Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Byłem w Solidarności. Okres 1981-82 przypłaciłem ciężkimi doświadczeniami, ale to nie należy do tematu. Potem byłem współzałożycielem ROAD z jednego zasadniczego dla mnie powodu: w jedynym okresie, kiedy czynnie zajmowałem się polityką i należałem do partii - potem do Unii Demokratycznej - uznałem, że trzeba czynnie się przeciwstawić niszczycielskiej działalności Lecha Wałęsy wymierzonej w najlepszą część polskiej inteligencji.

Dziś jest oczywiste, była to tylko pośrednio działalność Wałęsy. Użyli go jako marionetki bracia Kaczyńscy i - choć na krótką metę - zrobili to dostatecznie zręcznie, by Wałęsa dał się zainspirować. Oczywiście, że to jest jego wina i to jest jego upadek.

W żadnym jednak razie nie godzi się nazwać upadkiem tego, co dotyczy jego zachowań na początku lat 70. Nie ma mowy o żadnym upadku, gdy młody robotnik zostaje zastraszony przez władze, tym bardziej, gdy mordowanie niepokornych jest oczywistą dla niego normą - tak, jak gnębienie i terroryzowanie jego rodziny. Takie opinie wyrażane były zresztą przez rozsądnych komentatorów już wielokrotnie. Nie ma mowy o żadnym upadku, gdy podpisuje się zobowiązanie, że będzie się informowało o niezgodnych z prawem poczynaniach.

To jest początek lat 70. Przestrzegam przed myśleniem ahistorycznym. Staram się sprostać pewnej klasie myślenia humanistycznego, na przykład nigdy nie interesując się donosami, które na mnie składano (w niektórych wypadkach wiem, kto, w innych się domyślam, ale nie zaprzątam sobie tym głowy).

Szczęśliwie niczego nie musiałem podpisywać (z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę). Nie ośmielę się jednak twierdzić, że nie podpisałbym, gdyby grożono mojej rodzinie, mając nadzieję, że łajdaków oszukam. Wałęsa zawsze był pewny siebie. Jestem przekonany, że w jego postawie dominowało przekonanie, że i tak wystawi blacharzy do wiatru (wtedy to byli blacharze, nie gliniarze albo psy). Jestem święcie przekonany, że był uczciwy - wtedy, potem i teraz. Uważam, że strasznie zawinił, ale nie na początku lat 70.

Co zaś do mojego podpisywania, to raz podpisałem ową "gotowość informowania o poczynaniach niezgodnych z prawem" (czy jak to tam brzmiało) w lecie 1977 r. Okoliczności były następujące: wróciłem z dłuższego pobytu u przyjaciela X w Londynie. Wiedziałem o tym, że aktywnie zaangażował się w wyratowanie z pułapki zastawionej przez agenta SB na naszego wspólnego przyjaciela Y, który w tym właśnie czasie wybrał Zachód, urywając się z wycieczki. Byłem szczegółowo wypytywany o X. Dość mnie to zaalarmowało, bo X mieszkał już od dobrych kilku lat na Zachodzie, wiele razy przyjeżdżał do Polski, ja również odwiedziłem go na dosyć długo dwa lata wcześniej i nigdy nie było żadnych wezwań. Coś zatem musieli wiedzieć, badając ten trop. Udzieliwszy jak najbardziej bezpiecznych dla X wyjaśnień, uznałem, że jeżeli grzecznie podpiszę, udając absolutnie lojalnego obywatela, to będzie lepiej, bo może to uratować X kontakty z rodziną w Polsce. Na tym moje relacje z SB się fortunnie zakończyły. Proszę mi powiedzieć, że źle zrobiłem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.