Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem przekonany, że prezydent Lech Kaczyński działał z najlepszą wiarą i szlachetną intencją, chcąc uczcić heroiczną walkę i ofiarę życia tych nielicznych, którzy ze szlachetnych pobudek wybrali, bądź okoliczności zmusiły ich do wyboru, beznadziejną walkę, zakończoną niechybną śmiercią, gdy mieli szczęście, w walce, a nie po torturach w ubeckiej katowni. Również prezydentem Komorowskim takie intencje powodowały, gdy ustanowił święto „żołnierzy wyklętych”.

No, ale zły los, który przez ostatnie dwadzieścia kilka lat nas omijał, powrócił pod nazwą „dobrej zmiany”, oddając rządy w ręce niewyobrażalnych szkodników. Użyłem tak kategorycznego sformułowania, są to bowiem ludzie, którym nie wystarczyło zrujnowanie wszystkiego tego, cośmy po odzyskaniu niepodległości osiągnęli i zbudowali (lepiej lub gorzej, ale podobnie jak inne kraje w rodzinie europejskiej, w obrębie zasad demokratycznego państwa prawa), oni postanowili zawłaszczyć także duszę narodu, wtargnąć w sposób myślenia ludzi, zmienić im pamięć, wtłoczyć w nią skłamaną historię.

 Mieliśmy jedną armię: Armię Krajową

Historia nasza, podobnie jak historia wszystkich innych narodów, pełna jest kart pięknych, ale również niemało w niej tych niepięknych. Jednak jeśli chodzi o czas wielkiej próby, jaką były wojna i okupacja, to pod względem organizacji państwa podziemnego i istnienia sprawnie funkcjonującej podziemnej armii chyba moglibyśmy służyć za wzór.

Zatrzymam się przy armii. Była zasadniczo jedna, ta podporządkowana rządowi Rzeczypospolitej rezydującemu w Londynie, to była Armia Krajowa. Istniały jeszcze, obok niej, ale z nią w ścisłej współpracy, ludowcowe Bataliony Chłopskie. Ponadto, już poza kontrolą legalnych władz Rzeczypospolitej, istniało kilka mało znaczących formacji i dwie jednak znaczące: Armia Ludowa, kierowana z Moskwy, i Narodowe Siły Zbrojne, niepodporządkowane nikomu, sprawiające nieustające kłopoty dowództwu AK, dla którego ich istnienie było prawdziwym problemem (generał Grot-Rowecki niejednokrotnie słał na ten temat meldunki do Londynu), bo swymi samowolnymi akcjami kompromitowały niepodległościowe podziemie.

Taki stan rzeczy istniał do roku 1945, kiedy to rozkazem dowódcy Armii Krajowej armia ta, czyli polskie siły zbrojne wewnątrz kraju, została rozwiązana. W rozkazie – podkreślam słowo "rozkaz", ci, którzy cokolwiek wiedzą na temat wojska, zrozumieją, co to słowo znaczy – powiedziane było, że dotychczasowi żołnierze, ci, którym Bóg czy dobry los pozwolił przeżyć, podczas gdy większość pokolenia wyginęła, mają teraz obowiązek uczyć się i pracować.

Mają obowiązek ż y ć. Bo są i będą potrzebni. Mają żyć i rodzić dzieci. Aby naród p r z e t r w a ł

Podkreślam to słowo, aby uświadomić ludziom niemądrym, albo, nie waham się powiedzieć, ludziom złej woli, którzy wygłaszają haniebnie obraźliwe brednie, jak na przykład wicemarszałek Sejmu, pan Terlecki, który śmieciarzami nazywa tych, którzy nie dość głośno głoszą chwałę „żołnierzy wyklętych”, bo też oni z pewnością nie byliby zdolni pójść w 45 roku do lasu - i zginąć. 

Otóż chcę tym ludziom (pomyśleć: podobno pan Terlecki jest z wykształcenia historykiem!) uświadomić, że gdyby ówcześni, jego zdaniem szmaciarze, często bohaterscy żołnierze Armii Krajowej, nie posłuchali rozkazu i poszli wszyscy do lasu – i oczywiście zginęli – to nie miałby kto począć i urodzić przyszłych opozycjonistów, tych, którzy walnie przyczynili się – po latach, kiedy to wreszcie stało się możliwe – do obalenia komunizmu i do odbudowy niepodległej ojczyzny.

Bo też jest to niezaprzeczalny fakt, że właśnie dzięki owym, według pana Terleckiego, szmaciarzom, w ogóle istniejemy. Oni, świadkowie śmierci większości przyjaciół, towarzyszy broni, którzy zginęli za ojczyznę, podjęli wielki trud nauki i pracy. Dla ojczyzny. Oni, w kraju jaki był, taki był, ale to był ich kraj, który trzeba było odbudować, leczyć ludzi, uczyć dzieci, siać, orać i zbierać plony, oni, rozsądni, świadomi byli tego, co było oczywiste, że przez najbliższe wiele lat nic nie zmieni porządku pojałtańskiego, że żadna trzecia wojna nie wybuchnie, oni Polskę ocalili. Dla nas, żyjących dziś.

Nikt nie "poszedł do lasu"

Po wsze czasy chwałą winno być otoczone nazwisko szefa rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa - Jana Nowaka Jeziorańskiego. Właśnie dlatego, że zdając sobie doskonale sprawę, iż nie stać nas na kolejny upust krwi, na stratę kolejnego pokolenia, zrobił wszystko, co w jego mocy, by tonować nastroje w 56 roku, aby nie doszło do powstania, jak na Węgrzech.

W 1962 roku, studiując wówczas w łódzkiej Szkole Filmowej, zrobiłem film pod tytułem „Rocznica”. Cieszył się niejakim powodzeniem. Otrzymałem za niego Nagrodę „Życia Warszawy” (nagroda publiczności) na Festiwalu Filmów Szkolnych, także w Cork, w Irlandii, film dostał jakąś nagrodę. To była rzecz o obchodach 18. wówczas rocznicy Powstania, a zarazem taka poetycka impresja wspomnieniowa.

Kombatant Powstania, porucznik Witold Florczak, pseudonim „Minoga” z batalionu „Parasol”, wychodził z cmentarza na Powązkach, gdzie 1 sierpnia, wraz innymi, którzy przeżyli, uczcił pamięć poległych przyjaciół i podejmował nostalgiczny spacer po miejscach, w których walczył.

Finałowa sekwencja to była biesiada kilkunastu ocalałych, z liczącego u zarania prawie 400 żołnierzy batalionu „Parasol”, zorganizowana w restauracji, nomen omen, Rycerska na Starym Mieście. Pośród biesiadników nie było wówczas ich towarzyszki, mojej siostry, pseudonim „Kalina”, piętnastoipóletniej w czasie Powstania, łączniczki. Przyleci dopiero za rok, po raz pierwszy, z Anglii, gdzie ją losy, po niewoli w obozie jenieckim i potem służbie w 2. Korpusie generała Andersa, we Włoszech, rzuciły.

Poznałem bliżej wszystkich zebranych tam, ocalałych z „Parasola”. Pokończyli studia. Pracowali. Nikt z nich nie poszedł do lasu. Oddali swe życie ojczyźnie i skoro los nie im wyznaczył śmierć, więc dalej swe życie ojczyźnie oddawali. Oni, zaiste bohaterowie, nie stali się „wyklęci”.

Dość wojny

I nie stał się też „wyklętym” mój wspaniały znajomy, inżynier budownictwa, świetny w swej dziedzinie fachowiec, który w czasie Powstania należał do najbardziej bohaterskich żołnierzy. Był pośród tych, który zdobyli Pastę. Otóż on, kawaler Orderu Virtuti Militari przyznanego mu przez kapitułę przy rządzie w Londynie, stawiał domy, odbudowywał ukochane miasto, którego zagłady był świadkiem.

Kiedyś podniósł nogawkę spodni i pokazał mi łydkę o dziwnym kształcie, tyle tam było głębokich blizn. Pytam: czy lepiej by było, aby ten inżynier, który z tą samą energią, z jaką walczył w Powstaniu, teraz walczył o zatwierdzenie projektów nowych osiedli, by zamiast tego poszedł do lasu i w nim zginął w walce bądź strzałem w tył głowy w piwnicy na Rakowieckiej, miał jedynie wątpliwą satysfakcję, że dla „dobra ojczyzny” zdążył ukatrupić jakiegoś powiatowego sekretarza PPR-u i może jeszcze paru milicjantów? Bo przecież, jakkolwiek by próbowano to zakłamać, w pierwszych latach po wojnie miała u nas miejsce, może mała, ale jednak wojna domowa.

Zacytuję tu słowa bohatera mego monodramu „Winny”: „A przecież to często bracia byli. Jeden cieszył się, bo ziemię dostał z reformy, a nigdy on jej biedak, fornal, nie miał, a drugi znowu tak miał poukładane w głowie, że Sowieci, nowa okupacja, bić się trzeba, wojna będzie i ziemi brać nie należy”. Przecież chłopi naprawdę cieszyli się w 45 roku z reformy, nieświadomi, że to oszustwo, że niebawem będą przymuszani do kolektywizacji. A zupełnie już nie cieszyli się z nocnych wizyt „Leśnych”, którzy zabierali im zapasy, no bo przecież musieli coś jeść. Żeby trwać, póki życia, w tych lasach. I walczyć. Po prostu chłopi mieli dość już wojny.

Warto i należy głośno powiedzieć to, co się w świadomości wielu zamazuje, a u tych, którzy na karygodnych marszach, zwanych „marszami niepodległości”, noszą obok siebie znaki zgoła nazistowskie obok znaku kotwicy: Polski Walczącej, u tych nawet nie ma co się zamazywać, ci bowiem nic nie wiedzą i nic nie rozumieją, powtórzę, należy im powiedzieć, że ani Jan Rodowicz „Anoda”, ani rotmistrz Pilecki, ani inni, których pamięć obecne władze chcą cynicznie zawłaszczyć, prawdziwi, wielcy bohaterowie, nie byli „żołnierzami wyklętymi”.

Anoda, zgodnie z rozkazem dowódcy, podjął studia, chciał zostać architektem. Z całych sił zaangażował się w ekshumacje poległych towarzyszy i gromadzenie dokumentacji czasów walki. Chciał żyć. Nareszcie żyć. Jeździł do Zakopanego na narty. Niestety, już wtedy był legendą. Tego władze komunistyczne znieść nie mogły. Rotmistrz Pilecki za wiedzą i zgodą generała Andersa organizował siatkę konspiracyjną, wywiadowczą. Ale przecież, podobnie jak Anoda, nie poszedł do lasu. Zresztą skądinąd wiadomo, że rozważał ewentualność ujawnienia się. Nie byli też „żołnierzami wyklętymi” najdzielniejsi bohaterowie czasów wojny, cichociemni. Bodaj z jednym wyjątkiem.

Kim byli "żołnierze wyklęci"?

Na pewno była pośród nich grupa, jak sądzę, niewielka, to byli ci, którzy nie mieli innego wyjścia. Tropieni za sprawą jakiegoś donosu, ci, którzy byli pewni, że gdy się ujawnią, zostaną aresztowani. To dowódcy. Drugą grupę, pewnie największą, stanowili ich żołnierze. Żołnierze oddziałów, których dowódcy postanowili nie wychodzić z lasu. 

Mój znajomy, Herakliusz Lubomirski, książę zresztą, którego poznałem w 70 roku w Rzymie, jako młody dowódca plutonu AK na Lubelszczyźnie ujawnił siebie i swoich ludzi. Jego chłopcy wrócili do domów. Tymczasem jego NKWD wywiozło i dostał wyrok dziesięciu lat łagru, a nadto pięć osiedlenia na Syberii, na „dotarcie rogów”, jak to nazywano. Po powrocie skończył studia w ASP. Potem, w Rzymie, arystokratyczni kuzyni pomagali mu, oddając dzieła sztuki do renowacji. Podziwiałem jego pogodę ducha. Nie narzekał na los. I chyba nie żałował, że rozpuścił swoich żołnierzy do domów. Przecież rozsądek mu podpowiadał, że walczyć nadal to znaczyło po prostu dać się zabić. Bezproduktywnie. A przecież nie po to się jest żołnierzem. Na żadną trzecią wojnę nie było co liczyć.

Najwyżej mógł wyrzucać sobie własną naiwność. Powinien nie dać się schwytać, czmychnąć, jak wielu, przez południową granicę do, wolnej jeszcze wówczas, Czechosłowacji i dalej na Zachód.

No i wreszcie trzecia grupa. To ci „zarażeni wojną”, ci, którzy po ciężkich latach życia w warunkach i okolicznościach nienormalnych, takich, które mimo oczywistej słuszności sprawy, której się służyło, chcąc nie chcąc, sprzyjały stopniowej demoralizacji (świętoszków i hagiografów biografii wojennych odsyłam do lektury Różewicza, Konwickiego, Szczepańskiego), nie bardzo potrafili odnaleźć się w normalnym życiu. 

Spośród tych, niektórzy desperacko walczyli do oczywistego końca – i ginęli. Ale byli i tacy, którzy staczali się w bandytyzm. Tak było w wypadku "Ognia" na Podhalu, dzielnego "Harnasia" w czasie wojny, potem człowieka, którego imieniem na Słowacji do dziś straszy się dzieci. Bo innych, a więc Słowaków, no i oczywiście Żydów, bez skrupułów zabijał.

Niektórzy, właśnie skutkiem wspomnianej demoralizacji, szukali, by zabijać, motywacji ideowych, „patriotycznych”. Tak było z "Burym". Też dobrym partyzantem czasów wojny. Potem winnym ludobójstwa na białoruskich, prawosławnych kobietach, dzieciach i starcach. W jego historii przygnębia jeszcze fakt, że na procesie zachował się niegodnie. Starał się zwalić odpowiedzialność za mord na swego zastępcę.

Nowi "święci" nowej "świętej" historii

No i to by było na tyle o „żołnierzach wyklętych”, zadekretowanych przez dzisiejszą władzę, by byli czczeni. Choć nie bardzo wiadomo, o kogo chodzi. O jakichś nowych świętych wymyślonych przez władzę (partię), która chce mieć wszystko nowe.

Także na nowo napisaną historię, gdzie prawdziwych bohaterów mają zastąpić mianowani na takich, ex post, przez usługowych pseudohistoryków. Ci „historycy” posuwają się do tego, że prawdziwą, jedyną polską armię w kraju, Armię Krajową, która wraz z dwoma korpusami, a także lotnictwem i marynarką wojenną walczącymi w składzie sił brytyjskich na Zachodzie, stanowiła Wojsko Polskie, Polskie Siły Zbrojne pod władzą i kontrolą rządu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, otóż ci ludzie próbują dziś zastąpić w świadomości Polaków tę armię nieposłusznymi rokoszanami, formacją o bardzo wątpliwych zasługach i bardzo ciemnych kartach, Narodowymi Siłami Zbrojnymi.

Zakończę ponurym przykładem takich działań obecnie rządzących. Oto premier rządu Rzeczypospolitej składa, będąc w Monachium, kwiaty na cmentarzu żołnierzy niesławnej Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Nieopodal jest znany obóz koncentracyjny, miejsce męczeństwa wielu, także wielu Polaków. Ale nie tam premier się udaje.

On czci pamięć jedynej polskiej formacji wojskowej, która zhańbiła się w czasie II wojny światowej kolaboracją z hitlerowskimi Niemcami. Wyszła z kraju pod kuratelą i z logistycznym zabezpieczeniem, pozostając niejako na utrzymaniu Wehrmachtu.

Może zwykli żołnierze nie byli tego w pełni świadomi, ale dowództwo doskonale wiedziało, co robi. Po drodze przez Czechosłowację, gdy już wiadomo było, że III Rzesza upadła, dla alibi "świętokrzyscy" wyzwolili obóz, w którym więziono Żydówki. Jakby to miała być ekspiacja za ich wcześniejsze akcje wobec Żydów.

W już pokonanych Niemczech Amerykanie nie wydali ich, jak to, zgodnie z umowami alianckimi, robili z rosyjskimi żołnierzami służącymi w kolaboracyjnych oddziałach ROA. Nasi nie byli aż tak jawnymi kolaborantami. I Amerykanie dali im fuchę, przyjmując do służby wartowniczej. I tak oto nieprawdziwi polscy bohaterowie, ci, którzy winni być wstydliwie zapomniani, są obiektem demonstracyjnie okazywanej czci przez polskiego premiera.

Dałem już kiedyś wyraz temu, jak bardzo wstydzę się za swego prezydenta. Mam też powód wstydzić się za premiera. I więcej, także za mych rodaków, tych, którzy swymi głosami dali władzę szkodnikom i trucicielom zbiorowej pamięci. A tym szkodnikom chcę tylko powiedzieć: opamiętajcie się!

*Stanisław Brejdygant, ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg.

****

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.