Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszę jako wyborca do innych wyborców. Jako obywatel do pozostałych obywateli. I jako osoba świadoma - do polityków i publicystów, którzy przywołując ideę mitycznego, „przeciętnego” Polaka, kierują się raczej swoimi wyobrażeniami niż autentycznym słuchem społecznym.

Jakkolwiek starałbym się uczynić swoją egzystencję wyjątkową, jestem takim właśnie przeciętnym członkiem naszej wspólnoty. Mam skończone 40 lat. Pracuję jako specjalista w dużej, prywatnej firmie. Mnóstwo zawodowego czasu spędzam z moimi współpracownikami, którzy choć pełnią podobne funkcje, pochodzą z różnych środowisk i stron naszego kraju. W sposób naturalny wymieniamy się poglądami, odczuciami i dzielimy doświadczeniami.

Mam także „typową” rodzinę - żonę i dwoje dzieci. Kilka lat temu przeprowadziłem się z Warszawy do jednej z podstołecznych miejscowości, co wiązało się z koniecznością zaciągnięcia kredytu. Można uznać, że fakt ten czyni moją sytuację dodatkowo reprezentatywną społecznie.

Jako więc „normatywny” przedstawiciel narodu chciałbym z niszy swej przeciętności stanowczo zaprotestować przeciw często powtarzanym twierdzeniom, jakoby osób mojego pokolenia nie interesowały sprawy publiczne, polityczne i dotyczące ogólnie pojętego dobra wspólnego. Z ust rozmaitych komentatorów nieraz słyszę stwierdzenia, że zajmujemy się głównie swoją karierą czy jakkolwiek pojmowanym indywidualnym szczęściem. Owszem, te sprawy są istotne, zwłaszcza w generacji 40+, która w mojej ocenie miała szczególnie ciężki start. Stanowczo muszę jednak podkreślić, że jesteśmy - w mojej opinii w większości - głęboko przejęci tym, co się w ciągu ostatnich czterech lat z naszą ojczyzną działo.

PiSmuta

Nieprzyjemne przeczucie tego, co może nastąpić, ogarnęło nas po wyborach prezydenckich 2015 r. Dotąd bowiem, przez 26 lat stopniowego postępu przebiegającego nie bez błędów i ewolucyjnych „ślepych uliczek”, trwaliśmy w przekonaniu, że - mówiąc kolokwialnie - idzie ku dobremu.

Wybory parlamentarne przyniosły dojmującą pewność, że oto z trudem wypracowywany ustrojowy ład ulega rozpadowi. Niespodziewana utrata poczucia bezpieczeństwa polegała na uświadomieniu sobie, że proces rozwoju naszego kraju nie zmierza już w pozytywnym kierunku.

W trakcie czterech lat rządów obecnej ekipy nasze przerażenie tylko się pogłębiało, mieszając się na przemian z niedowierzaniem i oburzeniem. 

Dyskomfort związany z fatalnym stylem sprawowania władzy był przez ten okres naprawdę trudny do zniesienia. Wiązał się z codzienną koniecznością przyswajania złych lub bardzo złych informacji, których kumulacje wywoływały mniejsze lub większe erupcje naszego niezadowolenia. Kanalizowało się ono na manifestacjach i marszach, których szczególne nasilenie przypadło na lata 2016-17.

Fakt, że skłonność do demonstrowania z czasem spadła, nie jest jednak - jak wynika z moich obserwacji - skutkiem rezygnacji i bezsilnej zgody na zastaną sytuację. Aktywność ludzi miała po prostu swój konkretny dziejowy moment, a przez ostatnie dwa lata cała społeczna emocja skupiła się na czekaniu na wybory do parlamentu.

Nareszcie nadchodzi ta chwila. Ile razy w ciągu tych czterech przykrych lat pytaliśmy się siebie, czasem retorycznie, a czasem ze zwykłej niecierpliwości: kiedy będą wybory?!

Znamienne, że nikt z mojego otoczenia nigdy nie spytał, na kogo ma głosować. Nie jest to dylemat tegorocznej elekcji. Emocje i opinie są skrystalizowane, a karty rozdane. Pytanie tylko, ilu graczy po każdej ze stron w to rozdanie wejdzie.

Pozostaje więc jedynie kwestia mobilizacji, od niej zależy, jaką rzeczywistość zastaniemy po 13 października. Mobilizacja zależy z kolei od świadomości konsekwencji nadchodzących wyborów. Warto zatem uprzytomnić sobie, z czym n a p r a w d ę mamy do czynienia.

Infancynizm

Te cztery lata zostały przez ekspertów i publicystów na rozmaite sposoby podsumowane w "Czarnych księgach" i innych rachunkach krzywd wystawianych rządzącym. Unikając powtarzania ich mrówczej pracy, można jednak spróbować wyprowadzić pewien ogólny wzór opisujący zjawiska, które w naszym kraju zaszły.

Do tego celu stworzyłem na swój użytek pojęcie „infancynizmu”, a więc połączenia infantylizmu z cynizmem. Opisuje ono moim zdaniem całokształt sposobu rządzenia obecnej ekipy.

Infantylizm to fenomen, który za pierwszych rządów PiS (2005-07) był jedynie powodem do obciachu, wszelako obecnie uległ takiemu zwielokrotnieniu, że aż trudno uwierzyć, iż ludzie tworzący tę formację uzyskali kiedyś dyplomy dojrzałości. Wydaje się wręcz, że na psychicznej niedojrzałości partia ta opiera negatywną selekcję osób ją zasilających. Osoby dojrzałe lub te, które dojrzały z czasem, dawno już ją opuściły.

Uosobieniem „mentalnego dziecięctwa” jest w pierwszej kolejności prezydent Andrzej Duda z jego żarliwością przerośniętego skauta, poddańczą zależnością od władz partii i całą towarzyszącą temu przesadną ekspresją.

Próbując wyliczyć przykłady osobowości niedojrzałych z pierwszego rzędu PiS-owskich ław, można by zapełnić cały numer kwartalnika, wspomnę więc tylko kilka najbardziej jaskrawych: premier Morawiecki, wicepremierzy Gowin i Gliński, ministrowie Zieliński i Suski, marszałek Kuchciński czy ostatnio tak „popularny” prezes NIK Banaś. Z lubością graniczącą z masochizmem wymieniać można ich dziecinne wpadki.

Infantylizm nie jest jednak tylko właściwością osób tworzących tę formację. To przede wszystkim bardzo precyzyjny zamysł rządzenia, polegający na stymulowaniu takich emocji, które wydobywają infantylne cechy ego obywateli z całą inżynierią społeczną mającą temu celowi służyć.

Zmiana podstawy programowej w szkole czy organizowanie dętych patriotyczno-bogoojczyźnianych imprez z udziałem grup rekonstrukcyjnych głoszących chwałę polskiego oręża i poświęcenia to właśnie narzędzia jego osiągania.

Podobnie jak psucie teatrów, muzeów i ośrodków kultury. Z tych samych powodów władza idzie pod rękę z najmniej oświeconą częścią Kościoła katolickiego i kopie dołki pod organizacjami pozarządowymi oraz samorządami.

Samo określenie „samorząd” jest dla niej drażniące, bo jak ktoś miałby się sam rządzić? Przecież dzieci nie powinny o sobie decydować.

Populistyczna niedojrzałość

Rządzący grają więc na emocjach pseudopatriotyczne utwory, wykorzystując zbiorową skłonność do megalomanii i narodowe kompleksy. Jednocześnie wynajdują alternatywnych bohaterów i stopniowo wpływają na zmianę „świadomości historycznej” Polaków, zastępując niezbędny w prawidłowym poznaniu relatywizm historiozoficzną mitologią.

Wtłaczają nam ideę Polaka jako etnicznie nieskalanego, szlachetnego sarmaty, nieugiętego bojownika słusznych spraw i zarazem ofiary knowań podstępnych sąsiadów. Do tego nadzwyczajne przywiązanie do tradycji ściśle połączonej z obrzędowością katolicką daje wyobrażonemu Polakowi w każdej sytuacji moralną przewagę. Polak z imaginarium obecnej władzy nigdy nie był nieświadomym narodowo chłopem, któremu wszystko jedno, kto go uciska, ani tępym, żerującym na niewolniczym wyzysku feudałem, a już na pewno nie żydowskim przechrztą lub potomkiem niemieckich osadników.

Heroicznym ucieleśnieniem dziecinnej wizji prawdziwego Polaka stali się "żołnierze wyklęci". Wpisany w ich dzieje bunt i antysystemowość doskonale współgrają z rewolucyjnym zapędem rządzących dążących do ustrojowego przewrotu.

Z kolei brutalność, bezwzględność i dywersyjny charakter działań nowych bohaterów stały się pożywką kiboli i nacjonalistycznych zadymiarzy.

Tak oto „wściekły patriotyzm” pożeniony z bandytyzmem znalazł naturalnego sprzymierzeńca w obecnej władzy, która dała mu sankcję oficjalnego zaistnienia. 

Indywidualna niedojrzałość wyraża się niechęcią do przyjęcia odpowiedzialności za swoje życiowe wybory, brakiem myślenia krytycznego i autorefleksji.

Dwie najważniejsze instytucje powołane do pomocy w formowaniu dojrzałego człowieka - szkoła i Kościół - robią coś przeciwnego. To tam nabywamy skłonności do obarczania winą otoczenia za nasze porażki (a częściej - zaniechania), to tam wpajany jest nam bezkrytyczny szacunek do autorytetów, a nasz wewnętrzny kompas ulega rozmagnesowaniu.

Infantylizm to doskonała pożywka dla cwaniactwa i manipulacji, które w wymiarze politycznym charakteryzują wszelkie formy populizmu. Myślę, że nasilenie popularności ruchów populistycznych w ciągu ostatnich lat, również w Polsce, wiąże się z promocją mentalnego zdziecinnienia, jakie jest wynikiem nie tylko słabości edukacji, ale generalnie niskiego poziomu oferty kulturowej (np. rozrywki telewizyjnej) oraz pojawieniem się mediów społecznościowych, które niejako konserwują larwalne stadia psychicznego rozwoju. W Polsce dodatkowo dochodzi czynnik propagującego się w kolejnych pokoleniach kulturowego wykorzenienia i związanej z nim postępującej prymitywizacji.

Na to nakłada się ogólne przebodźcowanie i przytłoczenie informacjami (które z racji zapotrzebowania medialnego są najczęściej złe), wrażenie coraz większego skomplikowania otaczającego świata i - nie na końcu - rzeczywiste megatrendy, którym wszyscy podlegają lub których się obawiają. Docierające wiadomości o imigrantach, kryzysach finansowych, klimatycznych katastrofach czy zmianach obyczajowych wywołują lęk, na który jedni reagują wyparciem, inni zaś potrzebą uproszczenia i szybkiego znalezienia przyczyn tych zjawisk.

Pogarda dla wiedzy

Infantylizm jest z całą bezwzględnością wykorzystywany przez cyników. To ci mniej eksponowani, choć oczywiście kluczowi politycy, którzy w rządzącej partii pociągają za sznurki. Oprócz samego Prezesa do naczelnych cyników zaliczam ludzi takich jak Adam Bielan, Jacek Kurski, Mariusz Kamiński czy Joachim Brudziński, bardzo inteligentni spin doktorzy „dobrej zmiany”. To oni stoją za złowieszczym planem psucia państwa i utrzymania władzy.

Najbardziej oczywiste narzędzia, którymi posługują się do osiągania swoich celów, to kłamstwo, manipulacja i propaganda. Zdumiewające jest, z jaką łatwością udało się im trafić z hasłami o „zamachu smoleńskim” czy „Polsce w ruinie”, z których to ostatnie okazało się notabene zapowiedzią programową, a nie diagnozą stanu rzeczy.

Infancynizm PiS wyraża się w czymś zupełnie nowym w życiu politycznym RP po 1989 roku: w działaniu ze złej woli i pogardzie dla obywatela. Pozorna troska o lud skrywa bowiem właśnie pogardę, która wybija z większości działań tej partii, z programem 500+ na czele. Przemawia za tym choćby sposób wdrażania tego programu, kłamliwie reklamowanego jako prodemograficzny i nieuwzględniającego np. sytuacji matek samotnie wychowujących jedno dziecko.

Pogarda zarówno dla wiedzy eksperckiej, jak i emocji obywateli była wyrażana w trakcie trwania rządów tej formacji właściwie na każdym kroku, począwszy od masowej wycinki drzew, poprzez zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego i zamach na sądy, łamanie konstytucji i traktowanie osób niepełnosprawnych w Sejmie, na skarleniu polityki zagranicznej oraz deformie edukacji i fatalnej sytuacji służby zdrowia kończąc.

Skutki tej polityki mają wymierne odzwierciedlenie w danych GUS świadczących o realnym pogorszeniu jakości życia: wzroście spożycia alkoholu i spadku średniej długości życia Polaków.

Rezultatem „selekcji na infantylizm” jest przerażający brak w otoczeniu PiS fachowych kadr.

Musiało to dać efekt w postaci erupcji niewiarygodnej wprost niekompetencji niemal w każdej dziedzinie. Zarządzanie stadniną w Janowie Podlaskim to wystarczający przykład braku profesjonalizmu z początku rządów tej partii.

Można się śmiać z licznych wpadek ekipy Kaczyńskiego. W oczy bije jej ogólna niesprawność zarówno jeśli chodzi o sposób działania, jak i komunikowania się z opinią publiczną.

Postępujemy jednak coraz bardziej w niebezpiecznym kierunku państwa mafijnego, oligarchicznego i autorytarnego (bo opartego na autorytecie jednego człowieka - szefa rządzącej partii).

Ostatecznie, chodzi o utrzymanie władzy wyobrażonej jako powrót do silnie scentralizowanego państwa socjalnego wzorowanego na PRL, o sankcjonowanej odgórnie obyczajowości narodowo-katolickiej, opartego na kontroli obywateli poprzez resorty siłowe i służby. Pomagać ma w tym zarządzanie przez konflikt społeczny i idea wroga (imigranci, środowiska LGBT, samorządowcy niezwiązani z PiS etc.), a także transfery socjalne.

Brak poszanowania dla trójpodziału władzy, procedur, instytucji i ciągłości ich działania musi skutkować nie tylko odejściem od liberalnej demokracji, ale też po prostu chaosem, którego świadkami powoli się stajemy.

Kraj dojrzałych ludzi

Tegoroczne wybory nie są powtarzającym się w każdej czterolatce, związanym z mniejszymi lub większymi emocjami, rytuałem.

Moim zdaniem rację mają ci z komentatorów, którzy interpretują obecny czas jako starcie cywilizacyjne, które na długo może ustalić porządek (czy raczej nieporządek) polityczny i społeczny naszego kraju.

Dlatego z całą mocą namawiam wszystkich „szarych obywateli”, „zwykłych ludzi” oraz „przeciętnych wyborców” - idźcie na wybory.

Głosujcie na tych spośród kandydatów opozycji, którzy wydają się wam najlepsi. Nie dopuśćmy do dalszej destrukcji państwa prawa i nie odbierajmy sobie szansy na życie w kraju, w którym to obywatele czują się odpowiedzialni za siebie i za wspólnotę, którą tworzą. Nie zależy nam na państwie, które kontroluje wszystkie dziedziny naszej egzystencji.

Dość już zmarnowaliśmy czasu i zasobów na bezsilny gniew i narzekanie. Przekierujmy nareszcie tę energię i zajmijmy się ważnymi wyzwaniami. Wystarczy wymienić trzy obszary, od których zależy jakość życia nasza i naszych dzieci: ochrona środowiska, służba zdrowia i edukacja.

Nie przekonujmy nikogo, że mamy rację. Po prostu zmobilizujmy się i pokażmy, że to jest kraj d o j r z a ł y c h ludzi.

A że po wygranych wyborach trudna większość wymusi konieczność dogadania się różnych opcji politycznych? To najlepsze, co mogłoby się nam obecnie zdarzyć. Po doświadczeniu rządów jednej partii (bo w realność prawicowej koalicji nikt chyba nie wierzy) widać, jaką wartością jest kompromis i równoważenie sił w zarządzaniu państwem.

Dlatego przed nadchodzącymi wyborami życzę wszystkim nam: wybierzmy dojrzale!

*****

Wyborcza to Wy: piszcie listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.