Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem mamą dwójki nastolatków (każde z nich jest w pierwszej klasie liceum ogólnokształcącego), jednego po gimnazjum, drugiego po podstawówce. Jesteśmy więc pełnym pokłosiem reformy edukacji. Na całe szczęście dzieci uczą się bardzo dobrze, do tej pory nie było żadnych problemów. Niestety, obserwując je  obecnie, jestem pełna współczucia. Ze względu na to, co ich spotkało: totalny chaos informacyjny, brak sprzętu w szkołach, brak wyszkolonej kadry z zakresu e-learningu. A na końcu brak internetu w miejscu, w którym mieszkamy. Musieliśmy nagle zmieniać pakiet i operatora, co wiąże się z dodatkowymi kosztami, dokupić córce laptopa. Wcześniej mieliśmy tylko jeden. I tak jestem szczęściarą - mam służbowy laptop do pracy zdalnej. W przeciwnym razie trzeba byłoby kupić dwa komputery.

Szkoła syna zaoferowała uczniom i nauczycielom jedno narzędzie do pracy zdalnej. Szkoła córki dziś o godzinie 6.52 poinformowała, że uczniowie będą się uczyli za pośrednictwem wszelkich możliwych programów: Zoom, Skype, Messenger itd. Trzeba było na szybko ściągać i instalować brakujące, żeby potem w ciągu dnia przechodzić z programu na program, co tylko komu w duszy zagra... Starszej daty nauczyciele, którzy nie są za pan brat z technologiami tego typu, standardowo zadali temat, prezentację do przygotowania, materiał do przeczytania, film do obejrzenia i to jest w miarę OK. Problem w tym, że bez jakiegokolwiek wyczucia ilości wszyscy chcą na już i szybko. A gdy córka zrobiła już i na szybko, pani z niedowierzaniem zapytała: "Sama to robiłaś?". Córka się poddała...

Lekcja chóralnego śpiewu, gdy nie można było się połączyć równocześnie, jest pomyłką. Lekcja WF u syna - śmiechy, kiedy chłopaki przed monitorem robią pajacyki i deseczki. Religia? Ksiądz zadał półtoragodzinny film do obejrzenia i napisanie recenzji. Jak to się ma do realnego czasu lekcji?

Chciałabym powiedzieć, że super i można to wszystko zorganizować. Niestety, nasz polski system kształcenia jest starodawny, zupełnie nieprzystosowany do realiów nowoczesnego świata. Owszem, dzieciaki są bardziej od nas biegłe w technologiach, ale nie da się tego przenieść do szkolnictwa.

Wspominam, jak pięknie prowadzane były szkolenia dla nauczycieli ze środków unijnych, doposażanie szkół ze środków unijnych... Tylko co z tego, jeżeli program nauczania tylko w nieznacznym stopniu wykorzystuje nowoczesną technologię i tylko na niektórych przedmiotach.

W dużej mierze te wszystkie szkolenia europejskie i programy o dumnie brzmiących nazwach służyły wyciąganiu unijnych pieniędzy. Z pełną świadomością, że i tak wrócimy do "po staremu".

Zapytałam dziś syna na koniec dnia o jego wrażenia. Usłyszałam: "Super. Tak mogłoby być pod jednym warunkiem, gdybyśmy wszyscy mieli superdobry sprzęt i internet". Jego lekcje odbywały się zgodnie z planem, tylko zapomniał zrobić sobie kanapek do szkoły. I nie starczyło czasu na zjedzenie śniadania w przerwach. Jutro już zrobi.

Szanowni Państwo, gruntowna, mądra reforma szkolnictwa to wprowadzenie nowej perspektywy nauczania, z wykorzystaniem nowoczesnych metod nauczania, w połączeniu z technologią. Ale na to trzeba czasu. Mam poczucie zmarnowanych lat i mnóstwa unijnych środków. To wszystko mogło być przeznaczone właśnie na to, żebyśmy my - rodzice i nauczyciele - dziś nie byli tak zaskoczeni.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.