Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przedwczoraj wysłałem do biur wyborczych każdego z kandydatów opozycji list, w którym namawiam ich do przeczytania mego listu otwartego do kierownictw partii opozycyjnych i biura kandydata niezależnego sprzed kilku dni z apelem szczegółowo uzasadniającym potrzebę bojkotu planowanych przez pisowską władzę bezprawnych „wyborów korespondencyjnych.”

Oto ten list. Najpierw dwa znamienne cytaty. Oba przerażająco trafne. Autorami są obcy. Wybitni. Oto słowa Żelaznego Kanclerza, czyli Bismarcka: „Dajcie Polakom wolność, a sami się wykończą”. A oto bodaj najtrafniejsza ocena polskich elit politycznych dokonana przez największego męża stanu, jakiego świat miał w okresie mego długiego życia, Winstona Churchilla: „Nie ma takiego błędu, którego by Polacy nie popełnili”.

A teraz ad rem.

Jesteśmy na krok przed kolejnym samounicestwieniem. Jak, nie przymierzając, tuż przed rozbiorami, w osiemnastym wieku. I znów sami się pogrzebiemy.

Jeśli nie nastąpi opamiętanie, apeluję o nie. Wznieście się ponad małość. Wszak nie trzeba być mędrcem, żeby rozumieć, że aby żyć nadal w wolnym kraju – jak to miało miejsce do czasu objęcia władzy przez PiS – trzeba powrócić do demokratycznych struktur, do państwa prawa.

Potem możecie się różnić, spierać, szukać najlepszych rozwiązań. POTEM, powtarzam. A dziś, błagam, zdejmijcie bielmo z oczu. Stojąc na straży „pryncypiów” (należy dla zasady wziąć udział w farsie wyborczej, żadnych ustępstw), zafundujecie wieloletnie rządy małemu dyktatorowi z Żoliborza i oddanym mu politycznym gangsterom. I takie to, po raz kolejny, będzie Wasze „polskie zwycięstwo”. Jeszcze raz proszę o przeczytanie z uwagą mego wcześniejszego listu otwartego.

Dlaczego postanowiłem list upublicznić? Powoduje mną wysłuchanie wczoraj dwóch kuriozalnych wystąpień kandydatów na stanowisko prezydenta - Roberta Biedronia i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Obu darzyłem szacunkiem i, o czym pisałem, bez wahania chciałem oddać mój głos na któregoś z nich, gdyby w normalnych wyborach przeszedł on właśnie do drugiej tury.

Otóż ich wczorajsze histeryczno-patetyczne, „patriotyczne” wystąpienia wprawiły mnie w osłupienie. Po prostu w głowie nie jest w stanie mi się zmieścić fakt, że ludzie uważani dotychczas przeze mnie za światłych i przede wszystkim odpowiedzialnych w jakimś zgoła amoku rozstali się ze zdrowym rozsądkiem.

Pan Biedroń z gorejącym wzrokiem wyrzucał z siebie deklaracje, że jakoby trzeba bronić imponderabiliów i będąc przekonanym o przegranej, mimo to iść głosować, jak czyni to wątła, represjonowana opozycja na Białorusi. Jakby zapomniał, gdzie żyje. Na szczęście wciąż w państwie, które jest członkiem Unii Europejskiej. A do statusu rządzonej przez autokratę, małego satrapę Białorusi to właśnie on, Rober Biedroń, swym udziałem i zachęcaniem wyborców do udziału w ponurej farsie zwanej „wyborami korespondencyjnymi”, prostą drogą chce doprowadzić.

Donald Tusk ma po stokroć rację, uzasadniając zdrowym rozsądkiem i dobrem kraju swój apel o bojkot tego czegoś, co obecna władza chce nazywać wyborami.

Użyłem bardzo podobnych sformułowań, pisząc swój list otwarty do przywódców opozycji przed kilku tygodniami. Bo też nikt z ludzi światłych, mądrych, zasługujących na szacunek, bodaj żaden z liczących się profesorów prawa (łącznie z profesorami Zollem, Markowskim, Matczakiem, ba, także profesorem Hermelińskim, który przez lata przewodził Państwowej Komisji Wyborczej i gorąco namawiał wszystkich obywateli do udziału w wyborach), nikt z poważnych polityków, łącznie z marszałkiem Senatu profesorem Grodzkim, co tam, nikt z ludzi, którzy za świetlanej pamięci profesorem Bartoszewskim powtarzają, że „warto być przyzwoitym”, nikt ze znanych mi ludzi, których darzę szacunkiem, powtórzę: n i k t nie zamierza brać udziału w nieudolnie skleconej karykaturze wyborów.

I zgadzam się z opinią Tuska, że jeśli pisowska władza zorientuje się, że szykuje się bojkot powszechny i kompromitacja w skali światowej, to w ostatniej chwili z planowanej bezprawnej imprezy się wycofa.

I to byłoby możliwe. Byłoby, powtórzę. Bo dzięki „współpracy”, dzięki udziałowi w planowanym bezprawiu wymienionych panów Biedronia i Kosiniaka-Kamysza, dzięki uwiarygodnieniu przez nich przestępczej imprezy swym w niej udziałem ta władza może opanować lęk i do planowanej paranoi doprowadzić.

Cóż, wymienieni żałośni, niestety, kandydaci, miast zostawić na placu - gdyby TO się miało nawet stać – samotnego i totalnie ośmieszonego „zwycięzcę” Dudę i skompromitowaną doszczętnie w oczach świata pisowską władzę, władzę tę  u m o c n i ą,  grając role jej żyrantów. I pozostaną na zawsze z piętnem tych, którzy naród skrzywdzili, a siebie skompromitowali.

Mój apel sprzed paru dni o bojkot majowej farsy, gdyby miało do niej dojść, rozpocząłem trawestacją znanego zdania Winstona Churchilla, chodziło o tych, którzy chcieli uniknąć wojny, a mieli i wojnę, i hańbę: „Chcecie, aby Andrzej Duda przestał być prezydentem. No to będziecie mieli i Dudę, i kompromitację”.

Teraz zakończę, przywołując raz jeszcze arcytrafną charakterystykę nas dokonaną przez tegoż Churchilla: „Nie ma takiego błędu, którego by Polacy nie popełnili”. Ten, który popełniają teraz wspomniani kandydaci opozycji na prezydenta, może być tragiczny w skutkach, może nas bardzo, ale to bardzo dużo kosztować.

 *Stanisław Brejdygant - ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

******

Czekamy na wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.