Warszawski szczyt poświęcony "pokojowi stabilności na Bliskim Wschodzie" będzie miał skutki przeciwne do głoszonych, bo służy wyłącznie amerykańsko-saudyjsko-izraelskim interesom w regionie. A te są bardzo konkretne.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Konferencja warszawska, jeszcze zanim została na dobre zauważona przez polskie media, jest tematem Bulanda bil-’arabi / Poland in Arabic (Polska po arabsku) arabskojęzycznego serwisu medialnego o Polsce. Portal publikuje teraz dziennie prawie tyle newsów, co normalnie przez kilka dni, relacjonując deklaracje rządów arabskich, wypowiedzi polskich polityków, reakcje rządów w Teheranie czy protesty organizowane przez opozycjonistów kurdyjskich, syryjskich i irańskich przeciw konferencji.

Można się spodziewać, że antyirański wymiar konferencji nie wzbudzi niechęci arabskich odbiorców, w większości negatywnie nastawionych do Iranu. Co innego z jej antypalestyńskim charakterem – ten z pewnością bardzo rozczaruje zamieszkujących Polskę Arabów.

Wśród komentarzy pojawiają się też docinki wytykające Polakom służalczość wobec Amerykanów. Zaskakiwać może natomiast to, że z wypowiedzi pod tymi newsami wynika, że część diaspory arabskiej w Polsce nie wie, co to w ogóle za konferencja.

***

Ostatni raz Polska gościła spotkanie tego rodzaju w 1364 roku. Stolica była wtedy w Krakowie, królem-gospodarzem był Kazimierz nazwany później Wielkim, a debaty odbywały się w knajpie u kupca Wierzynka, nie na Stadionie Narodowym.

Wtedy chodziło o podniesienie prestiżu Korony poprzez organizację międzynarodowego zjazdu na rzecz pobudzenia idei wypraw krzyżowych na Bliskim Wschodzie.

Teraz za pomocą organizacji międzynarodowego zjazdu na rzecz amerykańskiej krucjaty na Bliskim Wschodzie tracimy resztki potencjalnego prestiżu Polski.

To niesamowite, jak tanio Polska sprzedaje swoją godność. Waszyngton de facto dostał od nas wiadomość, że nie warto nam dawać żadnych baz amerykańskich, bo przecież wygodniej tę marchewkę cały czas trzymać nam przed nosem. Na Europę Polska się obraziła, więc dopóki marchewka będzie wisieć na amerykańskim patyku, dopóty zgodzimy się na wszystko. Ale o naszej głupiej służalczości napisano już w tym tygodniu wystarczająco dużo. Jaka jest natomiast międzynarodowa stawka samego szczytu?

Najoczywistsze cele konferencji są dwa – sojusz przeciw Iranowi i wspólne stanowisko obozu saudyjsko-amerykańskiego (a może i szerzej, zachodnio-arabskiego?) w sprawie konfliktu palestyńskiego.

Warszawa - Teheran: 3021 km, Warszawa - Waszyngton: 7194 km

Krzysztof Szczerski, szef kancelarii prezydenckiej, twierdzi, że Warszawa jest świetnym miejscem na zorganizowanie tej konferencji, ponieważ Polska ma dobre relacje z różnymi skonfliktowanymi państwami w regionie. Pięknie. Czy właśnie dlatego zapraszamy tylko jedną stronę głównej osi napięcia w regionie (przebiegającą pomiędzy obozem amerykańsko-izraelsko-saudyjskim a irańsko-rosyjskim)?

Konferencja warszawska jest dla polskiej dyplomacji o tyle problematyczna, że mamy niezłe relacje między innymi z samym Iranem. Nasz wiceminister spraw zagranicznych Maciej Lang był w Teheranie ledwie trzy tygodnie temu i musiał mocno się nagimnastykować, żeby wytłumaczyć niezaproszenie Iranu do Warszawy.

Przypominał wdzięczność za uratowanie polskich uchodźców przez Iran podczas drugiej wojny, zarzekał się, że więzi między obydwoma krajami są mocne, oceniał trzeźwo, że „bez Iranu nie da się rozwiązać wszystkich problemów na Bliskim Wschodzie", obiecywał, że Polska gwarantuje, że wymowa szczytu nie będzie miała charakteru antyirańskiego.

Teheran jeszcze w wigilię szczytu zapowiedział, że trzyma Polskę za słowo, ale Amerykanie i tak zrobią, co chcą, więc polska dyplomacja ustami Langa dołożyła tylko blamaż do blamażu

A ponieważ Trump podziela z dwoma najważniejszymi, poza USA, gośćmi imprezy i swoimi najważniejszymi sojusznikami – Izraelem i Arabią Saudyjską, antyirańską obsesję, to można się spodziewać, że polska dyplomacja może co najwyżej uzyskać nieupublicznianie tych wymierzonych w Teheran ustaleń.

Fascynujące jest zachłyśnięcie się Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza Donalda Trumpa, Arabią Saudyjską. Waszyngton jest z Rijadem w bliskim sojuszu już od 60 lat i zwłaszcza pod wodzą Trumpa jest w stanie Saudom wybaczyć wszystko, nawet brutalne morderstwo polityczne w ambasadzie zlecone przez następcę tronu.

To jednoznaczne opowiedzenie się USA po stronie Saudyjczyków w saudyjsko-irańskich zmaganiach (którym nadawany jest sunnicko-szyicki charakter) nabiera jednak szczególnych barw, gdy Trump wyciera sobie usta obroną interesów demokracji i praw człowieka w Iranie (zaś realna opozycja w kraju ajatollahów robi, co może, żeby nie odepchnąć od siebie tego nie tylko fizycznie obrzydliwego, ale i politycznie zabójczego pocałunku Trumpa).

Iran jest jedynym obok Watykanu państwem teokratycznym, a łamanie praw człowieka, brutalne wyroki śmierci oparte na dosłownej interpretacji prawa koranicznego czy wsadzanie dziennikarzy i opozycji do więzienia są częścią irańskiej codzienności.

A jednak nawet takie państwo jak Iran wypada zupełnie nieźle w porównaniu z hołubioną przez Amerykanów Arabią Saudyjską, gdzie w każdej z tych kategorii jest gorzej. Na przykład w kwestiach tak drogich amerykańskiej prawicy i Trumpowi – sytuacji chrześcijan.

Podczas gdy w islamskiej republice Iranu panuje szeroka wolność religijna, obejmująca chrześcijan i żydów (stanowiących największą w krajach muzułmańskich jedyną wspólnotę), to w Arabii Saudyjskiej, mimo wielomilionowej mniejszości chrześcijańskiej, wszelkie niemuzułmańskie kulty są formalnie zakazane. Co więcej, podczas gdy w Iranie działa bardzo zawężony, ale jednak mający realne znaczenie, system wyborczy, Arabia Saudyjska jest państwem o modelu nieodbiegającym od monarchii Ludwika XIV.

Palestyna i umowa stulecia

Wiele wskazuje na to, że Palestyna będzie drugim istotnym tematem rozmów. Jared Kushner, zięć i doradca prezydenta USA (córka Trumpa Ivanka przeszła na judaizm, żeby wejść z nim związek), od dwóch lat przygotowuje plan „rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego", nazywany zgodnie z megalomanią typową dla tego prezydenta „planem stulecia". Ma on zostać ogłoszony po wiosennych wyborach w Izraelu.

Warszawa jest idealną scenografią do budowania poparcia dla tej umowy, a być może nawet ogłoszenia jej zrębów. Na jednodniowym (w praktyce) szczycie znalazł się czas na wizytę w Muzeum Żydów Polskich. Czy jest to pomysł Kushnera, który ma na celu należycie nastroić uczestników do sprawy izraelskiej? Polin mógłby być w jego oczach idealną scenografią ogłoszenia przez Trumpa jego niepokojącego planu dotyczącego Palestyny.

Co ten „deal stulecia” ma zawierać? Na pewno nic dobrego dla Palestyńczyków. USA są od dziesięcioleci państwem bezwarunkowo faworyzującym interesy Izraela, a administracja Trumpa zerwała ostatnie pozory neutralności. Uznając w zeszłym roku Jerozolimę za stolicę Izraela, okazała nie tylko pogardę palestyńskim aspiracjom do posiadania stolicy we wschodniej części miasta, ale również reszcie społeczności międzynarodowej, dla której przez dziesięciolecia kwestia Jerozolimy była częścią konsensusu. Po decyzji Trumpa Palestyna zerwała kontakty ze Stanami Zjednoczonymi, a teraz odmówiła przyjazdu do Warszawy, podobnie jak Liban, Rosja i Turcja.

Cui bono

Polska, organizując tę konferencję, nie tylko osłabia swoją pozycję, lecz także przykłada rękę do złej i destabilizującej polityki Stanów Zjednoczonych. Działania Trumpa służą bowiem wzrostowi w siłę najgorszych nurtów politycznych w regionie.

Cieszą się jastrzębie i radykałowie w Iranie, odsunięci od władzy kilka lat temu przez umiarkowany nurt prezydenta Rohaniego, którzy od czasu zawieszenia porozumienia nuklearnego w 2017 r. powtarzają: „A nie mówiliśmy?”, i teraz dostają kolejną mocną okazję do atakowania rządzących gołębi. Cieszy się Putin, bo Teheran jest wpychany coraz mocniej w objęcia Kremla.

Cieszą się też radykalni islamiści pokroju Hamasu. Im z kolei bardzo na rękę jest kolejna kompromitacja drogi dyplomacji. Mają dowód na to, że przy stole negocjacyjnym nie osiągnie się sprawiedliwości dla narodu palestyńskiego.

Po upadku siły arabskiej nacjonalistycznej lewicy w ostatniej ćwierci XX wieku to oni właśnie najgłośniej przypominają o krzywdzie Palestyńczyków, co bardzo mocno rezonuje w społeczeństwach muzułmańskich zarówno na Bliskim Wschodzie, jak i w Europie (warto posłuchać np. francuskiego muzułmańskiego rapu). Razem z nimi cieszy się też ich rywal, Baszar al-Asad, ostatni bliskowschodni dyktator, który wznosi sprawę palestyńską na sztandary swojego reżimu, skutecznie zbijając tym kapitał polityczny wśród części arabskiej opinii publicznej.

 * * *

Szczyt warszawski przynosi złe konsekwencje Polsce, a zwłaszcza światu. Na szczęście można jeszcze liczyć na dyletantyzm administracji Trumpa i polskiego MSZ pod rządami PiS. Miejmy nadzieję, że bliskowschodnie owoce tego zlotu będą w praktyce równie mizerne jak te z uczty u Wierzynka.

*Jakub Sypiański, historyk Bliskiego Wschodu i regionu śródziemnomorskiego z Uniwersytetu Jana Gutenberga w Moguncji, absolwent UW i Sorbony. Publikował w "Le monde diplomatique" i "Kulturze liberalnej".

****

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Przykro było ten tekst czytać, ale nie sposób się z jego Autorem nie zgodzić. Zwracam zwłaszcza uwagę na bardzo trafne zestawienie Iranu ajatollachów - paradoksalnie - kraju znacznie bardziej liberalnego, szanującego prawa kobiet i mniejszości religijnych z Arabią Saudyjską pogardzającą wszelkimi prawami ludzkimi i od dziesięcioleci eksportującą najbardziej wypaczoną wersję islamu, której świat zawdzięcza terroryzm, Al-Kajdę itp. Piszę to z całą odpowiedzialnością zwłaszcza, że zdarzało mi się w celach zwodowych spędzić nieco czasu w Iranie. Wstyd wielki, że Polska de facto staje po stronie Saudów.
    już oceniałe(a)ś
    46
    1
    Od czasow zimnjj wojny USA interesuje wylacznie przewaga nad Rosja i sfera wplywow.
    Patrz Korea, Wietnam, Afganistan.

    Amerykanski sweren lykal bajki o wprowadzaniu demokracji, ktora dzieli G.I Joe wprowadzali za pomoca karabinow maszynowych, czolgow i napalmu.
    W Iraku byla podobno bron chemiczna....
    Efekt jest taki, ze nasilaja sie od lat ruchy ekstremistyczne, co jest woda na mlyn amykanskiego pzremyslu zbrojeniowego.

    USA ma w dudzie polskie interesy, chodzi wylacznie o rozwscieczenie Rosji i polowy Bliskiego Wschodu.
    A nasza durna "duplomacja" tanczy ze szczescia.
    Wujek sam poglaskal po glowce.
    już oceniałe(a)ś
    26
    2
    PIS - zastali Polskę murowaną, zostawią drewnianą.

    Konferencja dla rozumiejących dyplomację była wymuszonym stosunkiem analnym jaki Amerykanie publicznie odbyli z Polakami.
    Za pieniądze polskich podatników rzecz jasna.
    już oceniałe(a)ś
    24
    1
    Wstali z kolan, bo inaczej nie mogli się dostać do amerykańskiej dudy, by w nią wleźć, oczywiście.
    już oceniałe(a)ś
    18
    1
    Która to pisowska pitka o murzyńskości bełkotała?
    Właśnie Pis-dziory to osiągnęły!
    już oceniałe(a)ś
    14
    1
    Jak radioaktywna chmura nadciągnie nad Polskę to tylko znający angielski będą mogli jodyną zapić
    już oceniałe(a)ś
    11
    0
    Konferencja warszawska jest dobitnym dowodem, że światem rządzi głupota.
    już oceniałe(a)ś
    3
    1
    Otóż to.
    już oceniałe(a)ś
    2
    1