Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szanowny Panie Prezesie,

jakie jest moje zdanie na temat dzisiejszej działalności IPN, może się Pan domyślać. Podobnie jak inni, znacznie bardziej kompetentni ludzie, badacze, historycy, miałem wątpliwości tyczące samego charakteru instytutu. Mego moralnego sprzeciwu nie mogło nie budzić połączenie w jednej instytucji funkcji badawczej i prokuratorskiej. Ale mimo to doceniałem działania IPN, gdy kierował nim prawy człowiek i uczciwy badacz, profesor Leon Kieres. Wątpliwości poczęły rosnąć za dyrekcji śp. prezesa Janusza Kurtyki, ale urosły do poziomu kategorycznego sprzeciwu, gdy to Pan objął kierownictwo, Dziś wiem, że per saldo - przy niektórych, nielicznych, wartościowych działaniach - IPN jest niewiarygodnym szkodnikiem. Działa – służąc kłamstwu.

Otóż, gdy usłyszałem ostatnio Pana publiczną wypowiedź na temat zbrodni w Jedwabnem, wstrząsnęło mną oburzenie. Nie wiem i pewno nigdy się nie dowiem, czy jest Pan najzwyklejszym oportunistą, dla którego prawda nie istnieje, i dla stanowiska (i pożal się Boże kariery) gotów Pan jest wypowiedzieć bądź zaakceptować wszelkie kłamstwo czy też, jakimś cudem, istnieje w Panu jakaś mentalna paralaksa, rodzaj ułomności, która pozwala Panu czytać fakty nie takimi, jakie są, ale takimi, jakimi chciałby Pan je widzieć. Bo wszak nie można negować rzeczywistości, Panie Prezesie.

To Polacy, sąsiedzi, nie żadni Niemcy, spalili Żydów w stodole w Jedwabnem. I to Polacy dokonali wielu innych mordów na Żydach. To Polacy denuncjowali innych Polaków, tych szlachetnych, którzy ukrywali Żydów. Przecież Ulmowie i setki im podobnych nie zginęliby, gdyby nie polscy sąsiedzi. Znam ludzi żyjących w małych miejscowościach, którzy d o d z i ś wolą się nie przyznawać, że ich rodzice czy dziadkowie ukrywali w czasie wojny Żydów (pomyśleć, po upływie kilkudziesięciu lat!).

Sam noszę w pamięci niezatarte wspomnienie owej niezwykłej Wielkanocy '43 roku w Warszawie. Byłem wtedy dzieckiem. Piękna pogoda. Spacer z mamą w Al. Ujazdowskich, normalne życie dokoła i tylko wielki ciemny słup dymu wznoszący się w środku miasta. A potem pobliże tego słupa dymu. Szliśmy z wizytą do znajomych, na śniadanie wielkanocne. I nagle zobaczyliśmy ścianę ognia. Znajomi mieszkali na ulicy Tłomackie, tuż przy murze płonącego getta. Staliśmy z mamą jak sparaliżowani.

Dwóch młodych pięknych blondynów w czarnych mundurach z zawiniętymi rękawami (byli to najpewniej tzw. szaulisi, łotewscy esesmani) strzelało seriami w tę ścianę ognia do skaczących w ogień ludzi. Gestem jeden z nich dał znak, że mamy zniknąć. Po chwili siedzieliśmy przy stole suto zastawionym i dzieliliśmy się jajkiem, życząc sobie nawzajem rychłego końca wojny.

A potem gromkim głosem zebrani zaśpiewali: „Wesoły nam dzień dziś nastał… (...). Tego dnia Chrystus zmartwychwstał, Alleluja…”. No, a jeszcze potem usłyszałem perorę jednego z gości, pana inżyniera. Mówił, że „co jak co, ale za to, że załatwił sprawę z Żydami, to powinniśmy być Hitlerowi wdzięczni”.

Kilka miesięcy później wszyscy uczestnicy tej biesiady, poza mną i mamą, bo my mieszkaliśmy na Pradze, zginęli w Powstaniu. Ów pan inżynier też. Zdaje się, że był dowódcą oddziału powstańczego.

No i co Pan na to, Szanowny Prezesie? Czy nie należy nazwać głupotą żądania premiera Morawieckiego, by w Yad Vashem posadzić wielkie drzewo w podzięce całemu polskiemu narodowi za ratowanie Żydów podczas wojny, jak to posadzone w podzięce Duńczykom?

W Danii było niewielu Żydów i, co ważne, za ich ukrywanie nie karano śmiercią. Ale prawda jest taka, że Duńczycy, prawie wszyscy, na znak solidarności z sąsiadami założyli opaski z gwiazdą Dawida.
Niebawem zresztą wywieźli niemal wszystkich swoich Żydów, przeprawiając się na małych statkach i łodziach pod osłoną nocy, do sąsiedniej neutralnej Szwecji. Nie znam wypadku, aby jakiś Polak czy grupa Polaków przywdziali na znak solidarności opaski oznakowujące Żydów. A fakt, bezsporny zresztą, że Ukraińcy, Litwini, Łotysze i pewno inne jeszcze narody, bywało, że znacznie okrutniej od nas obchodzili się z Żydami i nic lub niewiele robią do dziś, by doznać „oczyszczenia”, świadczy o nich źle. I tyle.

O nas głośne uroczystości, przed laty, w Jedwabnem świadczą dobrze. Że potrafimy zachować się jak naród świadomy i dojrzały. Obozy zagłady na terenie Polski były niemieckie. I nikt o zdrowych zmysłach i jakiej takiej wiedzy temu nie zaprzeczy. A już z pewnością Niemcy tego nie zrobią.

Ale mądry człowiek, a bywają tacy, jak Zofia Nałkowska, która nazajutrz po wojnie potrafiła podsumować potworne doświadczenia XX wieku jednym zdaniem: To „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Bo też strasznych rzeczy o nas ludziach, o naturze człowieczej, dowiedzieliśmy się w tamtych latach.

Zachęcam do przeczytania moich paru słów, które opublikowano tu o „wyklętych”. Ten mój list otwarty „Do pisowskich kreatorów skłamanej historii mojej ojczyzny” w szczególny sposób Pana też dotyczy. Chociaż do napisania go sprowokowały mnie haniebna wypowiedź wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego i zapamiętany sprzed paru miesięcy karygodny wyraz hołdu złożony przez premiera Morawieckiego przy grobach niesławnej pamięci żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej NSZ na cmentarzu pod Monachium.
Ponieważ nie mogę być pewny, czy Pan ten list przeczyta, chcę Pana namówić do lektury.

*Stanisław Brejdygant - ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg.

*****

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.