Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Moja firma szkoleniowa prawie nie może funkcjonować przy ograniczeniach wynikających z obrony przez pandemią koronawirusa. Owszem, w ostatniej chwili przeszliśmy na e-learning, który płynnie wystartował, ale obroty spadły do kilku procent. Wystarczy to na razie na sprawy bytowe, ale na pewno nie obligatoryjne płatności za najem itp.

Jeśli to potrwa parę miesięcy, to powinniśmy dać radę. Jeśli dłużej, to...

Mam świadomość, że i tak mamy szczęście w porównaniu z innymi, ale to nie zmienia faktu, że zakres działań przewidzianych w tzw. tarczy nie daje nam nic.

Problem jest w czymś innym. Mogę walczyć o sprawy bytowe, ale jeśli chodzi o szerszą skalę, czuję się bezsilny. Zarazę traktuję jako zdarzenie losowe, choć wściekły jestem, że w praktyce nasze władze nie uczyniły nic, by ograniczyć jej skutki, a mogły wiele. Teraz jesteśmy bezbronni, a politycy ciągle nie rozumieją, że jesteśmy w momencie przełomu i marnotrawią na swoje gierki ostatni czas, jaki mamy na jakiekolwiek konstruktywne działania.

Mało tego, jestem przekonany, że są już ludzie i środowiska, którzy zaplanowali, jak mogą na tym skorzystać, i mają wsparcie.

Jest źle i jedyne, na co możemy liczyć, to cud

Cała wiedza, doświadczenie i zdolność przewidywania, jaką posiadam, mówi mi, że jest źle i jedyne, na co możemy liczyć, to już tylko cud. Cud, że Gowin się postawi i przerwie te gierki, doprowadzając do tego, że obóz władzy przestanie marnować swą energię na walkę o władzę, a zajmie się wyłącznie tym, co ważne, czyli obroną przed rozwijającą się pandemią.

Problem w tym, że ten człowiek jest wykształcony i sygnalizuje nam co jakiś czas, że potrafi widzieć nieprawidłowości w funkcjonowaniu obecnych władz, ale tak przesiąkł politycznymi gierkami, że nie potrafił się nigdy ponad nie wznieść.

Chciałbym się mylić...

Tak więc cholernie, cholernie chciałbym się mylić, ale obawiam się, że mimo wysiłków pracowników służby zdrowia i wolontariuszy będziemy mieli na własne życzenie w Polsce stopniową apokalipsę ekonomiczną i społeczną, której skali nie potrafimy sobie dziś nawet wyobrazić. To może być coś gorszego niż kryzys sprzed 30 lat i mam jeszcze nadzieję, że dzięki członkostwu w NATO i UE nie zamieni się w jakiś 1939 czy np. 1764 r. (to nie błąd w dacie).
Tylko że w latach 90. towarzyszyła nam nadzieja na pozytywne zmiany, a teraz obawiam się domyślać, jaka będzie polska polityka po takiej katastrofie. Sygnały idące z Węgier nie rokują najlepiej...

Czekamy na Wasze listy. Piszcie na listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.