Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Drodzy nauczyciele, jak wygląda Wasz dzień w pracy? W szkole i w domu, bo przecież tam też dużo pracujecie. Ile godzin poświęcacie pracy, jakie dostajecie za to wynagrodzenie? Co lubicie najbardziej w swoim zawodzie, a co chcielibyście natychmiast zmienić?
Pokażcie nam prawdziwy dzień nauczyciela, dzień z Waszego życia, opiszcie go przed strajkiem. Każdy nauczyciel, który podzieli się z nami swoim doświadczeniami (adres: listy@wyborcza.pl), a jego list zostanie przez nas opublikowany, dostanie roczną prenumeratę cyfrową „Wyborczej”.

Niebawem minie rok, odkąd przestałam być nauczycielem. Ze wszystkich stron słychać nagonkę na nauczycieli i cytowanie przez wielu mnóstwa przywilejów: 18 godzin pracy, 2 miesiące wolnego, niebotyczne zarobki. I piszę to jako nauczyciel i jednocześnie partnerka również nauczyciela.

Skończyłam dwa kierunki studiów pedagogicznych dziennie, pięć lat nauki, w czasie studiów kursy i wolontariaty w ośrodkach pomagających dzieciom. Skończyłam studia i... znalazłam pracę w przedszkolu, do którego chodziły dzieci z rozmaitymi niepełnosprawnościami. Czyje dziecko też chodziło do prywatnego albo niepublicznego przedszkola? Sądzę, że takich Rodziców jest całkiem sporo. Obowiązki z Karty nauczyciela, a przywileje z kodeksu pracy - podsumowując: 35 godzin pracy, 26 dni urlopu (z czego 15 narzuconych z góry - jeden tydzień w ferie i dwa w wakacje), staż pracy, doświadczenie, kursy czy stopnie awansu zawodowego zupełnie się nie liczyły i nie wpływały na wynagrodzenie - 1800 złotych netto. Bardzo rzadko miałam też przerwy w pracy - zazwyczaj było to jedzenie kanapki podczas siedzenia na dywanie i pilnowania, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy. Ale wtedy zaczynałam pracę, chciałam zdobyć doświadczenie, czegoś się nauczyć - oczywiście nie znalazłam pracy w moich rodzinnych okolicach, więc musiałam wyjechać do jednego z większych miast w Polsce. Sama praca była bardzo trudna - nie było to wbrew pozorom i zarzutom "siedzenie i picie kawy, a czasem bawienie się z dziećmi", była to ciężka praca z dzieckiem, ale też z jego Rodzicami.

Blaski i cienie pracy nauczyciela

Nie zliczę, ile razy w pracy zostałam pobita, pogryziona, podrapana i zwyzywana przez 5-, 6-, 7-latków, a były to bardzo wyszukane wulgaryzmy. Oprócz ciężkiej fizycznej pracy - przenoszenie, podnoszenie, bieganie - był to olbrzymi wysiłek psychiczny: dbanie o to, żeby nikomu nie stała się krzywda, nauka komunikacji, opanowywanie ataków agresji, a na równi z tym przygotowywanie do podjęcia nauki w szkole. Oprócz tego masa dokumentów do napisania, oczywiście poza 35 godzinami pracy, bo po pierwsze, nie było na to czasu, a po drugie, jeśli nie przyniosłam swojego komputera, to nie było na czym.
Kto nie jest nauczycielem albo nie ma w rodzinie kogoś, kto jest nauczycielem, nigdy tego nie zrozumie. Po pracy miałam pracę w domu: pisanie opinii do poradni, psychiatry, innych lekarzy, pisanie programów terapeutycznych, planów miesięcznych, przygotowywanie się do zajęć odpowiednio dostosowanych do dzieci oraz przygotowywanie materiałów do zajęć indywidualnych. Rady pedagogiczne jako "rozrywka po pracy". Wszystko w ramach nadgodzin - oczywiście nieodpłatnych - w wolnym czasie w domu. I tak sięgam teraz do moich studiów, gdzie już wtedy wdrażali nam, że nauczyciel to zawód iście misyjny, nauczanie innych to przywilej, a najważniejsze jest dobro dziecka, ponad twoim. I owszem, zgadzam się z tym, bo kto z Was, Rodzice, chciałby posłać dziecko do przedszkola, w którym nauczyciel nie kocha swojej pracy, w którym Wasze dziecko jest tylko jednostką wpisaną do dziennika?

Kocham uczyć dzieci, ale nie chcę już być nauczycielem 

Codziennie wracając z pracy, myślałam o tych dzieciach, o tym, jak można im pomóc i jak rozwiązać problemy ich oraz ich rodzin. Po roku pracy wylądowałam na L4 z powodu nerwicy - praca pod ogromną presją, latające krzesła czy zabawki nie wpływały zbyt dobrze na komfort psychiczny, bo gdyby któremuś z dzieci coś się stało, ja za to odpowiadałam i ja poniosłabym ewentualne prawne konsekwencje.
Nie przesadzam, nie dramatyzuję. Podaję suche fakty, zresztą po sześciu latach zrezygnowałam, teraz nie pracuję w zawodzie nauczyciela, doprowadziło do tego mnóstwo spraw. Mam jednak kontakt z moimi koleżankami z byłego miejsca pracy i same zauważają, że nie ma chętnych do bycia nauczycielem. Zobaczcie strony oferujące pracę w oświacie - jest mnóstwo wakatów. Polskie szkolnictwo zmierza do tego, że kiedy już ci starzy nauczyciele przestaną uczyć, to nikt z młodych ludzi nie będzie chciał iść do szkół i przedszkoli, bo to najzwyczajniej nie będzie się opłacało. I obelgi, że nauczyciele to darmozjady, zbiorą w końcu żniwo. Pamiętajcie, drodzy Rodzice wysyłający nauczycieli na kasę w Biedronce - nauczyciel może zostać kasjerką, ale kasjerka nauczycielem nie zostanie. Ja kochałam swoją pracę i czasem tęsknię za dzieciakami, ale to, co dzieje się w polskiej oświacie, skutecznie zniechęciło mnie do tej miłości.

PRZECZYTAJ TAKŻE: "Całe 10 minut przerwy. Na kawę za mało, ale jabłko zdążę zjeść. Ale jeszcze do kibelka. Lecę". Mój codzień nauczyciela

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.