Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wstępniak akcji "Koniec epoki kredy".

Klikaj: www.szkola20.blox.pl, pisz: szkola-20@gazeta.pl

Moje czasy w podstawówce to lata 1986-94. I co? Od 1988 r. miałem w domu Commodore C-64, od 1993 PC. Zdaję sobie sprawę, że w latach 80. byłem wyjątkiem mając w domu takie "precjoza" techniki, ale mniej więcej od roku 1991 nagle to się rozszerzyło na dużą część społeczeństwa. A w szkole "średniowiecze", komputery tylko na informatyce, w dodatku jakieś rupiecie z demobilu, jeszcze w 1996 r. ucząc się w liceum operowaliśmy na komputerach 286 (tak się chyba nazywały), bez dysków twardych - system DOS ładował się z dyskietki 5 calowej (sic!). Tak więc zgoda, że Polska szkoła jest zacofana, ale to nic nowego, fajnie by było gdyby to zmienić, ale dzisiejsze dzieciaki są moim zdaniem w takiej samej sytuacji jak ja 20 lat temu, w tym sensie, że proporcje są zachowane pomiędzy tym co na rynku, a tym co oferuje szkoła.

Biblioteki? Wolne żarty. Szóstkę temu dzieciakowi postawiłbym za to, że w ogóle mu się chciało wstukać www.biblioteka.pl, przecież to dokładnie tak samo jakby udał się tam osobiście. Jaka różnica? A prawda jest taka, że biblioteki są dla dzieci i młodzieży miejscem nudnym i nieatrakcyjnym i TAK SAMO było w moich czasach. Omijałem biblioteki szerokim łukiem, nawet na studiach.

Dlatego, że poza lekturami szkolnymi nic tam nie ma. Uwierzcie, że należę do ludzi, którzy czytają dużo. W dzieciństwie to wręcz pochłaniałem książkę za książką. Ale musiałem je albo kupić albo pożyczyć od znajomych. I dziś jest tak samo albo gorzej nawet. Jakiś rok temu poszedłem z ciekawości do biblioteki osiedlowej z listą książek autorstwa S. Lema i S. Kinga, na które miałem ochotę. Oczywiście, żadnej z nich nie było. Względnie była wypożyczona. Na studiach jedyna korzyść z biblioteki, że można było na miejscu skorzystać z jakiejś ciekawej pozycji. Ale żeby coś wypożyczyć? "Nie ma!" Do tego siedziby bibliotek to zazwyczaj małe ciemne klitki z migającymi jarzeniówkami pod sufitem, ciemne i ponure, ze stertą książek których nikt i tak nie czyta. To oczywiście przesada, ale tak postrzegałem biblioteki jako chłopiec i dalej uważam, że jest to prawdziwe.

NIE WIERZĘ w te wszystkie alarmujące wieści, że dzieciaki mówią językiem smsów i inne tego typu bzdury. Dzieciaki zawsze miały swój język. Za moich czasów nauczycielka się skarżyła, że mówimy językiem telewizji i amerykańskich filmów, i że polszczyzna zanika, taki lament był straszny. I o tym, że młodzież wtrąca angielskie słówka, których często nawet nie rozumie. Teraz jakiś "mądry" usłyszał jak dziecko mówi "LOL" i zaraz panika, że to język sms. Ludzie, ręce opadają. Prawda jest taka, że polonista zawsze będzie lamentował, dla niego zwykłe błędy ortograficzne są "niepojęte", taki typ człowieka, zresztą taka ich rola, uczyć polskiego.

Co jest złego w czerpaniu wiedzy z Wikipedii, skoro istnieje. Ważne tylko, żeby zweryfikować informacje z Wikipedii w przypadku gdy są niepełne albo budzą wątpliwości. W dzieciństwie korzystałem z encyklopedii książkowej wydanej w PRL, jeszcze w latach 60. Tam to dopiero były bzdury wypisane... Wikipedia (nawet z błędami) to przy tej propagandzie PRL mały pikuś. Co więcej, dziś rozwiązując w pracy jakiś problem zawsze zaczynam od Google i Wikipedii. Dzięki temu od razu wiem czy ktoś już miał podobny problem i jak go rozwiązał.

A prace domowe? Dziś jest internet a dawniej kupowało się papierowe streszczenia lektur, zbiory wypracowań itp. Jak się zebrało z 10 takich książeczek, to w zasadzie każde wypracowanie można było stworzyć robiąc "składaka". Ja akurat pisałem wszystkie samodzielnie i z tych materiałów korzystałem wyjątkowo. U kolegów i koleżanek z klasy też różnie to wyglądało. I dziś jest chyba podobnie. Tylko źródło materiałów jest nieporównywalnie większe i dostępniejsze - tj. internet. Fakt, że w moich czasach nie było możliwości wpisać w google temat pracy domowej i dostać na tacy gotowe rozwiązanie, ale sądzę że to mimo wszystko nie taka znowu różnica. Tak czy siak trzeba przysiąść, przerobić, coś wyrzucić, coś dodać. Tak samo jak przy papierowej ściądze.

Innymi słowy, dawniej pisało się przez kalkę, potem przyszło ksero, potem skaner, pendrive i tak dalej i tak dalej... jest coraz łatwiej i tyle. Samochody też produkują roboty, to źle?

Na koniec chcę powiedzieć, że nie znosiłem szkoły, z jej durnymi klasówkami, kartkówkami, zmuszaniem do nauki rzeczy, które mnie nie interesowały wcale. Podstawówka i liceum wspominam jak odprawianie pańszczyzny. W całym okresie spotkałem tylko (albo aż) pięciu nauczycieli wybitnych, akurat z tych przedmiotów, które mnie interesowały i dzięki nim odkryłem kim chcę być i co w życiu robić, oraz skończyłem dobre studia. Uważam, że około 1/2 z całego czasu spędzonego w szkołach to czas zmarnowany. Dopiero na studiach odżyłem, gdzie sam decydowałem kiedy i jaki egzamin zdawać, czy iść na zajęcia czy nie iść, notować czy nie i sam ponosiłem konsekwencje swoich decyzji. Tak więc zgadzam się, że szkołę trzeba reformować, ale to jest aktualne od wielu wielu lat, internet nie ma z tym nic wspólnego.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.