Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Siedzę w domu jak większość ludzi w Polsce, jak we Francji, w Hiszpanii czy Portugalii, jak praktycznie połowa ludzkości na świecie. Siedzę w domu, pracuję zdalnie i, aby nie zwariować, zajmuję się, czym się da: posprzątałam wszystkie kąty, posadziłam kwiatki na balkonie, zadzwoniłam do znajomych.

Wspieram polską gospodarkę, a raczej to, co jeszcze z niej zostało, i kupuję online pizzę i buty. Przy okazji wyjścia do sklepu wspieram lokalną kwiaciarnię, kupując tam kwiaty i rośliny. Podzieliłam się książkami ze znajomą rodziną, żeby mieli co czytać w czasie izolacji. Zaczynam mieć czarne myśli i koszmary w nocy o tym, co będzie dalej.

Jako fanka języka francuskiego czytam francuską prasę i myślę, że Francuzi, choć zawsze z wszystkiego niezadowoleni, mają dużo szczęścia.

Mają niesłychanie zmobilizowany rząd, premiera i ministra zdrowia, którzy w dobie epidemii wykonują razem ciężką robotę i bardzo dokładnie informują społeczeństwo o podejmowanych działaniach.

 We Francji codziennie można wysłuchać konferencji prasowej, podczas której osoba oddelegowana z rządu prezentuje najnowsze dane dotyczące epidemii: liczba zakażonych, liczba zgonów, liczba przygotowanych łóżek respiratorowych, wysokość zamówień rządowych na maseczki i testy.

Ostatnio premier rządu przedstawił strategię Francji w walce z epidemią [zobacz], która to strategia w skrócie rysuje się następująco: do tej pory wykonywano 5000 testów PCR dziennie, docelowo tych testów będzie 20 000, 25 000 i 30 000 w najtrudniejszym okresie.

Pod koniec kwietnia, dzięki implantacji przenośnych laboratoriów na obszarze całego kraju, będzie to 50 000 testów dziennie. Rząd zamówił 5 milionów szybkich testów (dających wynik na obecność COVID-19 w 15 min), aby móc wykonywać dodatkowo 30 000 szybkich testów dziennie w kwietniu, 60 000 testów dziennie w maju i wreszcie 100 000 testów dziennie w czerwcu.

Od kwietnia będzie produkowanych prawie milion masek zastępczych, w tym wielokrotnego użytku, przeznaczonych dla ludności. Wychodzenie z kwarantanny będzie stopniowe i będzie obejmowało kolejne regiony, w pierwszej kolejności te, gdzie jest najmniejsza liczba zakażeń, i te, które mają najwięcej łóżek respiratorowych. Najdłużej kwarantanną będą objęci ludzie starsi i chorzy. Młodzi, zanim wrócą do pracy, będą poddawani testom serologicznym, wykazującym kontakt z wirusem i nabycie odporności.

 Gdybym była obywatelką Francji, to widząc te plany, miałabym poczucie, że ktoś panuje - w miarę ludzkich możliwości - nad epidemią, a przynajmniej wybiega na trzy-cztery kroki do przodu i daje społeczeństwu szerszą perspektywę.

Ale jestem obywatelką Polski i kiedy na to patrzę, łzy wściekłości cisną mi się do oczu. Bo czy my w Polsce wiemy coś o strategii walki rządu z epidemią? Czy taka strategia istnieje? Jeśli tak, to co zakłada?

Przejrzałam strony internetowe Ministerstwa Zdrowia, GIS i Kancelarii Premiera, są tam informacje o nowych rozporządzeniach i zasadach bezpieczeństwa, o tarczy antykryzysowej, która - jak wiemy od przedsiębiorców -  wcale nie spełnia swojego zadania.

Ale o tym, co dalej - ani słowa. Ani słowa o tym, jaki mamy zapas maseczek i środków ochronnych dla służb medycznych, ile mamy testów, jakie są moce przerobowe laboratoriów w Polsce, jak ma wyglądać wychodzenie z kwarantanny, kto i w jakiej kolejności będzie testowany.

Porównanie powyższego z działaniami rządu francuskiego uświadamia mi, co powinniśmy jako obywatele w związku z epidemią wiedzieć oraz jakich istotnych informacji jesteśmy w Polsce pozbawiani.

W kontekście słów prezesa Kaczyńskiego, że wybory prezydenckie muszą się odbyć 10 maja, wydaje mi się, że jedyną strategią jego i podległych mu ludzi (w tym prezydenta i premiera rządu Polski) jest, by teraz Polacy siedzieli w domu, gdyż kwarantanna jest najtańszym sposobem ochrony ludzi przed wirusem. Następnie, by 10 maja Polacy poszli na wybory i się wzajemnie pozarażali lub - jeśli wybory będą tylko korespondencyjne - by listonosze pozarażali, kogo się da, a potem niech się dzieje, co chce.

A będzie się dziać naturalny przebieg epidemii, czyli zarazi się 60-70 proc. społeczeństwa. Ci młodsi, co przejdą lżej zakażenie, przetrwają w domu, ale – z braku możliwości wykonania testu- nigdy nie dowiedzą się, czy była to infekcja koronawirusem.

20 proc. osób zakażonych z grupy ryzyka, czyli obciążonych chorobami, starszych, otyłych lub palących będzie przechodziło zakażenie w sposób ciężki, większość nie przeżyje, bo nie będzie dla nich miejsca w szpitalu na łóżku z respiratorem. Reszta, która przeżyje, nabędzie odporność na wirusa i w ten sposób - jako społeczeństwo - nabędziemy odporność populacyjną.

Tak, wydaje mi się, że selekcja naturalna podczas epidemii koronawirusa jest - pod dyktando wszechwiedzącego prezesa Kaczyńskiego - jedyną strategią obecnego rządu.

W dobie pandemii, zamiast walki z kryzysem sanitarnym, rządzący zajmują się walką polityczną i wyborami, od których zależy przetrwanie partii PiS.

Czy zatem nam – zwykłym Polakom – pozostaje tylko płakać z bezsilności i wściekłości?

 Halina (nazwisko do wiadomości redakcji)

*****

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.