Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Masz temat dla reporterek i reporterów "Wyborczej"? Pisz: listy@wyborcza.pl

Od jakiegoś czasu z coraz większym niedowierzaniem i - niestety, przykro mi, ale jednak - z niesmakiem - czytam relacje ze zdalnego nauczania uczniów, rodziców, nauczycieli i dyrektorów.

Gdy 11 marca ogłoszono zamknięcie szkół, oczywiście jedną z pierwszych reakcji była myśl - czy dostaniemy pensje?

Czy tak jak rok temu wykorzysta się wszystkie możliwości prawne, żeby na nas zaoszczędzić i obciąć nasze pensje?

Trudny początek

Nie ma co ukrywać, że głównie z tej obawy wynikały pierwsze działania grona pedagogicznego: dostaliśmy wytyczne, by rzeczywiście wysyłać materiały, wszelką korespondencję prowadzić przez dziennik elektroniczny, aby był dowód naszej aktywności i pracy. Szczegóły, sposoby zdalnej pracy pozostawiono nam.

Pracuję w dwóch liceach. Mój przedmiot nie jest wiodącym w żadnej klasie, w której uczę (nie jest jednym z rozszerzonych przedmiotów), ale uznałam, że na dwóch tygodniach się nie skończy, że muszę poszukać skutecznego sposobu kontaktu z moimi uczniami. Już następnego dnia, 12 marca, założyłam konto na Facebooku dedykowane tylko moim uczniom. Starałam się wszystkich odszukać, utworzyłam grupy klasowe i klasowe czaty. Wysłałam informację o tym wychowawcom, rodzicom i uczniom przez dziennik elektroniczny, prosząc o podanie maila, na który będę wysyłać informacje i materiały.

Ogarnięcie tej bazy kontaktowej trwało kilka dni i wymagało sporo pracy, głównie organizacyjnej. Pierwszy tydzień rzeczywiście wysyłałam tylko materiały, ale nie były to karty pracy, lecz interaktywne ćwiczenia online z filmikami, które miały pomóc przypomnieć materiał. Starałam się wspierać moich uczniów, wklejałam informacje niezwiązane z moim przedmiotem, które mogłyby im pomóc odnaleźć się w tym dla nich też trudnym czasie. Jednocześnie szukałam informacji, możliwości, jak uczyć online. Webinar, sprawdzanie programów i aplikacji, wybór, testowanie i od 23 marca lekcje online za pomocą jednej z platform (padło na Zoom) w czasie rzeczywistym z całą klasą. Robimy program z podręcznika, zeszyt ćwiczeń. Uzupełniam ćwiczeniami ze stron internetowych, ale nic nie każę drukować. Karty pracy, jeśli już, wysyłam w Wordzie. Że będą ściągać? I tak w szkole to robią, przepisują od siebie, teraz też temu nie zapobiegniemy.

Czy było mi łatwo? Nie. Nie jestem technologicznym mistrzem, miałam wiele obaw z prowadzeniem wideolekcji, ale jednocześnie nie wyobrażałam sobie zdalnego nauczania przez wysyłanie tylko materiałów.

Jak??? Nie każdy jest samoukiem, ma motywację i chęć, żeby się uczyć. Zwłaszcza że część uczniów oczywiście potraktowała ten czas jako dodatkowe wakacje i uciekała od wszelkiej pracy i obowiązków.

Wcale nie jest łatwiej. Ale może być

Na dodatek po kolejnym rozporządzeniu ministra edukacji o realizacji podstawy programowej od 25 marca zapanował w szkole chaos organizacyjny, zapchały się skrzynki pocztowe, padły dzienniki. Papierologii na kolejne godziny siedzenia przy komputerze. Zmiany decyzji - z tego korzystamy, nie, z tego korzystamy, tego nie można, to trzeba, to jest zalecane, a jak z RODO na wideolekcjach, może lepiej nie, bo to wizerunek. Ludzie, co jest ważniejsze: przepisy czy potrzeby naszych dzieci i uczniów?

Ja też mam dziecko. Tak się złożyło, że tylko jedno, ale jego szkoła stanęła na wysokości zadania i lekcje online - wideolekcje w czasie rzeczywistym - zorganizowała już od 16 marca. Nauczyciele przez weekend uczyli się obsługi platformy, potem zdarzały się oczywiście wpadki techniczne, nie wszyscy też byli i są zadowoleni z tego (zwłaszcza ci z własnymi dziećmi, które nie mają takich lekcji...), ale lekcje trwają. Moje dziecko codziennie od 8.20 do 13.30 jest w kontakcie z nauczycielami i kolegami ze szkoły. Pracy domowej nie ma więcej niż normalnie, pomagam tyle co zwykle. Bardzo wdzięczna jestem tym nauczycielom za ich pracę, placówce za wzorową organizację.

Moje lekcje nie zawsze pokrywają się z lekcjami córki, bywa tak, że gdy ona wychodzi z pokoju po lekcjach na obiad, ja siadam do komputera prowadzić swoje lekcje. Jedna ze szkół, w której pracuję, użyczyła mi sprzętu. Ale platforma, którą wybrałam do prowadzenia zajęć, pozwoliłaby mi prowadzić je nawet przez komórkę, uczniowie też często łączą się przez telefony. Swój stary laptop, który wymagał postawienia systemu na nowo, oddałam w ramach zbiórki internetowej w moim mieście dla dzieci z domu dziecka. Jednej z moich uczennic pożyczyłam telefon komórkowy, który leżał w szufladzie "na wszelki wypadek". Widocznie na taki właśnie wypadek. Od członka rodziny pożyczyłam zdalny internet, bo domowa sieć momentami nie wyrabia.

Zaskoczenie

Gdy spotkaliśmy się z uczniami na pierwszych lekcjach, z niedowierzaniem słuchałam, że mój przedmiot jest jedynym, z którego mają wideolekcje online, z pozostałych dostają tylko materiały do przerobienia i odesłania. Dziś, po kolejnym tygodniu, nic się nie zmieniło.

I mam ochotę zawołać: SERIO?! Dlaczego nie zrobiliście tego, co ja, dlaczego uznajecie, że wysyłanie materiałów WYSTARCZA?!

Nie wiem, jak wyrazić zawód, jaki czuję, gdy słucham Waszych rozmów i czytam Wasze wiadomości, Szanowni Koledzy i Koleżanki, dla jednych ten czas okazał się świetną okazją do prac w ogrodzie, do przeprowadzki, do remontu, do odpoczynku w końcu. Oczywiście wielu z Was skupia się na edukacji i pilnowaniu własnych dzieci: narzekacie, że ich nauczyciele przesyłają im mnóstwo prac, że trzeba to drukować, odsyłać, że internet siada, że to dla Was męczące. CZY NIE WIDZICIE, ŻE ROBICIE TO SAMO SWOIM UCZNIOM? Cierpicie na rozdwojenie jaźni?

Gdy szkoła przestawiała się na nauczanie online, w mediach przeważał obraz nauczyciela tytana pracy, który niedoceniony rok temu, słabo opłacany, teraz staje na rzęsach, żeby pomóc uczniom i przestawić się na szkołę online. Na pewno jest wielu takich nauczycieli. Ale teraz ten obraz się zmienia i zaciemnia, z tytana stajecie się tyranem, bez empatii, zrozumienia, samolubni i rozkładający bezradnie ręce.

Czy możecie z czystym sumieniem powiedzieć, że zrobiliście wszystko, żeby przełączyć się na nauczanie online?

Rozumiem, że obecność dzieci nie pomaga w pracy zdalnej. Zanim szkoła wciągnęła mnie w swój świat, kilka lat spędziłam, pracując z domu z małym dzieckiem pod bokiem (miesiąc po urlopie macierzyńskim mój pracodawca mnie zwolnił, nie rokowałam jako młoda matka).

Ale wracając do tematu. Czytając relacje rodziców, myślę: czy rodzice rzeczywiście nas wesprą, gdy będziemy upominać się o (zasłużone swoją drogą - nasze płace są skandaliczne) podwyżki? Zastanówcie się, jaka będzie reakcja tych rodziców, którzy cały dzień spędzają nad kartami pracy swoich dzieci, głowią się, gdzie wydrukować materiały, gdy wypłynie temat dofinansowania oświaty, podwyżek dla nauczycieli? Czy pójdą protestować z nami? Zmęczenie i frustracja wcale nie muszą przełożyć się na przekonanie rodziców: "tak, ta praca nauczycieli to jest bardzo ciężka, jak oni dają radę tak na co dzień". Bo oni nie widzą naszych wysiłków, widzą wysiłek swoich dzieci i odczuwają coraz większe zniechęcenie.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim nauczycielom, którzy potrafili odnaleźć się w tym chaosie i są ze swoimi uczniami online. A kolegom i koleżankom "od kart pracy" - zastanówcie się nad własną postawą. Zastanówcie się, czy uczniowie i rodzice za kilka tygodni będą Waszymi sojusznikami czy wrogami.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.