Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

94 lata temu, dokładnie 12 maja, Polska demokracja była na tyle słaba, że bez większego problemu doszło do przejęcia władzy przez Józefa Piłsudskiego, nazwanego później przewrotem majowym. 

Andrzej Duda i jego obóz polityczny najwyraźniej też chcą się zapisać w historii jakimś spektakularnym przejęciem władzy, ale historia może im tak łatwo nie wybaczyć tego, co robią z polską demokracją. Mamy inne czasy i inną świadomość społeczną. 

Partia rządząca gardzi imposybilizmem, czyli sytuacją, gdy procedury wymagają zachowania pewnych reguł. W związku z tym postanowiła udowodnić, że potrafi zrobić wszystko wbrew procedurom: zorganizować wybory w czasie pandemii, zamrozić i odmrozić gospodarkę oraz oczywiście wybrać pierwszego prezesa Sądu Najwyższego niezależnie od obowiązujących procedur. I to wszystko w błyskawicznym tempie, bo im szybciej, tym dalej od imposybilizmu.

Przygotowania do tych wyborów pierwszego prezesa SN Prawo i Sprawiedliwość rozpoczęło już dawno temu, wprowadzając wygodne dla rządzących uregulowania, które pozwalałyby im na wybór pierwszego prezesa nawet wbrew woli większości sędziów SN. Tymczasem wola tych sędziów ma znaczenie, bowiem zgodnie z art. 183 ust. 3 konstytucji „Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”. Celem takiego uregulowania jest to, by władza prezydenta nie była nieograniczona – jego wybór nie może być dowolny i musi szanować wolę Zgromadzenia Ogólnego Sędziów SN. 

Jak to wygląda w praktyce?

30 kwietnia 2020 to koniec 6-letniej kadencji pierwszej prezes SN Małgorzaty Gersdorf oraz początek politycznej misji wysłannika prezydenta, który zaczyna pełnić niektóre obowiązki pierwszego prezesa SN - Kamila Zaradkiewicza. To tak zwany neosędzia (wskazany przez nową, upolitycznioną KRS), były pracownik resortu Zbigniewa Ziobry - Ministerstwa Sprawiedliwości. Jego zadanie jest dość proste: doprowadzić do wyboru pięciu kandydatów na pierwszego prezesa SN przez Zgromadzenie Ogólne SSN. Przepisy już zostały w ten sposób skonstruowane przez partię rządzącą, że wśród tych pięciu osób musi znaleźć się jedna wskazana przez mniejszość sędziów SN (wybranych również przez nową KRS) i ta osoba zostanie powołana przez prezydenta na pierwszego prezesa. Zgromadzenie ma być tylko formalnością. Ważne, żeby się odbyło.

Pierwszy dzień obrad – 2 maja

Pan Zaradkiewicz energicznie przystępuje do realizacji zadania. Już 2 maja zwołuje Zgromadzenie Ogólne na 8 maja 2020 r. Zagrożenie epidemiologiczne uważa za zażegnane, gdyż sędziów porozsadzał w różnych salach i nakazał korzystanie z maseczek i dezynfekcję rąk. Obecność jest obowiązkowa. Zatem sędziowie stawiają się na Zgromadzeniu. 

I tu kończy się blitzkrieg.

Prawdziwi sędziowie Sądu Najwyższego przywykli bowiem do stosowania procedur, które dają efekt być może nierychliwy, ale sprawiedliwy. Wnieśli więc o przyjęcie porządku obrad, aby było wiadomo, co i w jaki sposób będzie procedowane. Pan Zaradkiewicz jednak wniosek odrzuca i uznaje, że sam będzie ustalał porządek obrad. Sędziowie składają więc kolejny wniosek, by poddać pod głosowanie, czy neosędziowie z Izby Dyscyplinarnej mogą brać udział w Zgromadzeniu. Jest to o tyle ważne, że status tych neosędziów został zakwestionowany przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rozumowanie jest proste: jeśli nie są ważnie powołanymi sędziami, nie powinni brać udziału w Zgromadzeniu. Kamil Zaradkiewicz tego wniosku nie przyjmuje i nie pozwala na głosowanie nad nim.

 W tym samym dniu Zgromadzeniu Ogólnemu udaje się jeszcze wyłonić przez aklamację tzw. wstępną komisję do liczenia głosów. To - jak się okazało - jest jedynym sukcesem Zaradkiewicza.

Po dziewięciu godzinach pierwszego dnia obrad nie wybrano komisji skrutacyjnej, która będzie miała za zadanie policzyć głosy w głosowaniu tajnym. Dwa głosowania w tym przedmiocie kończą się niczym i około godz. 20 jest pat. Jest to skutek prowadzenia obrad bez porządku obrad, którego nie chciał przyjąć Zaradkiewicz. Zgromadzenie zostaje więc odroczone do następnego dnia.

Drugi dzień obrad – 9 maja 

Tego dnia pan Zaradkiewicz dochodzi do wniosku, że zmieni zasady wyboru komisji skrutacyjnej. Tak właśnie – zmienia zasady wyborów w trakcie wyborów. To tak, jakby w czasie meczu piłki nożnej, gdy wynik jest 5:0 dla jednej drużyny, zmienić zasady i ogłosić, że wygra ten, kto wpuści najwięcej bramek. Wszystkie protesty obecnych na sali sędziów są lekceważone, Zaradkiewicz po prostu nie poddaje ich pod głosowanie i zarządza kolejne głosowanie w celu wyboru komisji skrutacyjnej. I ta próba okazuje się nieudana, gdyż wstępna komisja liczeniowa stwierdza, że znowu nie doszło do wyboru właściwej komisji. W tym momencie ponownie wkracza do akcji „komisarz” Zaradkiewicz i anonsuje, że nie zgadza się z wynikiem głosowania i sam przeliczy głosy oraz ustali wyniki. Następnie odracza obrady do wtorku. 

Trzeci dzień obrad – 12 maja

Pan Zaradkiewicz zgodnie ze swoją zapowiedzią anulował wyniki obliczone przez komisję i unieważnił znaczną liczbę głosów oraz ustalił skład komisji liczącej głosy w ten sposób, że wchodzi do niej czterech neosędziów i jeden sędzia z nominacji poprzedniej KRS. Protesty nie są uwzględniane. Gdy ktoś protestuje, to prowadzący wyłącza mu mikrofon, zwłaszcza wtedy, gdy z sali padają głosy, że taki sposób procedowania może stanowić popełnienie przestępstwa.

Zaradkiewicz zarządza, by przystąpić do zgłaszania kandydatów na kandydatów. Nielegalnie wybrana komisja skrutacyjna, można powiedzieć „komisja Zaradkiewicza”, ochoczo zabiera się do pracy.  Wniosek o ich wyłączenie z uwagi na stronniczość również nie zostaje poddany pod głosowanie. Ostatecznie zgłoszono dwudziestu kandydatów na kandydatów. Część sędziów nominację przyjmuje, część nie. Jednakże dwóch nominowanych nie może złożyć oświadczenia osobiście, nie ma ich w Sądzie Najwyższym. Konieczne jest więc kolejne odroczenie Zgromadzenia, by odnaleźć nieobecnych kandydatów i odebrać od nich oświadczenie, czy wyrażają zgodę na kandydowanie. Jednocześnie pan Zaradkiewicz wprowadza kolejną nowość: zarządza, że pytania do kandydatów sędziowie mogą zadać tylko mailowo, a kandydat na nie odpowie, jeśli będzie miał na to ochotę. 

Czwarty dzień obrad – 13 maja 

Mógł być to najciekawszy i zarazem najdłuższy dzień, gdyż pytania do kandydatów spływają z całej Polski. Ważne pytania. Niestety nie było okazji ich zadać. Pan Zaradkiewicz od razu odroczył Zgromadzenie w celu zwrócenia się do prezydenta z wnioskiem o zmianę regulaminu, tak by dalsze obrady mogły przebiegać wg scenariusza partii rządzącej. Dotychczas obowiązujący regulamin, wprowadzony rozporządzeniem z 2018 r. przez prezydenta Andrzeja Dudę, okazał się bowiem niewystarczający do osiągnięcia zamierzonego celu i trzeba go w trakcie wyborów zmienić. Tak, Kamil Zaradkiewicz zwrócił się do prezydenta, by ten zmienił regulamin, który sam uchwalił, na wygodniejszy w użyciu dla jego namiestnika, by za pomocą atrapy przepisów stworzyć kolejną atrapę sądu.

Decyzja, przed jaką postawił prezydenta Kamil Zaradkiewicz, nie jest jednak łatwa, gdyż prezydent nie ma kompetencji, by regulaminem ustalać kwestie związane z wyborem pierwszego prezesa SN. Mogłoby oczywiście być i tak, że pan prezydent, znany ze swego przywiązania do konstytucji, stworzyłby regulamin wbrew przepisom obowiązującego prawa, tj. w taki sposób, by jego „komisarz” w SN dokończył swoje zadanie w sposób oczekiwany przez rządzących. Jednakże w czasie toczącej się kampanii wyborczej byłoby to bardzo niezręczne dla kandydata na prezydenta RP. Dodatkowo mógłby tym samym doprowadzić do kolejnego kryzysu, gdyż trudno sobie wyobrazić, by prawdziwi sędziowie SN podporządkowali się kolejnemu bezprawiu. 

Nieoczekiwana zmiana miejsc – czyli jeden namiestnik polityczny za innego namiestnika politycznego 

Nieoczekiwanie prezydent Duda zmienia nie regulamin, ale prowadzącego obrady.

Zamiast Kamila Zaradkiewicza kieruje do wykonania misji innego neosędziego, byłego polityka, wiceministra spraw zagranicznych Aleksandra Stępkowskiego. To współtwórca i pierwszy prezes zarządu fundacji Ordo Iuris, skrajnie konserwatywnej organizacji znanej m.in. z wypowiedzi przeciwko ratyfikowaniu konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej oraz w sprawie całkowitego zakazu aborcji. 

Został mianowany przez Andrzeja Dudę na stanowisko sędziego, mimo że Naczelny Sąd Administracyjny wstrzymał konkurs sędziowski. Po powołaniu do SN „zasłynął” już tym, że wydał orzeczenie niekorzystne dla sędziego Waldemara Żurka, choć nie miał akt sprawy. O powyższym został zawiadomiony rzecznik dyscyplinarny. To zdarzenie stało się przedmiotem pytania prejudycjalnego. Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu ma odpowiedzieć na pytanie, czy Stępkowski jest sędzią. To wszystko jednak nie przeszkadza prezydentowi w postawieniu go na czas wyborów na czele Sądu Najwyższego. Tak więc jest duże prawdopodobieństwo, że ZO SSN kieruje osoba, która sędzią nie jest! 

Brawo, panie prezydencie! Ma pan dobre kadry! Kto następny? Czy na tej podstawie można powiedzieć, że prezydentowi zależy na dobrej atmosferze w czasie obrad Zgromadzenia? Czy wybór tak kontrowersyjnej osoby świadczy o jednoczącej postawie prezydenta? Czy prezydentowi zależy na wysłuchaniu głosu sędziów, czy traktuje sędziów jak przeciwników politycznych, bo świat widzi tylko wedle tych podziałów? Dlaczego nie zaproponował spotkania w celu wypracowania rozwiązania w związku z kryzysem w SN? Dlaczego nie zostawi sędziom zaproponowania osoby, która mogłaby prowadzić obrady Zgromadzenie Ogólnego?  

Problem polega na tym, że już teraz naruszeń procesu wyboru pierwszego prezesa SN jest tyle, że obojętnie, kto tym prezesem zostanie, to jego wybór może być kwestionowany. Dodatkowo uczestniczącym w tym procederze grozi odpowiedzialność dyscyplinarna i karna. Zatem warto zastanowić się, czy to ma sens. Czy nie jest konieczne, by zacząć wszystko od początku, zgodnie z prawem.

Wygląda niestety na to, że Aleksander Stępkowski zamierza przejść do porządku nad całym szeregiem bezprawnych działań Kamila Zaradkiewicza. To musi  doprowadzić do jego odpowiedzialności karnej, a nas wszystkich do kolejnych, niekończących się sporów prawnych i paraliżu najważniejszego sądu w Polsce. 

O co tak naprawdę walczą „starzy” sędziowie SN? Czy „tylko” o dochowanie procedur, które w prawie są tak samo ważne jak w lotnictwie? Tu nie można pozwolić sobie na pomyłki. Dziś walka toczy się o prawo każdego obywatela do niezawisłego sądu oraz do wolnych i uczciwych wyborów. Bo mogą być wolne i uczciwe albo takie właśnie, jak wyżej opisano.

Piszcie: listy@Wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.