Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W reakcji na newsletter LGBT+ oraz w odpowiedzi na opublikowane dziś oświadczenie Pani Prezydent Aleksandry Dulkiewicz oraz jako uczestnik Marszu Równości chciałam za pośrednictwem Państwa Redakcji przesłać list otwarty do Pani Prezydent Gdańska. 

Czuję się oszukana! 

Czuję się oszukana. Dokładnie tak samo jak Pani Prezydent Aleksandra Dulkiewicz. Uwierzyłam, że idąc z nami w Marszu Równości, będzie Pani reprezentowała faktycznie wszystkich. Że nie pozwoli się szantażować ludziom, którzy na tęczowe marsze chodzą wyłącznie po to, aby obrzucać jajkami (w najlepszym przypadku) i jadowitymi wyzwiskami – mizoginom, którzy roszczą sobie prawo do ocen moralnych i publicznie wyzywają Panią Prezydent od „żałosnych idiotek”. Uwierzyłam, że w pierwszej kolejności jest Pani urzędnikiem publicznym, a nie katolickim, i będzie reprezentować każdego z nas: zarówno ludzi wierzących, jak i ateistów, osoby heteronormatywne i te o innej orientacji, tak samo tych „z prawa” i tych „z lewa”. Uwierzyłam, że tego dnia razem nie wykluczamy nikogo.


Czuję się oszukana, bo żyję w kraju, w którym nie trzeba wiele, by ktoś się obraził: tęcza, kolorowa madonna, nieklękanie w kościele, „dzień dobry panu” zamiast „niech będzie pochwalony”, maraton sportowy w niedzielę obok kościoła, brak miejsca parkingowego przed szkołą dla księdza proboszcza, tęczowa aureola. O tak trudnym w odbiorze i w zrozumieniu performance z waginą-sercem, gdzie sztuka łączy (tak jak powinna) sferę sacrum i profanum szkoda wspominać – uczymy się w szkole „na blachę” dukać paciorki, a nie filozofii czy sztuki. Ludzie tacy jak ja, którzy w tym kraju posyłają swoje dzieci do teoretycznie publicznych i świeckich miejsc, codziennie z przerażeniem muszą mierzyć się z faktem, że ich latorośl będzie patrzyła przez wiele godzin na półnagiego, ociekającego krwią faceta przybitego do krzyża. Ale „broń Boże”, żeby przez sekundę to było serce-wagina czy tęczowa aureola. Równolegle do straszenia piekłem szkoła zorganizuje dzieciom akcję „stop przemocy”, a potem te same dzieci wyjdą przed szkołę i zobaczą antyaborcyjny billboard lub samochód z gigantycznym zdjęciem nagiego (czy to aby już nie pornografia?) płodu na plandece auta.

Czuję się oszukana, bo jeśli się tylko upomnę o zdjęcie krzyża ze ściany, jeśli się zapytam, czemu wszystkie dzieci nie mają lekcji w trakcie rekolekcji, jeśli nie zgodzę się na mszę z okazji rozpoczęcia/otwarcia czegokolwiek, to ja będę tą, która obraża. Gdyby wyznawca innej religii chciał reagować proporcjonalnie do reakcji obrażających się na każdym kroku polskich katolików, to musiałby demolować zamrażarki z wieprzowiną w Biedronce albo będąc np. pastafarianinem, oskarżyć o profanację każdą osobę używającą durszlaka inaczej niż jako nakrycia głowy. A tymczasem Włoch-katolik idzie na stadion w koszulce z podobizną swojego sportowego bohatera ozdobionego złotą aureolą i napisem „santo subito” i nikomu do głowy nie przyjdzie, że w ten sposób chce obrazić papieża, znieważyć Kościół katolicki czy jego wyznawców. Na nasze stadiony można co najwyżej bezkarnie wkroczyć z dumnymi hasłami nienawiści, antysemityzmu i homofobii.

 Z jakiego powodu mam chronić cudze uczucia religijne, gdy wszystkie moje uczucia są deptane?

Czuję się oszukana, Szanowna Pani. Z jakiego powodu mam chronić cudze uczucia religijne, gdy wszystkie moje uczucia są deptane? Wyznanie to prywatna sfera – w przeciwieństwie do praw człowieka. Czy ja się wpraszam komuś do kościoła i go zakrzykuję w trakcie kazania, że jest „żałosnym idiotą”, bo wierzy w jakąś kiepską fikcję o nazwie Biblia? Nie, to o mnie proboszcz z Jabłonny napisze na grobie pańskim „wspieranie LGBT” jak o grzechu głównym – ustawi w jednym rzędzie ze złodziejami i mordercami. Parafrazując mojego „ulubionego filozofa” i „modelowego pacyfistę” Joachima Brudzińskiego, czuję się bardzo agresywną aktywistką. Agresywnie (a więc w sposób uporczywy) domagam się uznania praw do tworzenia i komentowania, kochania i maszerowania w przestrzeni publicznej – równościowo, czyli tak samo jak mogą to robić osoby religijne.
Nie obrażają mnie przydrożne krzyże, kapliczki i święte dla katolików obrazy – tak samo jak nie obraża mnie wizerunek Buddy na ścianie w tybetańskiej knajpie. Nie obrażam się na widok kiepskich pomników papieża Polaka poustawianych na każdym kroku ani nawet na to, że jest w podręczniku mojego dziecka nazywany „naszym papieżem” – jakby samo przez się rozumiało, że każdy Polak to katolik.

Mam w sobie bardzo wiele uczuć: miłości, złości, współczucia, frustracji, empatii, ale żadne z nich nie jest chronione przez moje własne państwo. Moje świeckie (teoretycznie) państwo chroni wyłącznie uczucia religijne. Tych niestety nie posiadam. Czy mój ich brak moja ojczyzna też obroni? Jeżeli ktoś w tym kraju rozumie, czym jest wykluczenie, dyskryminacja i ma prawo się czuć obrażanym i wyśmiewanym na każdym kroku, to są to wszystkie osoby stojące poza wiarą i nauką Kościoła katolickiego.

Byłam na Marszu Równości razem z Panią Prezydent i moimi tęczowymi przyjaciółmi. Nie pamiętam nic oprócz świetnej atmosfery, cudownej pogody, uśmiechniętych i życzliwych ludzi. Wspieram ich, kiedy tylko mogę i jak potrafię: słowem, pracą, życzliwością. Pamiętam też tęczowe miasteczko (nie wiem, czy tam Pani dotarła), do którego wszyscy przyszli świętować po paradzie. Do stoiska, które obsługiwałam, podchodziły 14-,15-letnie dziewczynki przebrane za kolorowe jednorożce i brokatowe wróżki z prośbą o tęczowy, zmywalny tatuaż naklejkę. I podciągały rękawy, i pokazywały mi swoje ręce, a ja nie mogłam na nich znaleźć gładkiej powierzchni bez blizn czy strupów, żeby naklejka się trzymała – tak bardzo miały pocięte przeguby i przedramiona. I ten obraz powinien być dla każdego katolika, chrześcijanina, dobrego człowieka sto razy straszniejszy niż wagina i serce w koronie. I kolorowe wstążki, i tęczowe aureole, i książki z Harrym Potterem.

Nawet po najgorszych burzach na niebo zawsze wychodzi tęcza

Jeśli czasem zastanawia się Pani, gdzie potem trafiają takie tnące się dziewczynki, które wyczekują Marszu Równości jak zbawienia - tego jedynego dla nich w roku dnia równości, tolerancji i akceptacji wśród życzliwych im osób - to opowiem Pani, jak ostatnio razem z mężem i córką staliśmy z naszymi tęczowymi przyjaciółmi w milczeniu na moście Łazienkowskim, aby w ciszy i skupieniu uczcić pamięć aktywistki LGBT+, która kilka tygodni wcześniej skoczyła z tego mostu, popełniając samobójstwo.
Tego dnia chciałam pokazać mojemu dziecku, że pomimo żałoby i bezsilności, jakie towarzyszyły tamtym okolicznościom, zawsze - nawet po najgorszych burzach - na niebo wychodzi tęcza, że nawet z największej rozpaczy można wynieść dobro i miłość. I tak było do momentu, aż urażony i dumny pijany mężczyzna (tym razem bez orła na piersi) postanowił podrzeć tęczową flagę, popchnąć dziecko na barierki mostu, zwyzywać stojące obok osoby, a mijający nas w rozpędzonych samochodach ludzie zwalniali i opuszczali szyby: by móc popatrzeć lub przyłączyć się do bluzgów... Czuję się oszukana, Pani Prezydent. Ale dla moich uczuć nie ma w tym kraju paragrafu.

Gabriela Lazarek: Dobrze, że przegraliśmy teraz. Czas na zmiany

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.