Ludzie zawsze będą mieli powody ku temu, żeby wyznaczać sobie odmienne i wzajemnie sprzeczne cele. A skoro tak, to nauczmy się z tym żyć, wypracujmy model pokojowego współistnienia - bo jesteśmy na siebie skazani.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z zainteresowaniem przeczytałem list , który do "Gazety" przesłał Antoni Otffinowski, i po krótkim zastanowieniu postanowiłem na niego odpowiedzieć. Pragnę wesprzeć Autora, deklarującego się jako ateista, z punktu widzenia człowieka wierzącego i próbującego swoją wiarę głęboko przeżywać.

Dużym problemem dla katolika, który jednocześnie stara się być liberałem, jest utrzymanie w ryzach swojej krytyczności w stosunku do Kościoła, gdy ten wchodzi w konflikt ze świeckim państwem. Na fali rozczarowania ostrymi sformułowaniami polskich hierarchów wobec Alicji Tysiąc, tym razem - przy okazji wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie wieszania symboli religijnych w klasach - mało po chrześcijańsku pomyślałem: "Dobrze im tak". Refleksja przyszła dopiero po chwili, a sprowokował mnie do niej właśnie list Antoniego.

To bardzo dziwne, że przestrzeń publiczna, skrupulatnie oczyszczona z wartości religijnych, uchodzi za "bardziej demokratyczną" od przestrzeni, w której te wartości ze sobą współistnieją i w której się ze sobą ścierają. Mam wrażenie, że u podstaw takiego sterylizowania sfery publicznej stoi czasem dość dziwne założenie, że ateizm jest światopoglądem bardziej pierwotnym, bardziej intuicyjnym, bardziej "czystym" od teizmu. Że ludzie wierzący mogą sobie wierzyć, mogą dodawać do rzeczywistości jakieś "coś" (np. Boga), ale niechże robią to w swoich domach i świątyniach. Że tych, którzy wyznają światopogląd ontologicznie prostszy, przekonania "bogatsze" - nie używam tego słowa w sensie wartościującym - po prostu obrażają.

Na tym polega fundamentalizm w wersji ateistycznej. Po drugiej stronie czai się natomiast fundamentalizm religijny, dla którego problem istnienia Boga jest tak oczywisty, że nie stanowi problemu. Ks. Tomáš Halik przypomniał słowa Paula Tillicha, który twierdził, że "główna linia podziału nie przebiega między tymi, którzy uważają się za wierzących, a tymi, którzy uważają się za niewierzących, ale między tymi, których Bóg pozostawia obojętnymi - czy są to "obojętni ateiści", czy konwencjonalni chrześcijanie - a tymi, których "pytanie o Boga" dotyka egzystencjalnie". Ateizm także opiera się na wierze, jest więc równie pierwotny i równie "czysty" jak teizm. Wysterylizowana z religijnych emblematów przestrzeń publiczna jest natomiast tajemniczo zgodna z tym, czego od niej oczekują antyreligijnie nastawieni ludzie "niewierzący".

Wypowiedzi polskich hierarchów po ogłoszeniu wyroku Trybunału zawierały ostre sformułowania w rodzaju: "dyktatura relatywizmu" i "agresywny sekularyzm". Wczytując się w nie, odniosłem wrażenie, że księża biskupi upatrują w sentencji prostą konsekwencję odrzucenia przez liberalną Europę wartości chrześcijańskich. Jednakże współczesny liberalizm nie ma jednej twarzy. To prawda, że jeden z jego nurtów postuluje istnienie uniwersalnego modelu politycznego, który byłby efektem kompromisu pomiędzy różnymi wartościami wyznawanymi przez różnych ludzi. Tak rozumiem pomysł oczyszczania miejsc publicznych z symboli kulturalno-religijnych, choć w dość oczywisty sposób nie wydaje mi się on kompromisowy.

Ale jest jeszcze drugi liberalizm, który mówi: kompromis nie jest możliwy. Ludzie zawsze będą mieli powody ku temu, żeby wyznaczać sobie odmienne i wzajemnie sprzeczne cele. A skoro tak, to nauczmy się z tym żyć, wypracujmy model pokojowego współistnienia - bo jesteśmy na siebie skazani. Stąd bierze się potrzeba zagwarantowania każdemu człowiekowi pewnej sfery wolności od nacisków z zewnątrz. W tej właśnie sferze plasuje się wolność religijna. Taki właśnie liberalizm - liberalizm pluralistyczny - nie ma gotowych odpowiedzi na wszystkie pytania. Zamiast usuwać krzyże z miejsc publicznych, każe on raczej zadbać o to, by obok nich mogły zawisnąć inne symbole religijne i światopoglądowe.

Abp Michalik powiedział, że "demokracja bez wierności prawu Bożemu czy naturalnemu wpisanemu w ludzkie serca grozi totalitaryzmem". Głęboko się z tym nie zgadzam. Totalitaryzmem, dyktaturą większości grozi negowanie leżącego u jej podstaw pluralizmu - w poszukiwaniu jakiegoś uniwersalnego porządku doczesnego. Totalitaryzmem grozi wiara w to, że na tym świecie pośród ludzi może zapanować prawdziwa harmonia - a wiarę tę podzielają zarówno niektórzy ludzie wierzący, jak i niewierzący.

Gdyby nasz świat był światem harmonijnym, dyskusja byłaby niepotrzebna, a spotkanie z Innym - niemożliwe. Na szczęście nasz świat takim światem nie jest, mamy się o co spierać i w czym zgadzać. Czy dzieci nie powinny wzrastać w świadomości naszej różnorodności? Czy klasa szkolna nie jest jednym z niewielu miejsc, w którym (w społeczeństwach wielokulturowych) hasła racjonalistyczne, Krzyż, Półksiężyc i Gwiazda Dawida mogłyby wisieć obok siebie?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem