Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szanowni Państwo,

artykuł "Mimo epidemii pozwólcie nam na porody rodzinne..." niemal prześladuje mnie, odkąd się pojawił. Odczekałam pewien czas, zanim zdecydowałam się do Państwa w tej sprawie napisać zachęcona podanym adresem e-mailowym. Musiałam się zdystansować (o ile to możliwe).

Temat jest mi niezwykle bliski, ponieważ za niecały miesiąc sama doczekam się terminu rozwiązania. Snuliśmy z mężem plany porodu, wspólnego rzecz jasna. Teraz wszystkie plany odeszły w zapomnienie. O ile wiem, że będę musiała urodzić sama, to nie wiem jeszcze gdzie, ponieważ oddział położniczy Szpitala Żeromskiego w Krakowie, w którym miałam planowo rodzić, jest na razie zamknięty do odwołania.

Jest mi przykro. Mojego męża nie będzie przy mnie

Bez względu jednak na to, gdzie moje dziecko przyjdzie na świat, jest mi szalenie przykro na myśl, że mojego męża przy mnie nie będzie. Już nawet nie dlatego, że nie będę mogła ściskać jego ręki, ale dlatego że nie zobaczy naszej córeczki, gdy ta przyjdzie na świat. Nie zobaczy jej, jeśli dobrze pójdzie, przez 2-3 doby. A co jeśli choćby ze względu na żółtaczkę dziecko będzie musiało zostać dłużej w szpitalu? Pozna swoje dziecko nie poprzez zapach jego małego ciałka, ale przez komunikatory typu Messenger czy Skype.

To dla mnie niezwykle przytłaczająca wizja, ale prawdę mówiąc, wolę tak, niż spotkać na oddziale kogoś, kto za wszelką cenę będzie chciał towarzyszyć rodzącej i zatai chorobę (a takie przypadki znamy już z telewizji). Bo bardziej niż tego, że mój mąż nie zobaczy naszej córki przez 2-3 dni, boję się tego, że ktoś zakazi mnie i przez to zostanę odizolowana od swojego dziecka. Odłożyłabym na bok własne potrzeby, egoizm związany z tym, że ktoś nie chce zmieniać swoich planów, na rzecz tego małego człowieka. Nasze dziecko, jeśli nie pójdziemy po rozum do głowy, będzie pozbawione w pierwszych chwilach swojego życia nie tylko taty, ale także mamy, która przez czyjąś nieodpowiedzialność nie będzie mogła go nakarmić, przytulić, przewinąć. Spadnie to na barki personelu szpitala, który niby tak bardzo chcemy odciążyć. Odciążmy ich, ale w racjonalny, bezpieczny, nieegoistyczny sposób.

Dziękuję, że mogłam wyrzucić to z siebie

Życzę Państwu wszystkiego dobrego i dziękuję za kawał dobrej dziennikarskiej roboty, którą wykonują Państwo codziennie, dając nadzieję, że istnieją jeszcze w naszym kraju obiektywne i rzeczowe źródła informacji. 

Czekamy na Wasze listy. Piszcie na listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.