Wyobraźcie sobie pracę dla idei, czasem za darmo i w totalnym chaosie?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Drodzy Nauczyciele, jak wygląda Wasz dzień w pracy? W szkole i w domu, bo przecież tam też dużo pracujecie. Ile godzin poświęcacie pracy, jakie dostajecie za to wynagrodzenie? Co lubicie najbardziej w swoim zawodzie, a co chcielibyście natychmiast zmienić? Pokażcie nam prawdziwy dzień nauczyciela, dzień z Waszego życia, opiszcie go przed strajkiem. Każdy nauczyciel, który podzieli się z nami swoim doświadczeniami (adres: listy@wyborcza.pl), a jego list zostanie przez nas opublikowany, dostanie roczną prenumeratę cyfrową „Wyborczej”.

***

W kultowej polskiej komedii – "Koglu-moglu 2" – babcia Wolańska, letniczka goszcząca w domu Solskich, pyta panią domu, gdzie jest łazienka. Solska odpowiada:

„ – Łazienka jest, a co ma nie być. Ale z toalety skorzystać nie można, bo silnik się zepsuł i woda nie dochodzi...

– To po co komu taka łazienka?

– Jak to, żeby ludzie gadali, że Solskiej na łazienkę nie stać?”.

Przytaczam ten cytat, ponieważ w doskonały sposób opisuje on to, jak wygląda polskie szkolnictwo. Ale po kolei.

Jestem nauczycielem kontraktowym. Dopiero, chociaż mam już 35 lat. Skończyłam filologię polską i przez trzy lata pracowałam w liceum. Niestety trafiłam na niż demograficzny i jako ostatnia zatrudniona polonistka pracę straciłam. Nie było wtedy szans na znalezienie godzin w innej szkole. Posłuchałam więc rady wielu krytyków nauczycieli i znalazłam „inną” pracę. Zatrudniłam się w firmie edukacyjnej prowadzącej kursy dla maturzystów, w której zajmowałam się obsługą klienta i sekretariatu szkoły. Lubiłam swoją pracę, ale wciąż ciągnęło mnie do nauczania, bo uczenie to moje – nie boję się użyć tego słowa – powołanie i tylko ono daje mi pełnię satysfakcji. Postanowiłam więc poszerzyć swoje kwalifikacje i zrobiłam studia podyplomowe, dzięki którym mogę pracować w przedszkolu oraz klasach I-III. I w końcu się udało! We wrześniu ubiegłego roku rozpoczęłam pracę w przedszkolu.

Tak naprawdę rozpoczęłam ją w drugiej połowie sierpnia, chociaż formalnie stało się to dwa tygodnie później, bo dopiero wtedy dostałam umowę o pracę. Można więc powiedzieć, że dwa tygodnie przepracowałam w ramach wolontariatu. Co wtedy robiłam? Poznawałam przedszkole i pracującą w nim kadrę, przygotowywałam salę mojej grupy (robiłam dekoracje, wieszałam plakaty, znaczki itp.), tworzyłam plan pracy na wrzesień, bo 1 września dyrektor musiał już wiedzieć, co będę robić, i ten plan zaakceptować. Zapoznawałam się z podręcznikami i kartami pracy dzieci, uczestniczyłam w zebraniach rady pedagogicznej. To wszystko w moim wolnym czasie i zupełnie za darmo. Chociaż, żeby jeszcze za darmo…

Wyobraźcie sobie, jak to jest pracować za darmo? 

Każdy przedszkolak musi mieć na wejście kubki (jeden do picia wody, drugi do mycia zębów), zeszyt do korespondencji, teczki na swoje prace, znaczki umieszczone w czterech miejscach w przedszkolu, kredki, farby, ołówek, plastelinę, pędzle, klej. I musi to mieć 1 września, żeby od razu było na czym pracować. Czy dostałam na to środki z przedszkola? Nie! Musiałam je wykładać z własnej kieszeni. Oczywiście później mi je zwrócono, bo każdy rodzic wpłaca 40 zł na semestr na tzw. artykuły papiernicze, ale zanim udało mi się je zebrać, minął miesiąc. Sama musiałam też zakupić brystol, kolorowe papiery, klej i inne rzeczy, z których tworzyłam dekorację sali. Właściwie nie zdziwiło mnie to wszystko, bo w szkole już pracowałam, ale gdyby nie środki finansowe, które miałam dzięki poprzedniej pracy, nie wiem, skąd wzięłabym pieniądze. Cieszyłam się jednak jak dziecko, że znów wracam uczyć.

No to wyobraźcie sobie teraz, że idziecie do pracy np. w korporacji i dwa tygodnie przed dniem zawarcia umowy już pracujecie za darmo. Co więcej, dokładacie jeszcze do interesu. Nie do pomyślenia, prawda? Ale to jeszcze nie wszystko. Idźmy dalej.

Pisanie planów...

Jak myślicie, gdzie pisałam ów plan pracy na wrzesień i kolejne miesiące? Oj nie, nie przy własnym biurku (choćby i w open space), na własnym wygodnym krześle i przy własnym firmowym komputerze. Pisałam go w domu na prywatnym laptopie. Dlaczego? Co to, w polskiej szkole/przedszkolu nie ma komputerów do dyspozycji nauczyciela? Ależ są! Z tym że 1 na np. 8 osób, a czasem na więcej. SŁOWNIE: jeden na np. osiem lub więcej osób! Niby kiedy mielibyśmy wszyscy siąść do tego jednego biednego laptopa i wyrobić się na dany termin z dokumentacją? Jak przygotować się na nim do zajęć? Jak znaleźć potrzebne materiały?

Problem polega też na tym, że w szkołach czy przedszkolach nie ma miejsca na to, by każdy nauczyciel miał swoje biurko. W szkole, w której pracowałam zaraz po studiach, miałam szczęście, jeśli udało mi się w pokoju nauczycielskim usiąść na krześle przy stole!
O posiadaniu chociaż skrawka swojej szafki nawet nie wspominając. I tak każdy z nas – nauczycieli – zwyczajnie jest zmuszony zabierać pracę do domu, bo w budynku szkoły nikt nie jest w stanie zapewnić mu miejsca ani sprzętu do pracy po lekcjach, ale tego już nikt niestety nie widzi.

Jednak skoro plan już napisany, dokumentacja wypełniona, materiały przygotowane, to pora je drukować. Idę więc z pendrive'em do naszej przedszkolnej drukarki, bo o dziwo mamy taką w pokoju nauczycielskim. Drukarka jest, a co ma nie być. Jednak akurat nie można z niej korzystać, bo tusz się skończył… Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku laminarki: jest, ale folii nie ma. Dobrze, że przynajmniej ksero działa. Oczywiście jeśli korzysta się ze swojego papieru.

Praca dla idei i w totalnym chaosie 

No to wyobraźcie sobie teraz, że pracujecie w korporacji. Szef mówi wam, że owszem, możecie zająć krzesło w rogu, czasem skorzystać ze stołu, ale pamiętajcie, że musicie pracować na własnym laptopie, dokumenty drukować na własnym papierze i na własnej drukarce. Fajnie, nie? Jesteście pełni zapału i bez mrugnięcia okiem godzicie się na to, bo przecież pracujecie dla idei i nie możecie zdradzić etosu. No i jeszcze jako bonus dostaliście wolne ferie, przerwy świąteczne, dwa miesiące wakacji…

Jako nauczycielowi przedszkola, które jest placówką nieferyjną, przysługuje mi 35 dni urlopu w roku. Rewelacja, prawda? W praktyce jednak nasze przedszkole pracuje w każde ferie, w każdą przerwę świąteczną. Jesteśmy wtedy do dyspozycji dzieci, których rodzice pracują. W lipcu i sierpniu przedszkola również pełnią dyżury. Zwykle przedszkola z miasta dzielą się nimi tak, by każde pracowało jeden miesiąc. W ten „wolny” miesiąc możemy wziąć urlop. Teoretycznie możemy go też wziąć w dowolnym momencie roku, ale w praktyce dyrektor rzadko się na to zgadza, bo musiałby zapewnić grupie zastępstwo, co jest zadaniem karkołomnym.

I na koniec budzące tyle kontrowersji pensum, czyli liczba godzin, które spędzamy z uczniem/przedszkolakiem. W moim przypadku to 25 godzin, nie lekcyjnych po 45 minut, ale zegarowych. Teoretycznie powinnam więc po 5 godzinach pracy z przedszkolakami pracować jeszcze 3 godziny…

Mam takie marzenie: przychodzę rano do pracy i o godzinie 8 odbijam swoją dyskietkę pracowniczą. Po godzinach wchodzących w pensum rozmawiam z rodzicami, konsultuję się z pozostałymi nauczycielami, a potem nie wychodzę do domu, tylko siadam do swojego biurka w przedszkolu, gdzie czekają na mnie: służbowy komputer, gotowa do pracy drukarka, pełny zapas materiałów, które będą mi potrzebne do przygotowania wystroju sali (bo trzeba go zmieniać zgodnie z porami roku, nie mówiąc już o dekoracjach na wszelkie uroczystości), a jeśli uznam, że jakąś pomoc potrzebną do zajęć dobrze byłoby zalaminować (wiadomo, dzieci szybko niszczą papierowe pomoce), mam pełną gamę folii do dyspozycji.
O godzinie 16 zamykam komputer, odbijam swoją dyskietkę i zostawiam pracę w pracy. To jest właśnie ta godność, o którą tak walczymy. Godność, która dla każdego urzędnika, pracownika banku, korporacji czy innej instytucji jest nie godnością, ale normalnością!

Nauczyciel pracuje również w domu

Nie mam jednak złudzeń, moje marzenie się nie spełni. Oczywiście nie ma na to pieniędzy, ale jest jeszcze jedna sprawa. Nauczycielom ciągle dokłada się obowiązków, dokumentować musimy wszystko, tworzyć plany, projekty, innowacje, wprowadzać „reformy” itd., ale nikt, kto pracowałby równo 8 godzin dziennie, nie byłby w stanie tego wszystkiego zrobić. A ktoś to zrobić musi. Nosimy więc pracę do domu, co tym z góry jest na rękę, bo nikt naszego wysiłku i przepracowanych faktycznie godzin nie widzi. A jeśli nie widzi, to zawsze można powiedzieć, że nauczyciele przecież pracują trochę mniej i krócej niż inni…

I na koniec moje zarobki: zasadnicza część mojego wynagrodzenia to 2611 zł brutto (na rękę 1885 zł). Płaca minimalna w 2019 r. to 2250 zł brutto (na rękę 1634 zł). Między moim wynagrodzeniem a płacą minimalną jest więc – odpowiednio – 361 zł brutto i 251 zł netto różnicy! Oczywiście są dodatki: mam dodatek za wychowawstwo – 150 zł brutto (chętnie go oddam, ale wychowawstwo też, bo to mnóstwo dodatkowych obowiązków i stresu), dodatek motywacyjny – 110 zł brutto (ale dostałam go po pół roku pracy, wcześniej nie można go otrzymać) i dodatek za wysługę lat – 198,96 zł brutto. Czasem wpadną jakieś nadgodziny. Zarabiam więc około 2200 zł na rękę miesięcznie.

Nie chcę nawet myśleć, ile zarabiają prawnicy, informatycy czy inni specjaliści. Za pieniądze, które zarabiam, nie wyszliby nawet z domu. A ja też jestem specjalistką: skończyłam studia magisterskie i podyplomowe (w planie mam kolejne), przez 5 godzin dziennie odpowiadam za bezpieczeństwo i zdrowie 25 przedszkolaków. Odpowiadam KARNIE, a po tych 5 godzinach pracuję dalej, często kolejnych 5 godzin.

Jakiś czas temu byłam chora, poszłam więc do lekarza. Idąc przez parking i mijając jego nowiutkiego jaguara, zaczęłam się zastanawiać, w czym ja jako nauczyciel jestem od tego lekarza gorsza. Nie mam nic do lekarzy, uważam, że jako osoby odpowiedzialne za nasze zdrowie powinni dobrze zarabiać i być darzeni szacunkiem. Marzy mi się, żeby i nas – nauczycieli – tak szanowano i pozwolono nam godnie zarabiać. Dlatego będę strajkować.

Będę strajkować!

Na koniec wracam do cytatu, którym rozpoczęłam. Po tej wymianie zdań babcia Wolańska udaje się do wychodka, który stoi na podwórku. W polskiej edukacji doszliśmy do miejsca, w którym Ministerstwo Edukacji i premier mówią: „Polska szkoła ma się wspaniale, a co ma się nie mieć?”, ale robią wszystko, by polscy uczniowie, zamiast uczyć się w spokoju, w dobrze wyposażonych budynkach, pod okiem dobrze opłacanych nauczycieli, którzy za wysiłek i pasję są odpowiednio wynagradzani i mają do dyspozycji wszystko, czego potrzebują do efektywnej pracy, uczyli się w szkole na miarę podwórkowego wychodka.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    100/100!!!! Bardzo dziękuję!!!
    już oceniałe(a)ś
    5
    0
    Dla szeroko rozumianego dobra dziecka ważne, jest by w szkole dziecka pracowała przynajmniej zadowolona i nie sfrustrowana kadra. W szkole dzieciaki spędzają więcej czasu niż w domu.

    Porównanie pracy nauczyciela do zwykłego pracownika uważam za niezwykle trafne i obrazujące.

    Jestem mamą dwójki dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym i z całego serca popieram protest nauczycieli. Dopiero z perspektywy matki widzę jak wielka odpowiedzialność spoczywa na nauczycielach i jak ciężka jest to praca wymagająca pełnego zaangażowania.

    I krew mnie zalewa jak widzę, jak rządzący dobrem dziecka wycierają sobie twarze, bo akurat totalna demolka systemu edukacji z dobrem dziecka nie ma nic wspólnego.
    @awionetka
    o! i to rozumiem :)

    >W szkole dzieciaki spędzają więcej czasu niż w domu.
    stop, stop...;)
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    przykro mi to pisać, ale w mojej ocenie Pani list odnosi skutek przeciwny do zamierzonego.
    to nie złośliwość, bo postulaty nauczycieli popieram.
    ale chyba mam nieco inny pogląd w temacie "jak przedstawiać swoje racje, aby kogokolwiek zainteresowały".
    i tak - jeżeli za "target" przyjmuje Pani rodziców, proponuję skupić się na tzw. "dobru dziecka".
    szczerze mówiąc mnie średnio przekonała Pani do swojego "powołania", odrobinkę za mało pisze Pani o dzieciach (tzn. nic, może w zakończeniu, choć nie tak łatwo to dostrzec...), Pani satysfakcja oczywiście jest dla mnie ważna, ale...
    Jaguar i przekonanie o sielankowej pracy w korpo to psychologicznie klasyczne strzały w kolano.
    hmm...może wystarczy ;)

    dwa słowa ode mnie:
    w naszej szkole nigdy nie było dwóch zmian.
    od przyszłego roku będą.
    żaden problem.
    co drugi dzień jedno z nas będzie się zwalniać z pracy i odwozić dziecko w samo południe.
    do samego południa posiedzi sobie samo, zapałki pochowamy.
    nie ma sprawy.

    pozdrawiam i życzę powodzenia :)
    @ALICE_2.0
    a co dziecko będzie robiło do południa? Czy jeżeli jest na tyle duże by siedzieć samo w domu, to nie może również samodzielnie dotrzeć do szkoły?
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @awionetka
    "Czy jeżeli jest na tyle duże"
    nie jest...
    :)

    czy mój tekst wymaga objaśnienia? (minusujący jak zwykle niepiśmienni)
    to _nie_ jest przytyk do nauczycieli, wręcz przeciwnie.
    nigdy tak nie było - a teraz będzie i oczywiste jest, że to _nie_ przez nauczycieli...
    ok?

    natomiast - jeżeli już o coś walczymy, to może róbmy to skutecznie...
    a najlepiej najskuteczniej, jak to możliwe.
    jeżeli trzeba porwać tłumy, to nie robi się tego wzmiankowaniem o Jaguarze lekarza...
    (zrażamy środowisko lekarskie [dość jednak liczne] oraz środowisko przeciwników posiadania Jaguara przez kogokolwiek [jeszcze liczniejsze]).
    robi się to "dobrem pacje...tfu! dziecka".
    to pozytywny, niekontrowersyjny, nieegoistyczny, niepłaczliwy, przekonujący, ujmujący i sprawdzony argument. i łatwy do powiązania z postulatami.
    tylko tyle :)

    no ok, może jeszcze jedno:
    "Wyobraźcie sobie pracę dla idei, czasem za darmo i w totalnym chaosie?"
    hmm...tak? czy dorzucić coś o powołaniu? ;)
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @ALICE_2.0
    Odpowiem Pani jako - również - nauczyciel, który także będzie strajkował. O nic nam tak nie chodzi, jak o dobro dziecka. Od lat o nim mówimy, od lat prosimy, by z nami rozmawiano, by pozwolono nam mieć wpływ na to, czego i jak uczymy, by klasy nie były przeładowane, by najważniejsze nie były testy, w których uczeń jest tylko kodem, o którym nic nie wiemy, sprawdzając jego pracę. Rządzący o dziwo nas wysłuchali, więc - jak to wciąż powtarzają - zadbali o dobro dzieci i sprezentowali nam wspaniałą reformę edukacji. W dbaniu o dobro dzieci są z resztą mistrzami, stąd 500+ i wszystkie kolejne plusy, które finansują m.in. wydłużając ścieżkę awansu nauczyciela.

    Przykład z jaguarem lekarza może faktycznie jest niezbyt fortunny, ale ja jako nauczyciel go rozumiem, bo sama mam serdecznie dość tego, że traktuje się mnie jak człowieka drugiej kategorii. Dlaczego nie możemy mówić głośno o tym, że za wykonaną dobrze, bardzo trudną i bardzo stresującą pracę chcemy być dobrze wynagradzani? Dlaczego nie traktuje się nas na równi z takimi specjalistami, jak właśnie lekarze, prawnicy, architekci, informatycy, którym nikt nie odmawia prawa do dobrych zarobków i których na tego nieszczęsnego jaguara stać? Dlaczego i my nie możemy chociaż raz pomyśleć o sobie i głośno o tym mówić? Czy nauczyciel ma żyć i wyżywić się tylko powołaniem, co Pani wyraźnie sugeruje? Jeśli oczekuje Pani, że Pani dziecko będzie uczone na najwyższym poziomie, że nauczyciel będzie oddany całym sobą pracy z nim, że będzie się doszkalał, szukał nowych metod pracy z uczniem, że będzie robił wszystko, by obronić Pani dziecko przed kolejnymi pomysłami rządzących i będzie to robił za głodową pensję lub za darmo, to chyba żyjemy w dwu różnych światach.

    I na koniec ode mnie: pracuję w szkole, głównie na drugiej zmianie. Z moim synkiem widzę się rano, gdy odwożę go do przedszkola i wieczorami, kiedy wracam z pracy. Z mężem czasem uda nam się spędzić wspólnie pół godziny. Czy ktoś mnie pytał, w jakich godzinach chcę pracować, kiedy ustalał mój plan? Czy ktoś pytał mojego dyrektora, jak pomieści tyle dzieci w jednym budynku? Wszystko to "policzyła" Pani Minister, więc to do niej, a nie do nauczycieli proszę zgłaszać pretensje o dwuzmianowość w szkole Pani dziecka.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @Toskania
    4-
    ;)
    już oceniałe(a)ś
    0
    0