Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Wiem, że służba zdrowia jest chronicznie niedofinansowana, że rejestracje do specjalistów przypominają warowne zamki, a kłębiące się przed nimi tłumy są niczym hordy oblegających barbarzyńców, których jedynym celem jest palić, niszczyć i rabować. Wiem, że panie rejestratorki nie mają łatwego życia, że to na nich skupia się jad i żal petentów, którzy płacą ciężkie pieniądze, tylko po to, by dowiedzieć się, że najbliższy wolny termin do poradni naczyniowej jest na grudzień.

Mieszkam w prowincjonalnym mieście i mam nieszczęście chorować na "coś" z żyłami. Na co konkretnie, nie wiem, ponieważ nie zostałam zdiagnozowana, a przynajmniej nikt mi nie wytłumaczył, co mi dolega. Z rozmów lekarza z pielęgniarkami, i z tego co uda mi się podejrzeć w karcie, wnioskuję, że mam zapalenie żył. Trafiłam na dobrotliwą i przejmującą się panią doktor z poradni POZ, która wyprawiła mnie do specjalisty.

Udzielny książę chirurgii, rezydujący za fosą poradni łaskawie obejrzał moją łydkę, pomacał, pomierzył i nie mówiąc słowa podał receptę. Zastrzyki. Takie same jak te, które dostałam od pani doktor, tylko w wielkiej dawce. Usłyszałam jeszcze od pielęgniarki, żeby wziąć wszystkie i się pojawić. Sforsowałam zasieki rejestracji, umówiłam się na kolejny termin. Jednak w czasie kuracji poczułam się bardzo źle. Moja dobrotliwa pani doktor zmniejszyła dawkę leku, a gdy to nic nie pomogło, zarządziła jego odstawienie.

Książę medycyny nie raczył mnie nawet obejrzeć, gdy dowiedział się o mojej rezygnacji z leku. Skrzyczał i wyprosił z gabinetu. Nie wstał nawet z krzesła.

Nie znam się na medycynie. Jestem przestraszoną, obolałą kobietą, która musi już wrócić do pracy. Bo nikt nie lubi pracownika, który siedzi na zwolnieniu ponad trzy tygodnie. I nie wiem co mam zrobić, gdy specjalista traktuje mnie jak zawalidrogę. Nic nie tłumacząc.

Wróciłam do domu z płaczem. Małżonek planuje akcję odwetową. A ja sobie umyśliłam, że jeśli zapłacę lekarzowi na prywatnej wizycie, to może nie będzie na mnie krzyczał i wysłucha mnie do końca, i może, o naiwności, powie mi w końcu, co mi jest i czy nie da się tego inaczej wyleczyć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.