Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pewnie nie jestem pierwszym i ostatnim rodzicem chcącym zawołać o POMOC!!! Pięknie brzmią słowa przekazywane przez środki masowego przekazu o statystykach nauczania online. Pięknie wyglądają liczby szkół zaangażowanych w ten nowy dla nas wszystkich obowiązek. Patos wybrzmiewa w głosie ministra, gdy mówi: że to czas samodzielności uczniów, rodziców, nauczycieli...

Pracuję rotacyjnie dzień na dzień. W dzień tzw. pracy w przerwie od obowiązków przeglądam na bieżąco e-dziennik i strony OKE, gdzie udostępniane są arkusze powtórzeniowe do egzaminów (dziękuję, że z rozwiązaniami!). Po studiach pedagogicznych (specjalizacja resocjalizacja) trudno byłoby mi w szybkim tempie powrócić do wiedzy zdobytej 30 lat temu. Oczywiście korzystam z firmowej drukarki, gdyż w domowej nawet nie mam. W dzień wolny również nie zwalniam: na przemian e-mail, e-dziennik... Starszy syn, ósmoklasista, robi oczywiście to samo. Do godziny czternastej boski e-dziennik jest zawieszony, przez co dopiero w późnych godzinach popołudniowych lub wieczornych otrzymujemy wiadomości z materiałem do przerobienia. Z młodszym synem jakoś dajemy radę -

mamy rozpiskę zadań do zrobienia na cały tydzień, więc nie jest źle. A dlaczego? Nauczyciele nie są przygotowani do prowadzenia zajęć online, nie mają stosownych narzędzi, uczniowie i ich rodzice również NIE!

Mimo dostępu do przeróżnych portali społecznościowych w wiadomościach od wychowawców pojawiają się argumenty typu: "na razie nie jest możliwe", "13 nauczycieli uczy 350 uczniów, więc nie dadzą rady". Więc stosujemy nadal metody jak z czasów króla Ćwieczka: temat do zrobienia, termin i... dalej nic. Nie jestem w stanie ogarnąć języka hiszpańskiego, historii, matematyki, angielskiego. Nie potrafię wytłumacz zawiłych zasad gramatyki czy przyczyn i skutków konkretnych wydarzeń historycznych. Po prostu nie jestem w stanie w pełni przekazać dzieciom wiedzy, którą przekazują nauczyciele!

Dlaczego dyrektorzy szkół nie zadbali o nas: o uczniów, rodziców i nauczycieli? W naszej szkole nauczycieli wysyłani są (oczywiście dobrowolnie ) na przeróżne wymiany międzynarodowe. Efekt tego po ich po powrocie jest mizerny: bardziej ambitni zderzają się z szarą rzeczywistością - dyrektor szkoły nie dba o rozwój technologiczny.

Przecież sama miłość do ojczyzny nie wystarczy, aby działać i nadążać za wszelkimi zmianami! Szkoda, że pomysł zdalnych lekcji nie wypalił w naszym kraju.

Smutne jest to, że karmieni jesteśmy nieprawdziwymi informacjami.

Pozdrawiam

Zmęczona matka

PS Zapomniałam dopisać, że pracuję w ośrodku dla samotnych matek z dziećmi. I im też pomagamy drukować, kserować i korzystać z proponowanych usług online. Nie wiem, do kogo mam mieć żal... Do siebie, że nie nadążam za synem? Że też on też nie rozumie, co mówią nauczyciele? No właśnie - nie wiem, czy oni nie potrafią, czy nie chcą. A może powinnam czuć żal do ministrów? Znikąd pomocy, tylko suche polecenia. A przecież chcieć to móc! I tak sobie teraz myślę, po co to wszystko...

Każdy z nas ma tylko jedną szansę na tym świecie. Każdy kolejny rok sprawia, że dystansujemy się od pewnych rzeczy i zadajemy sobie pytanie ,czy warto? Po co? Ale chyba musimy.... Nie dla siebie, tylko dla naszych dzieci.

Pozdrawiam redakcję, Agnieszka

***

Chcesz się podzielić swoimi wrażeniami o zdalnym nauczaniu? Napisz do nas: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.