Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z synem spotykamy się sporadycznie przy ekspresie do kawy, bo każde z nas spędza dzień zamknięte w swoim pokoju - na swoich telezajęciach. Oboje jesteśmy u kresu sił. Na szczęście udało nam się zamówić catering, więc dostajemy wszystkie posiłki w termosach - odpadają wyjścia po zakupy i gotowanie, co daje dodatkowe pół godziny na pracę.

Moi uczniowie najbardziej potrzebują po prostu pobyć razem - zadać pytania o to, co będzie, pożartować i ponarzekać na nudę.

Siedzimy więc na Zoomie także po czasie przewidzianym na lekcje i rozmawiamy, śmiejemy się, pocieszamy. To Warszawa, ale i tak ciągle ktoś wypada z telekonferencji z powodu problemów z internetem.

Część nie ma kamery albo działającego mikrofonu, więc tylko siedzi i słucha, pisząc na czacie komentarze.

Uczniowie w klasie syna spędzają przy komputerze po 15 godzin dziennie, bo tyle mają zadań do wykonania. A wszystkie na ocenę. Grupowo rozgryzają problemy matematyczne czy chemiczne równania. Rozumiem jego nauczycieli - niby trzeba wyjść do dzieci i wsłuchać się w ich potrzeby, ale podstawa programowa nie poczeka. I on, i moi uczniowie za rok będą zdawać egzaminy. Wtedy już (pewnie) nie będzie wirusa, więc będzie obowiązywać 100% materiału - na których realizację w warunkach przeładowanej podstawy programowej marne były szanse nawet w normalnych warunkach.

Wśród moich kolegów nauczycieli są i tacy, którzy w domu nie mają komputera i internetu. Korzystają z nich w miejscu pracy - siedząc w niej często do późnego popołudnia. W domu zajmują się innymi sprawami - taka filozofia work-life balance całkiem mnie przekonuje. Teraz znaleźli się w pewnym kłopocie - szkoła nie zapewnia sprzętu „na wynos”, a bez tego trudno pracować online.

Prywatnie wspieram samotną mamę z czwórką dzieci, z których jedno jest w przedszkolu, pozostałe w szkole (8, 10 i 12 lat). Jeśli chodzi o domowy sprzęt elektroniczny, rodzina dysponuje jednym (!) telefonem na 5 osób. Podrzucam im numery zadań do wykonania, które dostaję mailowo ze szkoły, nie są jednak w stanie pracować sami.

A ich mama, która skończyła tylko kilka klas podstawówki, pomóc nie może. Ale to w sumie żaden problem, bo i tak nie ma mowy o żadnej edukacji domowej. Najważniejsza teraz kwestia to zorganizowanie obiadu w sytuacji, kiedy nie działają przedszkolna i szkolna stołówka, w których dzieci jedzą bezpłatne posiłki.

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego dyrektorzy szkół, zamiast wreszcie powiedzieć NIE, połączyć siły, pójść do mediów, póki jeszcze są takie, do których pójść można, wypełniają te wszystkie idiotyczne zalecenia, raportują gotowość (kosztem nauczycieli, rodziców i dzieci), są gotowi do przyjęcia każdego zadania. A jednocześnie biorą na klatę wszystkie frustracje rodziców.

Dobrze, że zajęliście się tematem - trzeba o tym mówić jak najgłośniej, bo samozadowolenie ministra i premiera nie sprawi, że ta partyzantka się uda - stracą wszyscy: nauczyciele, dyrektorowie, rodzice, a najbardziej uczniowie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.