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem