Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Opublikowaliśmy w piątek w "Gazecie" wstrząsającą historię Macieja, który zapętlił się w kredyty, i nie widząc wyjścia, z tego powodu popełnił samobójstwo "Ukredytowany" , a już tego samego dnia, przyszła mailem następna historia, o rodzicach, którzy zostali zmuszeni do sprzedania mieszkania, bo wzięli kredytów więcej niż było ono warte: "Ukredytowani staruszkowie".

Przyszło też wiele opinii, część z nich poniżej, wielu z Państwa uważa, że bohaterowie tych tragicznych opowieści są sami sobie winni, są dorośli, powinni być odpowiedzialni, kredyty trzeba spłacać. Co ciekawe, odezwali się "winni", bankowcy, którzy udzielają nam kredytów. I opowieści o kolejnych ludzkich "kredytowych" dramatach...

Jesteście na bakier z matematyką i moralnością

Zawsze ceniłem "Gazetę Wyborczą", między innymi dlatego, że od lat aktywnie angażuje się w ideę budowy tak zwanego "społeczeństwa obywatelskiego". Fundamentem tej idei jest wszakże wolność i odpowiedzialność. Na wolności i odpowiedzialności opierają się wielkie religie, na wolności i odpowiedzialności zbudowano nowoczesne społeczeństwa, zbudowano dobrobyt gospodarczy. W artykule "Ukredytowany" idea odpowiedzialności za własne czyny zupełnie znikła. W zamian, zaproponowano czytelnikowi ideę zupełnego braku odpowiedzialności, przerzucania konsekwencji na najbliższych i winę szeroko pojętego "otoczenia" oraz "sytuacji" ze szczególnym wskazaniem na pracowników dwóch banków.

Bohater artykułu dał przykład nie tylko postępowania wyjątkowo nierozsądnego, lecz również skrajnie nieodpowiedzialnego. Będąc zadłużonym kupował na kredyt: samochód, kamerę cyfrową wysokiej klasy aparat i laptop, robił kosztowne remonty. O kolejnych długach nie informował nikogo, nawet własnej żony. Gdy trudna sytuacja przyparła go do muru, postanowił uciec od odpowiedzialności, zrzucić problemy i ból na najbliższych oraz oskarżyć o swoje błędy cały świat. Niestety, artykuł skupił się zmyciu z bohatera tej odpowiedzialności i przerzuceniem jej na banki, które go kredytowały. Takie ujęcie problemu uważam za oburzające i nieodpowiedzialne.

Za rzecz najbardziej wstrząsającą uważam list pożegnalny bohatera artykułu do pracowników banków, w których był zadłużony. Pośrednio oskarżył ich w tym liście o swoją śmierć. Zwykłych pracowników banku, którzy wykonują swoją pracę. Zwykłych ludzi, którzy mają rodziny i chcą jak każdy cieszyć się świętami. Teraz muszą żyć ze świadomością, że doprowadzili do śmierci człowieka. Osobiście, nie wyobrażam sobie życia z taką świadomością. Wojciech Paczos, Szkoła Główna Handlowa

 

Czytaj cały list

Kredyt jak skok przez szczelinę na Buczynowych Turniach

Kilka słów o sobie. Mam 44 lata, wspaniałą Rodzinę, i nie mam kredytów. Nie mam własnej firmy, zarabia dobrze, być może niektórzy powiedzą, że bardzo dobrze. Nie pracuję w banku, jestem zawodowym menedżerem, czyli pracuję dla innych. Jasne że łatwo jest oceniać innych, być mądrym po fakcie. Jakie to polskie. Dołączam więc do tej reguły i kilka słów po przeczytaniu tego wstrząsającego, ale nieco jednostronnego artykułu.

Czytałem ten artykuł z mieszanymi uczuciami. Miotały mną emocje i wielki smutek nad tym co stało się z Maciejem i jego Rodziną, a także złość na "wstrętne" kapitalistyczne banki, które doprowadziły do tej sytuacji; a przynajmniej taka jest teza tego artykułu. Nie mogę jednak uciec od innych pytań, których nie zadał autor, być może nie chcą osłabiać jasnego przesłania, albo nie rzucać cienia na ofiarę, a właściwie ofiary?

Co skłania inteligentnego, znającego realia życiowe i biznesowe - prowadzi przecież własny biznes, dorosłego człowieka do takiego działania? Co powoduje, że jego najbliżsi, nie zadają trudnych pytań - Skąd się to wszystko bierze? Skąd masz (mamy) na to pieniądze? Jaki wpływ na taki finał miał kryzys?

Na wiele z tych pytań nie znajdę odpowiedzi, ponieważ mogą jej udzielić bohaterowie tego wstrząsającego artykułu, ja mogę tylko przekazać to co widzę wokół siebie i czego sam doświadczam.

Kredyt w życiu wziąłem raz na kupno domu i szybko go spłaciłem. Mimo tego, że wszelkie rachunki wskazywały na realną możliwość szybkiej spłaty, decyzja o jego wzięciu była bardzo trudna długo wspólnie rozważaliśmy czy to zrobić, czy nas stać i co będzie jeśli rzeczywistość potoczy się inaczej. Jednak zrobiliśmy to i udało się. Było to jak decyzja o skoku przez niewielką szczelinę na trasie Orlej Perci na Buczynowych Turniach. Niby proste, łatwe i w zasadzie musi się udać, ALE... Bartłomiej Ś.

 

Czytaj cały list

Nabroiłem, to Polsko ratuj!

Nie róbmy z tego pana ofiary banków. Kredyt może wziąć tylko osoba pełnoletnia, a taka powinna już podejmować rozsądne i przemyślane decyzje, zwłaszcza długofalowe. Takie zachowanie świadczy o niedojrzałości: Nabroiłem, to Polsko ratuj. Fe, te wstrętne banki. Tylko nikt ludzi do tak wysokiego zadłużania się nie zmusza, no chyba tylko niepohamowana konsumpcja. Krzysztof P. Jagielski

Bank jak Żyd, dobry, gdy pożycza

Zadziwia mnie, jak człowiek, inteligentny, jak bohater artykułu, dał się wciągnąć w spiralę zadłużenia. Bo "dawali"? Każdy z nas codziennie natrafia na reklamy banków i innych instytucji oferujących różnego rodzaju kredyty i pożyczki. Większość przechodzi obok.

Są jednak osoby, które korzystają z tych ofert bez opamiętania. Dlaczego? Bo: "zastaw się, a postaw się". Bo "mam firmę i cienko przędę, co powiedzą znajomi?". Bo "chciałbym", "żona by chciała, a ja nie mogę jej kupić". Trochę dziecinne myślenie. Od dość dawna słyszy się, że kredyt nie każdy może dostać, więc: "Hurra! Przyznali mi!"

Każdy kredyt kiedyś trzeba spłacić i to w wyższej kwocie, niż się otrzymało (odsetki, prowizje, opłaty). Czemu bohater artykułu o tym nie myślał? Początkowo pożyczki miały uzasadnienie: nowa drukarka niezbędna do pracy, kopiarka, samochód. Dlaczego na tym nie poprzestał? Człowiek dorosły wie, kiedy należy powiedzieć sobie "dość". To normalne, że każdy z nas chce ciągle więcej, lepiej, ładniej. Ale znajmy też ograniczenia. Nie widzę w artykule wyjaśnienia dla pobranych przez pana Macieja 47 tys. i kolejnych 20 tys. złotych. Nie wierzę też, że rodzina nie zauważyła tak znacznego "zastrzyku" gotówki.

I inna sprawa: skoro już pętla zadłużenia zaczęła się zaciskać, dlaczego pan Maciej nie próbował przyznać się do błędów w ocenie sytuacji, odżałować (sprzedać) to, co już się ma (za cudze pieniądze!) i pozbyć fałszywej dumy ("co ludzie powiedzą: tyle miał i nagle musiał zrezygnować").

A co do działania banków: zgoda, powinny rzeczywiście rzetelnie badać zdolność kredytową i korzystać z BIK-u. Ale znowu powtórzę: kredytobiorca jest osobą dorosłą i powinien znać konsekwencje brania kredytów. Głównie jedną: NALEŻY JE SPŁACAĆ. Nie można obwiniać banków za to, że udzielają kredytów. To przypomina sytuację znaną z historii i literatury, kiedy to Żyd był dobry, gdy pożyczał pieniądze. Jeśli zaczynał się upominać o zwrot, to już dobry nie był. Agnieszka Radwan, Kraków

Oni przejadali te kredyty!

W artykułach o osobach, które wpadły w spiralę długów pisze się, że nowe kredyty brane były na spłatę starych. Gdyby tak było, zadłużenie tych osób rosłoby nieznacznie, tylko o ewentualną różnicę w oprocentowaniu. Długi pana Macieja, którego historię opisujecie w artykule "Ukredytowany", po dwóch latach urosły do 350 tys. zł. Daje to średni przyrost zadłużenia prawie 15 tys. zł na miesiąc ! Z prostego rachunku wynika więc, że na spłatę długów przeznacza się niewielką część nowego kredytu, reszta jest po prostu przejadana - żyjący na kredyt uważają je za dodatkowe dochody, niestety na cudzy koszt. Pan Maciej oszukał wszystkich - siebie, banki i co najgorsza rodzinę, którą obarczył swoimi problemami i równocześnie pozbawił wsparcia.

Z kolei w liście do redakcji "Ukredytowani staruszkowie", u rodziców pani Izabeli K. "psychiatra stwierdził [...] uzależnienie od zaciągania kredytów". Czyżby - po pracoholizmie, uzależnieniu od internetu i zakupów - mielibyśmy nową chorobę cywilizacyjną ? Czy teraz banki będą żądać od potencjalnych kredytobiorców zaświadczeń od psychiatry ? Moim zdaniem oskarżanie banków o sprowokowanie zaistniałej sytuacji jest nieuprawnione. Nikt przecież nie oskarża sklepów, że oferując olbrzymi asortyment towarów łamią życie uzależnionym od zakupów. Pieniądz to też towar, za który trzeba w końcu zapłacić. W. Czaplicki

To ja rozdaję te cholerne kredyty!

Skończyłam czytać artykuł "Ukredytowany" oraz list córki z Torunia o zadłużonych w bankach rodzicach - staruszkach. Myśli, które nie opuszczają mnie od dawna kłębią się w mojej głowie. Dlaczego dręczą mnie te straszne myśli?

Dlaczego straszne? Bo to tacy jak ja i moi koledzy i koleżanki "rozdajemy" te cholerne kredyty. Jaki jest nasz udział w tych tragicznych wydarzeniach? Gdzie jest nasza odpowiedzialność? Gdzie kończy się usługa finansowa a zaczyna się manipulowanie klientem i wmawianie mu zalet "wspaniałej" promocji kolejnego kredytu, karty kredytowej? Gdzie jest zwykła ludzka uczciwość?

Jeszcze niedawno pracownicy banków świadczyli usługi w klasycznym rozumieniu tych słów, tym, którzy chcieli wziąć kredyt i tym, którzy lokowali pieniądze na książeczkach, lokatach.

Aż nadszedł czas, gdzie okazało się, że pracownicy banków od kasjerów począwszy na specjalistach skończywszy, to są SPRZEDAWCY. Dostają plany tygodniowe, miesięczne, kwartalne. I są z nich rozliczani codziennie. Tak, codziennie, bo jeden dzień bez sprzedanego kredytu oznacza wymierne straty dla wszystkich wyżej usytuowanych tzn. menadżerów, naczelników, dyrektorów itp. Oni premie muszą dostać. Ci na stanowiskach obsługi (kasjerzy, opiekunowie klienta, doradcy) mają sprzedawać, czyli każdemu klientowi oferować (czytaj: wmuszać) kredyt, kartę kredytową.

Jak długo można wytrzymać presję, że nikt się nie liczy, ty - pracowniku jako człowiek też się nie liczysz, liczy się tylko twój plan sprzedażowy. A on ma być zrealizowany, nie nie w 100 proc., ale co najmniej w 150-200 proc., bo tylko wtedy SPRZEDAWCA ma szansę na premię. Tak celowo poustawiano różne współczynniki premiowe, że tylko realizacja planu w tej wysokości daje cień szansy na premie.

Ale co tam premia, byli tacy, którzy mówili "chrzanić premię, najważniejszy jest człowiek, mówię mu o ofercie, informuję o wszystkim, a on musi sam decydować". Ale taki nie uchowa się w banku, ma być śrubką w maszynie i niech mu do głowy nie przyjdzie dyskutowanie o sensowności ustaleń.

Tzw. stosunki międzyludzkie (czytaj: między pracownikami) przestały praktycznie istnieć. Plan przysłania większości wszystko, a cel uświęca środki. Więc nie jest ważne, czy klient chce kredyt. Musi wysłuchać oferty na każdym stanowisku do którego trafi, a potem jeśli da się namówić, zaczyna się walka, czyj to klient, któremu pracownikowi zapisać ten, z takim trudem uzyskany kredyt.

Kasjerowi, bo pierwszy zaproponował podczas przyjmowania wpłaty czy jednak opiekunowi klienta, bo w końcowym etapie klient do niego trafił. Walka między pracownikami potrafi być brutalna, ale wygrany jest tylko jeden. O jeden kredyt walczy niekiedy nawet kilku pracowników. I każdy udowadnia, że to on przekonał klienta.

Bo większość ludzi kieruje się zdrowym rozsądkiem i nie chce brać kredytów, mimo że na lewo i na prawo rozprawiamy, jak to wspaniale wziąć kredyt i "spełnić swojej marzenia". Piszę to w cudzysłowie, bo to jedna ze sztuczek marketingowych, które są zalecane w rozmowie z klientem. "Po co ma Pan czekać, aż uskłada pieniądze, lepiej już od razu je mieć od banku i spełnić swoje marzenia".

Oczywiście co drugi pracownik nie powie o prowizji, o wysokości odsetek, o rzeczywistej stopie procentowej. Najlepiej jest powiedzieć tylko o wysokości raty, bo to jednak łatwiej przełknąć, że "rata wyniesie tylko 280 złotych".

Jeśli nie "złapiesz" codziennie klienta na kredyt podczas obsługi, to czeka cię akwizycja przez telefon. Czyli co najmniej dwie godziny wydzwaniania po klientach z ofertą kredytu (twoja sprawa jak to zrobisz, ale masz się wyrobić w godzinach pracy, choć jest to nierealne).

A ponieważ większość klientów nie chce o tym rozmawiać, więc trzeba klientów zapraszać do banku. Cel wizyty zależy od kreatywności pracownika. Ważne, żeby ściągnąć klienta do banku. I rozpoczyna się gra psychologiczna i nadzieja na naiwność klienta.

I czasem taki zmanipulowany klient przychodzi, i jest ogromnie zdziwiony, że oferowano mu pomoc i on chce np. sprawdzić czy dwa lata temu otrzymał przelew, bo nie pamięta. A tu, ta miła przez telefon pani, koniecznie chce dać kredyt, którego on wcale nie potrzebuje.

A potem przychodzi piątek (czarny) i następuje rozliczenie planu tygodniowego.

I dowiadujesz się pracowniku, ze jesteś nieudacznikiem, bo nie udało ci się "obudzić potrzeby" kredytu u klienta, nie udało ci się przekonać go do "zrealizowania marzeń", nie udało się "dać prezentu od banku w formie karty kredytowej". W ogóle jesteś "zerem sprzedażowym i z takimi jak ty będziemy się rozstawać, bo nie przynosisz firmie zysku. Etyka?, o jakiej ty etyce mówisz, puknij się w głowę. Chcesz tu pracować, czy nie? Trzeba było nie mówić klientowi, ile kosztuje karta rocznie, może miałbyś sprzedaż, a tak to bierz kartę dla babci, cioci, siostry, brata, wujka i sąsiada. Co mówisz?, że oni nie chcą tych kart, to twój problem. Do końca tygodnia masz mieć zrobiony plan w 100 procentach."

To przykład bardzo delikatnej rozmowy, zwanej motywującą. Niestety są one bardziej drastyczne. Więc po jakimś czasie zaczynasz wierzyć w to, że jesteś nieudacznikiem, zerem i nic się nie liczy, tylko realizacja planu. Bo przecież Anka, Zośka, Marek jakoś ten plan zrobili. Przekonujesz więc, a raczej błagasz całą rodzinę, resztki przyjaciół, którzy jeszcze chcą cię słuchać i wpychasz im te karty kredytowe. Z kredytami niestety jest gorzej, bo tu nie ma chętnych wśród rodziny i znajomych. Wiadomo, prowizja i odsetki, to jednak trochę więcej niż opłata za kartę (ale są też i tacy pracownicy, którzy gotowi są zapłacić prowizję lub składkę ubezpieczeniową za klienta). Walczysz więc jak lew, żeby omamić klientów, jak to wspaniale jest otrzymać "nasz kredyt, naszą kartę kredytową, na specjalnych warunkach. Bo my potrzeby każdego klienta rozpatrujemy indywidualnie".

Wystarczy parę miesięcy takiej pracy i słabsi psychicznie uciekają. Uciekają też młodsi, bo ci mają jeszcze szanse na zmianę pracy lub jadą szukać szczęścia za granicą.

A pozostali idą do lekarza, łykają tabletki na uspokojenie, leczą nerwicę, modlą się o cień nadziei na zmianę, i zapominają o elementarnych zasadach, bo przecież liczy się tylko SPRZEDAŻ PRODUKTÓW BANKOWYCH.

Dopóki dla zarządzających bankami uczciwa, jakościowo najlepsza, kompetentna obsługa będzie rzeczą drugorzędną, a nawet trzeciorzędną i liczyć będzie się tylko zysk, banki będą ukredytowywać, sprzedawać, wpychać, manipulować. A najlepszym pracownikiem będzie ten, który tych kredytów sprzeda najwięcej, nawet za cenę życia kredytobiorcy czy utratę jego majątku. Prawo powinno uregulować te wszystkie manipulacje reklamowo-marketingowe "jesteśmy dla ciebie, co jeszcze możemy dla ciebie zrobić, z naszym kredytem spełnisz marzenia" itp. itd. Pracownik nie może być przedmiotem bezdusznie wykorzystywanym, zastraszanym, stawianym pod ścianą, gdzie wybór jest tylko między pracuję - nie pracuję. Oddzielnym tematem jest wiedza merytoryczna, kultura osobista, sposób komunikowania się z pracownikami dyrektorów, menadżerów, kierowników.

Pisaliście w "Gazecie" o ludziach, którzy rzucili ten biznes, bo czuli jego nieuczciwość, hipokryzję i nie chcieli się z nią identyfikować. Nie dali sobą manipulować. Niestety w oddziałach banków jest tylko strach przed zwolnieniem, wyścig szczurów, zawiść i walka, żeby to inni byli "zerem sprzedażowym".

Część bankowców - sprzedawców, próbuje działać uczciwie, przedstawiać ofertę, bo po to jesteśmy, a nie grać na emocjach, nie wmawiać, nie przekłamywać informacji. Widzieć przede wszystkim człowieka. Jednak dla niektórych, nie tyle plany, co szansa na uniknięcie bycia na cenzurowanym, jeśli się je zrealizuje, jest najważniejsza. Marna to szansa, bo przecież zaraz jest nowy plan dzienny, tygodniowy, miesięczny. Zaczyna się nowy kwartał Dlatego klient jest też przedmiotem, tak samo, jak zastraszany pracownik. Czy łatwa jest odpowiedź na pytania, które padły na początku tego listu? Anna Maria

Ku przestrodze, z drugiej strony bankowej lady

Przez kilka lat pracowałem jako dysponent w banku, a następnie w prywatnym biurze pośrednictwa kredytowego. Chciałbym napisać, ku przestrodze, jak wygląda udzielanie kredytów przez nasze banki.

Każdy bank (może za wyjątkiem banków spółdzielczych) przed udzieleniem kredytu sprawdza klienta w Bankowym Rejestrze Klientów Niesolidnych, prowadzonym od dawna przez Związek Banków Polskich oraz w BIK-u czyli biurze informacji kredytowej. Jeśli klient figuruje w BRKN szans na kredyt nie ma. Niektóre banki nawet nie otworzą ROR-u takiemu klientowi.

W BIK-u sprawdzana jest historia kredytowa czyli liczba spłacanych kredytów oraz terminowość spłat. Klient, który nie ma wpisów w BIK - czyli o jego historii kredytowej nic nie wiadomo - na ogół kredytu nie otrzyma albo otrzyma w niewielkiej kwocie. Jeśli z raportu BIK wynika, że klient terminowo reguluje swoje zobowiązania bank na ogół kredyt przyznawał.

Procedury oceny wiarygodności klienta w każdym banku są inne, ale nigdzie nie są doskonałe. Większość banków oferujących zakupy na raty (Lukas, Sygma, Cetelem, AIG czy też Żagiel) za klienta ze zdolnością kredytową uznawało każdego, kto miał stały dochód i swoje dotychczasowe kredyty spłacał w terminie.

Nagminne było przymykanie oka na zaniżone koszty utrzymania. Kwotą minimalną było 200-300 zł i tyle na ogół wpisywało się do wniosku kredytowego (oficjalne procedury mówią o zsumowaniu czynszu i opłat za media, jednak nieoficjalnie był nacisk na wpisywanie takiej kwoty by klient kredyt dostał). Podobnie było z kredytami, które klient już spłaca. Wystarczyło, że we wniosku kredytowym przyznał się do jednego, najczęściej tego z najniższą ratą (więcej się nie wpisywało, bo bank i tak brał raport z BIK, a zbytnia "szczerość" mogła spowodować odmowę udzielenia kredytu).

Zarówno w oddziałach banków, jaki i u prywatnych pośredników, których jest mnóstwo, było duże parcie na sprzedaż kredytów. Nie ważne komu, nie ważne jak będzie spłacał (w końcu po kilku latach pracy można bez trudu rozpoznać klienta dobrego i klienta wyłudzacza). Ważne, żeby były wyniki. W oddziałach banków doradcy są uczciwsi, bo doradca własną głową ręczy za zgodność danych we wniosku ze stanem faktycznym a wyrywkowe kontrole się zdarzają.

U prywatnych pośredników jest wolna amerykanka. Tak za wszystko odpowiada właściciel biura a nie pracownik. Jednym słowem pracownik ma wnioski wypisywać tak, "żeby było dobrze". Zaniża się koszty, liczbę dzieci czasami nawet nie ujawnia się małżonka.

Niski dochód to też nie problem, przy kredytach na oświadczenie - zawsze można trochę podciągnąć, dodać parę złotych. Oczywiście nie wolno przesadzić, bo analityk rozpatrujący wniosek na ogół na informację ile średnio zarabia osoba na podobnym stanowisku. Inna sprawa, że banki mało solidnie przykładają się do pracy.

Dajmy na to pierwszy kredyt w "Banku A" klient brał jako zamężna matka trójki dzieci, a następny jako osoba wolna i bezdzietna, bo wzięty był kredyt w "Banku B" i brak było zdolności.

Jeśli w "Banku A" i "Banku B" raty były terminowo spłacane to "Bank A" już nie patrzył na ewidentne oszustwo i kredyt dawał. Takich sposobów na "załatwienie kredytu" było wiele. Dlatego wiele osób przekredytowanych udawało się do prywatnych biur - tam pracownik potrafił wybrać taki bank i tak spreparować dane na wniosku, że szansa na otrzymanie kredytu była kilka razy większa niż w oddziale banku. Do tego pracownik biura nie odpowiada za dane wpisane do wniosku - prawdziwość danych poświadcza podpisem klient. A zdesperowany klient podpisze wszystko, byle dostać następnych kilka tysięcy na spłatę rat.

Banki o tym wiedzą i nie przejmują się tym zbytnio. Jak inaczej interpretować fakt, że klient idzie do "Banku X", pracownik banku składa wniosek na rzeczywiste dane (koszty, dzieci, dochód itp.) i jest odmowa, a następnie klient idzie do prywatnego pośrednika gdzie składanych jest wniosek też do "Banku X" tyle, że z wyższym dochodem, mniejszą ilością dzieci i... kredy jest przyznany. Nikogo nie dziwi, że w przeciągu kilku godzin czy dni klient dostał podwyżkę lub stracił dzieci?

Inna sprawa to koszty kredytu. Oprocentowanie podawane w reklamach to mit. Przez ponad 5 lat pracy nie trafił mi się klient, który dostałby oprocentowanie z reklamy. Zawsze było więcej, a to za historię kredytową a to za zawód czy wiek. Powodów było tysiące. A tak na prawdę jeden: na kredycie bank musi zarobić.

Do kwoty kredytu dolicza się masę opłat: za przyznanie, za ubezpieczenie (ubezpieczenie nie jest obowiązkowe, ale jeśli klient złoży wniosek na kredyt bez ubezpieczenia to dostanie odmowę, natychmiast poprawiony wniosek wzbogacony o ubezpieczenie zyskuje akceptację - sprawdzone setki razy w różnych bankach), za pośrednictwo.

Prowizja pośrednika wynosi od 4-16 proc. w zależności od banku, typu kredytu i ilości dorzuconych do kredytu ubezpieczeń. To wszystko doliczone jest do kredytu. Rzeczywiste oprocentowanie wynosi od 20 do nawet 57 proc. Średnie oprocentowanie kredytu w Sygma Bank było między 35-45 proc., w Żaglu od 40-57 proc. I nikogo nie ratuje ustawa "antylichwiarska", bo w prosty sposób można ją obejść. Poprzez sprzedaż choćby tych "dobrowolnych" ubezpieczeń do kredytu. Wiele razy widziałem umowy kredytowe emerytów, którzy byli ubezpieczeni od UTRATY PRACY.

Tak naprawdę to bank decyduje za kogo odprowadzi składkę, a za kogo nie. Po za tym warunki wypłaty ubezpieczenia są tak skonstruowane, że trudno je spełnić. Ubezpieczenie kredytu to nic innego jak danina dla banku. Po za tym większość prywatnych pośredników pobiera opłaty za "załatwienie kredytu" od samego klienta i zupełnie na czarno. Klienci się na to godzą, bo zdesperowany człowiek zgodzi się na wiele.

Kolejnym sposobem nabijania w butelkę jest tzw. kredyt konsolidacyjny. Jest to cudowny sposób nie na oddłużenie klienta a na przejęcie go od konkurencji. Mało kto rozumie czemu rata kredytu konsolidacyjnego jest niższa. Nie dlatego, że cudownym sposobem ubyło zobowiązań. Dlatego, że nowy kredy jest rozłożony nawet na 96 rat. Dzięki temu do nowego kredytu można doliczyć nowe prowizje za przyznanie, nowe ubezpieczenie a nawet dać trochę gotówki (tak, to zawsze na klienta działa) a rata jest i tak niższa niż suma rat spłacanych do tej pory. Poprawia się także zdolność kredytowa. Lepiej wygląda klient z jednym kredytem niż z kilkoma. Po za tym w BIK widać, że zobowiązania spłacił rzetelnie i przez terminem więc od razu zyskuje na wiarygodności.

Gdy zaczynają się problemy klient zostaje pozostawiony sam sobie. Banki wcale nie są skore do negocjowania warunków spłaty, prolongat czy zmian w umowie. Dział windykacji jest bezlitosny. Typowa rada "nie ma pan na spłatę, to proszę gdzieś pożyczyć, są inne banki, rodzina itp". Jak to wygląda wiem doskonale, bo nie raz pisaliśmy pisma do banków nieporadnym klientom.

Polski problem kredytowy to temat rzeka. Moim zdaniem wystaje jedynie wierzchołek góry lodowej. Żaden nadzór bankowy nie wie tak naprawdę na ile jesteśmy zadłużeni. Gdyby zsumować kredyty, chwilówki (dawane przez prywatne firmy), pożyczki z Provident i Profireal to wynik byłby zatrważający. Tylko na edukację finansową jest już zdecydowanie za późno. Michał S.

Kredyty zjadły nam najpiękniejsze lata

Gdy czytałam historię Macieja, miałam łzy w oczach. To jest historia o mnie. Bez tragicznego zakończenia. Najpierw był remont, bo trzeba jakoś żyć. Potem - trzeba było spłacić rodzinę. Potem kupić jakiś samochód. Mieliśmy przed sobą perspektywę szybkiego rozwoju firmy. Początkowo dochody mieliśmy na tyle wysokie, że spłata kredytów nie stanowiła problemu. Ale przyszedł kryzys.

Zamówień było w firmie coraz mniej. A zarobki? Aż strach mówić, płacili tak marnie, że zaczęło brakować. Więc wzięliśmy kolejny kredyt. Na firmę, potem na mnie, potem na członków rodziny. Aż zaczęło brakować nawet pieniędzy z kredytów.

Przywykłam, że w sklepie nie zapłacę już kartą kredytową, bo nie ma na niej środków. Ze strachem codziennie otwieram skrzynkę, wyjmując kolejne wezwania do zapłaty. Na biurku mam takich wiele - posegregowane w hierarchii ,,pilności". Początkowo bardzo się denerwowałam. Ale teraz przyjmuję to obojętnie, jako część mojego życia.

Nasza sytuacja szybko się nie poprawi. Pracujemy oboje bardzo dużo, spłacamy, ile tylko się da. Na wakacjach nie byliśmy od 3 lat. Urlop spędzam przed telewizorem.

Nie tak miało być. Młodzi, zdolni, wykształceni, z dużego miasta. Mieliśmy dużo planów na przyszłość. Ale nie przewidzieliśmy kryzysu. Teraz moje życie to jedno wielkie oczekiwanie na lepsze jutro. Największe kredyty spłacimy za kilka lat, więc może się wydawać, że damy radę. Ale przeżyć te kilka lat będzie bardzo trudno. We wzajemnych pretensjach, bez odpoczynku, bez wspólnych radości, w wiecznym poszukiwaniu pieniędzy. Każdy dzień podobny do poprzedniego. Kiedyś chcieliśmy mieć dziecko.

Piszecie o takich ludziach, jak my, ale nie mówicie, jak znaleźć wyjście z sytuacji. Więcej pracować się nie da. Od rodziny i znajomych pożyczyliśmy już dużo. Poszukać innej pracy? Nie mogę, mam raty, które nie będą czekać, aż znajdę pracę. A kolejnego kredytu już nikt nam nie da. Przed nami jeszcze tyle lat. Szkoda, że te najpiękniejsze przyszło nam stracić. M.

Ratunki, banki nas rabują!

Mój narzeczony też myśli o popełnieniu samobójstwa z powodu zadłużenia. Szukaliśmy pomocy - jakiejkolwiek, wsparcia psychicznego, wskazania drogi wyjścia z pętli zadłużenia. Znikąd pomocy. Przeszukałam Googla, zwróciliśmy się do ośrodków pomocy rodzinie w sytuacjach kryzysowych Czarna dziura. A banki szaleją - harcują jak myszy i ani w głowie im ludzkie nieszczęścia.

Zacznę od początku. Poznaliśmy się pięć lat temu. Mieszkaliśmy razem w tzw. wolnym związku. Wszystko układało się oprócz sfery finansowej. Jemu zawsze brakowało kasy. Jakiś rok temu odkryłam, że ma zaciągnięte cztery kredyty. Po kłótniach i awanturach dowiedziałam się, że te zadłużenia są konsekwencją zobowiązań kredytowych jego matki - nauczycielki z emeryturą ledwie 1000 złotych. Musiał pomóc w spłacie zadłużeń - więc pod jej presją sam zaczął się zadłużać. Moja niedoszła teściowa ma zaciągniętych kilkadziesiąt kredytów. Nikt z nas nie wie dokładnie, ile i na jakie kwoty, z naszych obliczeń wynika jednak, że suma przekroczyła 100 tysięcy złotych! Dom, w którym mieszka, jest obciążony hipoteką, zresztą puka już do niego komornik. Kolejne banki nękają telefonami teściową i mojego narzeczonego - grożą konsekwencjami w razie niespłacenia długu, a jednocześnie oferują kolejne kredyty "na zakładkę". Matka narzeczonego w akcie obrony zaciąga kolejne kredyty. Jest zapętlona. Ostatnio choruje i nie jest w stanie spłacać zadłużeń. Podrobiła podpis syna i zaciągnęła na jego konto kolejny kredyt na kwotę 5 tysięcy złotych. Przecież syn nie pozwie matki.

RATUNKU! Nie wiem, jak mam to inaczej wyrazić. Nie umiem już inaczej szukać pomocy.

Chcemy uzyskać wsparcie i pomoc, chcemy świadomie wyjść z tego problemu, ale z tej matni nie ma wyjścia. Jest tylko krzyk rozpaczy, samobójstwo albo kolejny kredyt. Kiedy miesiąc temu mój narzeczony powiedział, że chyba się powiesi z tego wszystkiego, ugięły się pode mną kolana. Kolejny raz dzwonimy do ośrodków pomocy. Znajdujemy prywatny, gotowy podjąć terapię. Koszt godzinnego spotkania to 100 złotych. Nie stać nas, no chyba, że na kredyt Anna Nowakowska

A może przestać spłacać?

Dziękuję za poruszenie tematu "łatwych kredytów''. Oto historia moja, a raczej mojej mamy. Jest lato ubiegłego roku, spaceruję z rodziną w ciepły wieczór, gdy dzwoni telefon i w trakcie tej rozmowy uzyskuję pewność, że moja mama, 67-letnia drobna starsza pani, to hazardzistka (toto-lotek). Hazard to historia osobna, a ja chciałabym skupić się na "łatwych kredytach''.

W skrócie, moja mama przy emeryturze około 1100 zł, kwotę 1800 zł miesięcznie wydaje na toto-lotka, wspierając tym budowę hal sportowych i boisk. Skąd bierze pieniądze? Jest kreatywna, najpierw zapożycza się u mnie i mojej rodziny, wykorzystując mój dwuletni pobyt za granicą. Gdy te sposoby zawodzą, udaje się do banków, a raczej one do niej. Na koncie w banku PKO BP ma debet na maksa i kartę - prawie 6000 zł, w Banku Spółdzielczym - kredyt na dowód osobisty 2800 zł, w GETTING BANK - 5 kredytów na telefon skonsolidowanych - 22 400 zł, w KREDYT BANK - kredyt na dowód osobisty 2500 zł, w PROVIDUS - 2000 zł, PROVIDENT - 5000 zł, CREDAN- 1500 zł.

Te kredyty moja mama bez trudu załatwiała przez telefon (w latach 2007-09), mili pracownicy banku przesyłali formularze, a ona je wypełniała. Nikt nie sprawdził, czy rzeczywiście jest właścicielką mieszkania, które podawała jako swój majątek i czy jej emerytura rzeczywiście wynosi 2000 zł. Okazuje się, że tzw. pośrednicy zrobią wszystko, żeby zarobić, "proszę się nie kłopotać, my załatwimy wszystko. Wystarczy, że ma pani dowód."

Na szczęście moja mama nie ma mieszkania, a moja sytuacja finansowa pozwala mi na pomoc. Za radą psychologa i prawnika odebraliśmy jej dowód i paszport. Mamy nadzieję, że w ten sposób unikniemy chociaż kolejnych bankowych kredytów. Absurdalne jest jednak to, że panie w banku, w którym ma konto (mieszka w małym miasteczku) wypłacają jej pieniądze bez dowodu osobistego, bo ją znają. To nie są wielkie kwoty, ale przy jej chorobie mogą wywołać lawinę.

Wiem też, że latem ubiegłego roku wpadła w błędne koło i gdyby nie nadeszła pomoc miała przygotowane tabletki, żeby ze sobą skończyć. Nie próbuję nawet porównywać historii mojej mamy z tymi przedstawionymi przez "Gazetę". Tamte skończyły się tragicznie, moja, aż boję się myśleć.

Czasami mam ochotę odwołać wszystkie polecenia spłat odsetek, niech wreszcie ktoś pomyśli, zanim udzieli starszej pani kredytu. Moja mama do więzienia nie pójdzie, za stara, jeżeli wpiszą ją na listę dłużników, to tym lepiej, zawsze to zmniejszy możliwość wzięcia kolejnego kredytu. Ja zaoszczędzę na spłacaniu kredytów, o tak trywialnych sprawach jak jedzenie, mieszkanie, woda, prąd nie wspomnę. Do wczorajszej lektury "Gazety" myślałam, że pójdę i spróbuję porozmawiać o rozłożeniu rat na mniejsze, ale kto zgodzi się w przypadku starszej pani na 30-letni kredyt? Renata

Spłacam kredyty mojej mamy

Głęboko poruszony reportażem "Ukredytowani", postanowiłem przedstawić swoją opowieść (a właściwie moich rodziców). Są na emeryturze, ich łączne dochody są skromne, ale wydawało mi się, że budżet im się dopina. Na wiele rzeczy ich nie stać, ale wyglądało na to, że są w stanie przeżyć od emerytury do emerytury. Nigdy się nie skarżyli na brak środków do życia, ale mimo tego czasami zostawiałem im pieniądze i płaciłem większe rachunki.

Mój ojciec ma schorzenie psychiczne i wymaga stałej opieki. Opiekuje się nim moja matka, a kilka razy w tygodniu przychodzi wynajęta opiekunka, żeby mama miała trochę "oddechu" i możliwość wyjścia na zakupy, albo po prostu "do ludzi". Ja ze swoją rodziną mieszkam ok. 50 km od rodziców.

Nagle dostałem telefon od przychodzącej do ojca opiekunki, że mama miała próbę samobójczą. Zostawiła list pożegnalny i zażyła dużą liczbę tabletek. Myślałem, że może to z powodu trudów codziennej opieki nad ojcem i brakiem perspektyw na odmianę życia.

Na izbie przyjęć okazało się jednak, że powiedziała coś o długach. Wtedy jeszcze nie mogłem w to uwierzyć - uznałem, że to wytwór jej wyobraźni albo próba wyjaśnienia przyczyn desperacji obcym osobom. Po wyjściu ze szpitala odbyliśmy szczerą rozmowę. Mama wyjęła wszystkie umowy kredytowe. Lukas, Sygma, SKOK, Eurobank, BPH i Provident (cztery pożyczki z Providenta). Łączna wartość rat przekroczyła łączną wartość emerytury obojga rodziców, więc wpadła w klasyczną spiralę kredytową. Brała kolejne pożyczki na spłatę rat poprzednich.

Wyjątkowo szokujące jest dla mnie zachowanie ludzi z Providenta. W momencie, kiedy wartość rat miesięcznych przekroczyła wysokość emerytury mojej mamy, udzielili pożyczki mojemu ojcu! A na pierwszy rzut oka widać i słychać (ma wyraźne zaburzenia mowy), że on nie jest świadom swoich czynów! Oczywiście zadzwoniłem do osoby z Providenta, która udzielała pożyczki, a potem do jej kierownika (on też bywał u moich rodziców). Oni mają jednak specyficzny rodzaj pancerza. Zdaje się, że nie zrobiło na nich wielkiego wrażenia to, że doprowadzili kogoś do próby samobójczej. A na moje pretensje o udzielenie pożyczki osobie niepełnosprawnej umysłowo usłyszałem, że nie zauważyli tego! Proszę mi wierzyć - nie da się tego nie zauważyć...

Spłatę kredytów wziąłem oczywiście na siebie. O ile pożyczki udzielone przez banki są oparte o "cywilizowane" zasady - dla mnie ważna była możliwość wcześniejszej spłaty, żeby zaoszczędzić na odsetkach i ubezpieczeniu kredytu, o tyle kuriozum dotyczy Providenta. Umowa z Providentem jest stworzona w taki sposób, że oficjalne odsetki wynoszą 16 proc. Dodane są natomiast koszty: ubezpieczenia, przygotowawcze, obsługi pożyczki w domu w taki sposób, że rzeczywista roczna stopa oprocentowania wynosi 73,5 proc.! Przy wcześniejszej całkowitej spłacie można jedynie oszczędzić na odsetkach. Mimo wcześniejszej spłaty nie ma zwrotu ani kosztów ubezpieczenia ani obsługi pożyczki w domu! Mimo że agent Providenta nie musi przyjeżdżać po swoje raty. Udało mi się ustalić, że UOKiK podał Providenta do sądu za takie praktyki, ale to mi już niewiele pomoże. Może tylko da satysfakcję, jeśli sąd przychyli się do pozwu...

Podsumowując - w moim przypadku było bardzo blisko tragedii. Jeżeli uznają Państwo, że ta historia nadaje się do wykorzystania - będę bardzo zadowolony, bo może po jej przeczytaniu choć jedna osoba powstrzyma się od wzięcia pożyczki, która (nie waham się tego powiedzieć) jest oparta na zbójeckich zasadach. Tomasz P.

Ile nękania wytrzyma babcia?

Artykuł "Życie za kredyt" trafia on w samo sedno problemu przed jakim stanęła moja rodzina. Przed świętami Bożego Narodzenia nasza babcia - 74-letnia emerytka z rentą 2300 zł - przyszła do mnie, wnuczki, z prośbą o pożyczkę 2000 zł, ale odmówiłam (nieraz już jej pożyczałam, zawsze oddawała), bo byłam świeżo po ślubie z nowym kredytem na koncie.

Babcia spróbowała u mojego brata. Zgadaliśmy się, pożyczyliśmy po 1000 zł i czekaliśmy co będzie dalej... W następnym miesiącu babcia znów przyszła po pieniądze, tym razem zaalarmowaliśmy synów, że najprawdopodobniej babcia ma kłopoty finansowe.

Rozmowa odsłoniła smutną prawdę o dwóch kredytach, jednak w następnym miesiącu ujawniły się kolejne zobowiązania - w sumie 12 kredytów. Jej ujawnione zadłużenie wynosi blisko 200 tys. złotych i do lutego 2010 roku była na bieżąco ze spłatą. Miesięczna rata wynosi około 6700 zł czyli blisko trzy razy tyle co renta. Do lutego banki dawały babci kredyty (na spłacanie rat?!).

Ale teraz zaczynają dzwonić z banków, przysyłają listy z wezwaniami do zapłaty. Babcia płaci w kratkę (raz temu bankowi, raz tamtemu). Przykro mówić, ale doradca bankowy z jednego z banków doradził nam po prostu nie płacić nic, a długi umrą z babcią. Ale czy babcia wytrzyma nękanie banków?

Jak działał mechanizm? Z analizy dokumentów kredytowych wynika, że trwało to od wielu wielu lat. Babcia brała kredyty po 10 tys., albo 9800, żeby nie było potrzeby zgody współmałżonka. Babcia mocno kłamała, mówiła, że ma mieszkanie na własność, ale mieszka w mieszkaniu syna. W BIK nie wszystkie jej zobowiązania są widoczne. Ale banki nawet nie sprawdzają BIK, bo gdyby sprawdzali, to w życiu babcia nie dostałaby takich kredytów.

W trosce o spokój psychiczny babci napisałam pismo do wszystkich banków z przedstawieniem sytuacji i prośbą o wydłużenie spłaty i zmniejszenie raty. Odpowiedziało kilka banków, a dwa nawet wydłużyły spłatę, ale teraz zamiast 40 proc. odsetek, będzie babcia spłacała ok. 60 proc.

Wydawałoby się, że kobieta wykształcona, pracująca całe życie w sektorze finansów nie wpadnie w spiralę kredytów, ale cóż... "Panie z banku" zawsze miłe i prowizję od udzielonego kredytu kasowały na swoje konta, pogrążały ją.

Pomagamy babci w opłatach, kupujemy żywność, ale nie dokładamy się do kredytów, bo za namową "doradcy bankowego" nie możemy dać się zwariować, takiej kwoty nikt z nas nie ma. Dla małej ilustracji - przy moich zarobkach musiałabym pracować 16 lat i co miesiąc przekazywać całą wypłatę bankom, a trzeba by jeszcze doliczyć odsetki, czyli pewnie kolejne 2-3 lata.

Piszę po to, żeby nagłośnić sprawę udzielanych kredytów starszym ludziom, przestrzec innych. Trzeba uczulić społeczeństwo na oszustwa banków, bo tego inaczej się nie da nazwać. Babcia chciała, to dawali. Kredyt za kredytem.

Nikt z rodziny nie korzystał z tych pieniędzy. "Doradca finansowy" mówi, że najprawdopodobniej zaczęło się od niewinnej kwoty np. 20 tys. zł, no ale przy średniej stopie odsetek 50 proc., takie sumy rosną w oczach. A banki żerują - jak tylko babcia któryś z kredytów spłaciła, od razu dzwonią i przysyłają kolejne propozycje kredytów.

Ktoś powiedział "wziąć schować babci dowód", to nie jest rozwiązanie, babcia jako emerytka z 2300 zł emerytury jest obsługiwana w banku, jako stały klient i nie musi pokazywać dowodu!

Podsumowując. Życie na kredyt czy za kredyt... Magdalena P.

Kredyt dostaje człowiek stary, chory...

Temat poruszony w artykule "Ukredytowany" jest mi znany od kilku lat, dobrze, że wreszcie został wyciągnięty na forum publiczne. Pracowałam w poradni psychiatrycznej, i niestety problem kredytów udzielanych "na dowód" spowodował, że wielu moich pacjentów wpadło w ten sposób w pętlę kredytową nie do wyjścia.

Niestety, bankom wystarczy dowód i poświadczenie stałego dochodu, np. renty, mam wrażenie, że zupełnie nie zwracają uwagi komu udzielają kredytu. Wielu moich pacjentów z rozpoznaną chorobą psychiczną dostało kredyt w stanie pogorszenia, kiedy nawet krótki kontakt z tą osobą wystarczyłby do stwierdzenia, że nie jest zdrowa psychicznie.

Mam wręcz wrażenie, że banki żerują na osobach łatwych do zmanipulowania - np. emerytach lub z problemami psychicznymi, namawiając je do wzięcia kredytów. Z następstwami zmagać się muszę niestety m.in. ja, gdyż często to są zobowiązania przewyższające wielokrotnie dochody, co wpływa na stan psychiczny moich pacjentów.

W Polsce nie ma niestety takich służb socjalnych jak np. w Anglii pomagających osobom mniej zaradnym wyjść z pętli zadłużenia, więc one zdane są tylko na siebie, a jeżeli ktoś ma do spłacenia kredyt wielokrotnie przewyższający dochód i żadnej możliwości zwiększenia dochodów, to ich stan psychiczny się pogarsza i leczenie nie daje oczekiwanych efektów. Często też jest tak, że jak pacjent już zaczyna wychodzić z zadłużenia, to przy kolejnym pogorszeniu bierze kolejny kredyt i wszystko zaczyna się od nowa.

Dziękuje wam jeszcze raz za poruszenie tematu. Irena K., Warszawa

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.