Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przemówienie to, uznawane za najważniejszy głos wolnego świata w obliczu pandemii, wyznaczyło kurs dla rządu federalnego, który w kolejnych dniach w sposób transparentny i maksymalnie zrozumiały dla obywateli rozpoczął pracę nad największym w historii pakietem pomocowym dla małych przedsiębiorców, w tym dla artystów i innych przedstawicieli wolnych zawodów.

Wśród najważniejszych sił politycznych w Niemczech panuje zgoda: branża kreatywna przynosząca budżetowi zyski porównywalne z motoryzacją jest dobrem narodowym, które wymaga natychmiastowej ochrony.

Nie jesteśmy "zgniłymi elitami" czy "darmozjadami", ale generatorami bezcennego kapitału społecznego. Warto nas wesprzeć. To się opłaca. Z pewnością w przyjęciu tego kursu nie zaszkodziło, że Angela Merkel jest stałą bywalczynią berlińskich oper i filharmonii. Pewnych spraw nie trzeba jej tłumaczyć. Pewne hierarchie są dla niej w oczywisty sposób zrozumiałe.

5 tys. euro na głowę plus zaufanie

W piątek w południe ustawiłem się w wirtualnej kolejce do Berlińskiego Banku Inwestycyjnego po bezzwrotną zapomogę od rządu federalnego przyznaną wszystkim freelancerom w Niemczech. 5 tys. euro na głowę bezzwrotnie plus możliwość wnioskowania o dodatkową kwotę do 9 tys. euro, również bezzwrotnie, na koszty bieżące. Te 9 tys. będzie podlegało audytowi, więc należy się zastanowić, ile faktycznie się potrzebuje na pokrycie udokumentowanych kosztów prowadzenia działalności. Jeśli za parę miesięcy nie będzie się w stanie wykazać pokrycia tego wydatku, budżet zażyczy sobie zwrotu nadwyżki. Bez żadnych kar czy odsetek. Przecież każdy może się pomylić w szacunkach.

Wykonałem kalkulację moich kosztów i poprosiłem o niewielki ułamek tej kwoty, bo nie chcę nadwyrężać budżetu państwa. Byłoby to nieuczciwe i niepotrzebne. Kwota zapomogi przyznawana jest na okres trzech miesięcy. Jeśli kryzys potrwa dłużej, będzie można starać się o kolejne sumy. W sobotę koło południa otrzymałem maila: w ciągu pół godziny przyjdzie moja kolej. Będę miał wtedy godzinę na wypełnienie wniosku. Formularz online ma trzy strony. Około tuzina pytań. Wyłącznie informacje niewymagające wizyt w urzędach czy u księgowego. Żadnych bilansów, zeznań, zaświadczeń. Wyłącznie dane, które posiadam przy sobie: numer dowodu, numer konta, NIP, forma działalności. 100 proc. zaufania państwa do podatnika. 100 proc. koncentracji na łatwej, transparentnej pomocy.

Dzisiaj o godzinie 11 wnioskowana kwota pojawiła się na moim koncie.

Tak, żyję w jednym z najbogatszych państw Europy. Nie wdając się w historyczne debaty, mogę wskazać bezpośrednie źródło tego bogactwa. Są nim wysokie podatki, płacone także przeze mnie w ostatnich latach, oraz bardzo zdyscyplinowana polityka finansowa rządu.

Pracuje się tu bardzo dużo, jest tutaj niezwykle trudno zgromadzić majątek, stawki podatkowe zaprojektowane zostały w sposób, który przywodzi na myśl cykl "Drawing Restraint" Barneya: im bardziej się starasz, tym potężniejsza siła ciągnie cię ku ziemi. Majątkowy szklany sufit jest tutaj o wiele trudniejszy do przebicia niż w Polsce. Rzeczy się tutaj raczej nie posiada. Nie znam ani jednego posiadacza drogiego samochodu czy domu oprócz urzędników, wykładowców, adwokatów czy lekarzy.

Budżetowa bulimia w czasach kryzysu

Wiadomo, że Polski nie byłoby stać na wypłacenie 5 tys. euro każdemu samozatrudnionemu. Przede wszystkim tych "biznesmenów z przymusu" jest w Polsce niewspółmiernie więcej, niż powinno być, bo ta forma zatrudnienia jest masowo nadużywana przy cichym aplauzie kolejnych rządów. Po drugie, nasze PKB w przeliczeniu na mieszkańca jest mniej więcej trzykrotnie niższe niż niemieckie. Z drugiej strony jednak koszty utrzymania są też znacznie niższe. System podatkowy jest bardzo atrakcyjny, składka na NFZ to blisko jedna czwarta składki na tutejsze ubezpieczenie zdrowotne. Przy zachowaniu tych proporcji przeciętny polski artysta, dziennikarz, architekt czy fryzjer powinien liczyć na zapomogę na poziomie około 1,6 tys. euro. 7,2 tys. zł. Na trzy miesiące. Nie jest to może fortuna, ale wystarczy na pokrycie czynszu, raty kredytu, składek. Uchroni od bankructwa, od bezdomności, od głodu, od rozpaczy i depresji.

Polski rząd POWINNO BYĆ STAĆ na taki wydatek. Gdyby prowadził odpowiedzialną politykę finansową w ostatnich latach bezprecedensowej koniunktury, mógłby zgromadzić rezerwę budżetową pozwalającą na wypłatę podobnych świadczeń.

Albo mógłby jako wiarygodny kredytobiorca zadłużyć się na rynkach światowych i szybko zdobyć potrzebne pieniądze. Tymczasem rząd PiS, zamiast gromadzić rezerwy na czas nieuchronnego kryzysu, postanowił pójść w budżetową bulimię. Niecały miesiąc temu, w tych zamierzchłych czasach przed epidemią (która już tu była! Na biurku Mateusza Morawieckiego w lutym codziennie lądowały raporty Agencji Wywiadu o nadchodzącym tsunami!), rząd przeznaczył 2 mld zł rocznie na plugawą propagandę w mediach partyjnych: na disco polo, dewocję, Kurskiego, Pereirę, Ogórek, Ziemkiewicza, Rachonia, Ziemca i innych popleczników PiS, typów równych starszym kolegom ze "Stürmera" czy "Radio Television Libre des Mille Collines".

Obecnie cały wysiłek rządu skupia się na umiejętnym przeprowadzeniu rozgrywki politycznej mającej na celu zamach na wolne wybory prezydenckie oraz wprowadzenie tylnymi drzwiami permanentnego stanu wyjątkowego i tym samym konsolidację władzy totalnej na dziesięciolecia. Wenezuela.

Dla Kaczyńskiego obecna tragedia to gwiazdka z nieba, wygrana w totolotka, szansa jedna na milion.

Ten hazardzista o wyraźnych cechach charakteru rozszerzonego samobójcy, zamiast zamknąć się na jakiejś farmie ze swoimi wyznawcami i zażyć tam cyjanek, postanowił utopić kraj we krwi, skazując na śmierć tysiące swoich własnych wyznawców i łapiąc za twarz i za jaja pozostałych. To jest aktualnie cel nadrzędny, strategiczny. Wszystko inne jest albo zasłoną dymną, albo dywersją. Tak, wszyscy Polacy lecą w tym tupolewie. Ta metafora już się zużyła. Pojawia się pytanie o odpowiedzialność oraz pole manewru przypiętego do fotela pasażera. Trudno na nie odpowiedzieć. Siedzenie na czterech literach i przeklinanie pod nosem z pewnością jednak nie pomoże.

* Antoni Komasa-Łazarkiewicz, polski kompozytor.

***
Napisz do nas: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.