Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dlaczego w 2015 roku Polska stanęła tak mocno na prawej nodze, wiadomo. Nieudolna, zlekceważona przez Platformę Obywatelską kampania prezydenta Komorowskiego, źle przyjęty wyjazd Donalda Tuska do Brukseli, afera taśmowa i szczyt kryzysu imigracyjnego przy prawdopodobnym udziale rosyjskich internetowych trolli zdemobilizowały elektorat liberalny.

Po drugiej stronie zaprezentowano młodą parę polskiej polityki – Andrzeja Dudę i Beatę Szydło. Nowe twarze obiecujące, że staną się nową jakością i zadbają o Polaków transferami socjalnymi, roztaczając w odwiedzanych powiatach sielankową atmosferę nadziei.

Do tego niedźwiedzia przysługa Adriana Zandberga dla lewicy. Sumą tych czynników okazała się samodzielna władza PiS. Ale jedna rzecz jest tu szczególnie interesująca – wiele z tych czynników, które złożyły się w tak potężną synergię, to wydarzenia jednorazowe, które nie mają szansy się powtórzyć.

Jak więc dziś wygląda ta prawa noga Polski? Młoda para się rozwiodła. Skompromitowana nagrodami była premier poszła w polityczną odstawkę, a prezydent wielokrotnie rozjechany nowogrodzkim walcem nie jest w stanie dziś już nawet dosięgnąć żyrandola. Twarzą prawej nogi jest dziś „wizjoner”, który coraz częściej pokazuje, że stoi w opozycji do rzeczywistości.

Z całą brutalną oczywistością widać po trzech latach rządów prawicy to, że nawet polonista czy rusycysta mogą stać się specjalistami opłacanymi dziesiątkami tysięcy miesięcznie, byleby byli swoi. Obcy mogą pracować za „michę ryżu”.

Sielankowa atmosfera została zastąpiona zaduchem niepokoju, który kilka dni temu zapachniał jawną grozą. Ludzie zarządzający od lat nienawiścią i hejtem zaczynają z przerażeniem się orientować, że zaczynają one żyć własnym życiem i coraz boleśniej trafiać rykoszetami. Nawet w jednoznacznie dedykowanym, ohydnym plastelinowym filmiku TVP uderzono mimochodem, ale jednoznacznie w prawicową świętość.

Jaka jest dziś suma wszystkich strachów? Często zastanawiam się, czy wolałbym dziś być Kaczyńskim, czy Schetyną. Wybór o tyle trudny, że sytuacja jest krańcowo inna niż dotychczas. Dziś jest jasne, że przeżyje tylko zwycięzca.

Siłą, która dziś spaja PiS, jest tylko władza i wynikające z niej pieniądze. Gdy ją straci, rozpadnie się wzdłuż widocznych dziś pęknięć. Jeżeli opozycja nie odbierze im władzy, to bez względu na wszelkie prawidła winny będzie jeden – szef PO. Więc kim dziś bym wolał być? Schetyną. Przede wszystkim paradoksalnie ma w mniejszym stopniu związane partyjnymi i ponadpartyjnymi zależnościami ręce. Podobnie jak Kaczyński musi iść jednocześnie w dwóch kierunkach, ale ich rozbieżność jest dla niego mniejsza. Obaj muszą pacyfikować ambicje polityków, tworząc listy, ale łatwiej dawać, niż odbierać. Opozycja potencjalnie daje – władza realnie odbiera. Schetyna wie, że w razie porażki jego najbliższe otoczenie nie zapełni więzień, czego o drugiej stronie powiedzieć nie można. Przed oboma stoją wielkie trudne zadania. Jeden musi spacyfikować ambicje partnerów politycznych i wciągnąć ich do swojej gry, co jest arcytrudne.

Najbliższy czas pokaże, czy pasażerowie tonącego "Titanica" wybiorą kapitana chcącego łatać kadłub i wypompowywać cuchnącą wodę, czy drugiego, który uważa, że okręt nie zatonie bez względu na to, ile by jego ludzie ukradli blach poszycia, chcąc je z zyskiem sprzedać, mimo że woda zalewa im kolana.

****

Czekamy na Wasze listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.