Jeśli mamy chociaż cień szansy, aby ocalić któreś z polskich pism zajmujących się na co dzień eksplorowaniem, badaniem i dokumentowaniem polskiej kultury oraz literatury, robiących to dobrze i w zgodzie z najwyższymi standardami, dokonajmy jednego prostego gestu: zaprenumerujmy je.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem studentem filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim i chciałbym zwrócić się do Państwa – zarówno do Czytelników oraz Czytelniczek „Gazety Wyborczej”, jak i do wszystkich tych, którzy na co dzień czerpią z polskiej kultury i literatury – bez żadnego konkretnego powodu, a jedynie z dość trywialną myślą, która brzmi następująco: żyjemy w niepokojących czasach.

Od kilku lat możemy obserwować (a wiele i wielu z nas z pewnością obserwuje z należytą uwagą) wszystko to, co dzieje się nie tylko wokół polskiej kultury, z roku na rok coraz bardziej niedofinansowanej i zaniedbywanej przez rząd, ale również, a może przede wszystkim, wokół polskiego piśmiennictwa.

Nie jest tajemnicą, że w ciągu ostatniego czasu z problemami finansowymi oraz logistycznymi mierzyło się wiele redakcji i magazynów: kwartalnik „Wyspa”, „Kultura Liberalna”, „Przegląd Filozoficzno-Literacki”, „Rita Baum”. Ze swoich kłopotów pisma te nie zawsze wychodziły obronną ręką.

Co więcej, od roku 2015 aż po 2018 ukazały się ostatnie numery pism takich jak „Borussia”, ”FA-Art”, „Lampa”, „Inter-”; lista periodyków, które zakończyły swoją działalność, jest znacznie dłuższa.

Nie bez przyczyny Piotr Mitzner pisał swego czasu, że „klątwą dla polskiej kultury jest tracenie ciągłości, nagłe zerwania i tąpnięcia”. Teza ta, jak się okazuje, sprawdziła się niestety po raz kolejny.

13 grudnia bieżącego roku na Uniwersytecie Warszawskim odbyło się pożegnalne spotkanie z redakcją „Zeszytów Literackich”, będące jednocześnie promocją ostatniej planowanej, 144. odsłony kwartalnika.

Numer ten wydaje się z jednej strony zdumiewający, z drugiej zaś – znajduje się w nim dokładnie to samo, co od trzydziestu sześciu lat nieprzerwanej działalności „Zeszytów Literackich” konstytuowało ich niezwykłą, niepowtarzalną i niepodrabialną wartość: niepublikowane wiersze Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta, Josifa Brodskiego, Adama Zagajewskiego, Tomasza Różyckiego czy też Piotra Matywieckiego, teksty Timothy'ego Snydera, Józefa Czapskiego, Wojciecha Karpińskiego, Ewy Kuryluk, Anny Piwkowskiej i Anny Arno.

Doprawdy trudno oddać bogactwo myśli oraz treści, jakie znalazły się w tym jednym numerze „Zeszytów”. Co można by powiedzieć więc o całym ich dziedzictwie i intelektualnym dorobku?

Jest to w gruncie rzeczy dość proste: nie istniało i nie istnieje żadne pismo, które w swojej roli mogłoby choćby zbliżyć się do tego, co udało się osiągnąć „Zeszytom”, a mianowicie – stworzyć wielowymiarową, niezwykle obszerną i pod każdym względem fascynującą encyklopedię literatury XX wieku.

Mając powyższe na uwadze, natychmiast pojawia się jednak pytanie: dlaczego pismo musi zostać zamknięte? „Brak funduszy” to odpowiedź, która tylko pozornie objaśnia problemy, z jakimi musi mierzyć się redakcja „Zeszytów”; w rzeczy samej jest to kwestia znacznie bardziej skomplikowana.

Brak państwowego dofinansowania, które przecież i tak pokrywało dotychczas tylko drobną część wysokich kosztów funkcjonowania kwartalnika, można wprawdzie próbować obejść na różne sposoby – choćby za pomocą crowdfundingu. Nie jest to jednak metoda, która gwarantowałaby jakąkolwiek stabilizację: powodzenie całej akcji zależy wyłącznie od tego, jak wiele wpłat uzyska pismo w danym miesiącu. Trudno nazwać to warunkami, w których można by tworzyć kulturę; w których można by ze spokojem pracować nad intelektualną spuścizną pozostałą po najwybitniejszych humanistach i humanistkach XX i XXI wieku; w których można by zapłacić autorom i autorkom tekstów godne honorarium za ich pracę.

 Jedno jest pewne: ci, którzy mogliby wyciągnąć rękę w stronę „Zeszytów”, chowają ją do kieszeni.

Efektem jest zaś to, że – przytoczę tu słowa Barbary Toruńczyk, redaktorki naczelnej kwartalnika – „pismo, które dobrze funkcjonowało, wychodziło punktualnie, miało wysoki nakład i dodatnie saldo, upada”.

Nieco ironiczny, a jednocześnie znaczący wydaje się fakt, że 12 grudnia, na dzień przed ukazaniem się ostatniego numeru „Zeszytów”, odbyła się premiera innego pisma, „Kwartalnika Kulturalnego »Napis«. Liryka, epika, dramat”. Kwartalnik ów docelowo powinien ukazywać się pod egidą Instytutu Literatury, rządowej instytucji kulturotwórczej, która ma powstać w przyszłym roku, jednak jako że jeszcze nie istnieje, patronat nad pismem przejęło Państwowe Wydawnictwo Muzyczne. Redaktorem został Józef Ruszar, pracownik jezuickiej Akademii Ignatianum w Krakowie.

Główną misją kwartalnika jest – jak podaje portal Agencja Informacyjna – „promocja literatury współczesnej wśród młodzieży licealnej, studenckiej, nauczycieli oraz środowiska akademickiego”. Zadanie to śmiałe i ambitne, niemniej czy jakkolwiek możliwe do zrealizowania za pomocą ministerialnego pisma literackiego?

Co jednak najciekawsze, nakład „Napisu” wynosi obecnie 9 tys. egzemplarzy. To rekordowy wynik w kręgu polskiego piśmiennictwa. Ponaddwukrotnie przewyższa on liczbę egzemplarzy „Zeszytów Literackich”, trzykrotnie – „Nowych Książek”, czterokrotnie – „Odry”.

Jednocześnie chciałbym przypomnieć, że w tym roku Ministerstwo Kultury nie znalazło pieniędzy na dofinansowanie pism takich jak „ha!art”, „Czas Kultury”, „Res Publica Nowa” czy też właśnie „Zeszyty”.

Znalazło jednak pieniądze, aby wesprzeć publikację prozy Janusza Węgiełka czy też Stefana Türschmida, którzy to obaj pojawili się w pierwszym numerze nowo powstałego „Napisu”. Pojawiła się tam również rubryka o kasandrycznie brzmiącym tytule „Niepodległa”, a także teksty Jana Polkowskiego, który zasłynął w ostatnim czasie z przygotowania homofobicznego wstępu do wyboru wierszy Jana Lechonia. Byłbym szczerze zdziwiony, gdyby w kolejnych odsłonach pisma nie pojawiły się nazwiska takie jak Wencel czy Dakowicz.

Jeśli więc mówię, że żyjemy w niepokojących czasach, mam przede wszystkim na myśli frustrujący i trudny do zrozumienia brak logiki, jaki wyłania się z działań osób zajmujących się polską kulturą. Osób, które bez wahania i wbrew wszelkim znakom zdecydowały, która kultura jest warta więcej od drugiej. Osób, które lekką ręką odrzucają niemalże czterdziestoletnie dziedzictwo „Zeszytów” na rzecz projektu – powiedzmy sobie szczerze – efemerycznego, a już z całą pewnością o niejasnych celach i założeniach.

Słusznie powiedział w tym kontekście Karol Berger: „Kultura, która może sobie pozwolić na zamknięcie »Zeszytów Literackich«, nie mając żadnego innego pisma, które mogłoby odgrywać podobną rolę, musi być albo bardzo szczodra, albo nader bezmyślna”.

Dlatego też chciałbym zwrócić się do Państwa z prośbą. Być może nie jesteśmy już w stanie pomóc „Zeszytom”; być może ich czas rzeczywiście minął bezpowrotnie – choć chciałbym wierzyć (i wierzę!), że kiedyś jeszcze ujrzymy w księgarniach białe okładki zaprojektowane przez Jana Lebensteina.

Dążę jednak do nieco ogólniejszego wniosku. Jeśli mamy chociaż cień szansy, aby ocalić któreś z polskich pism zajmujących się na co dzień eksplorowaniem, badaniem i dokumentowaniem polskiej kultury oraz literatury, robiących to dobrze i w zgodzie z najwyższymi standardami, dokonajmy jednego prostego gestu: zaprenumerujmy je.

Przejdźmy się do dobrej księgarni albo kiosku i kupmy egzemplarz. Jedna rzecz wydaje mi się bowiem tak klarowna, jak nigdy wcześniej – nikt nie ocali dziś za nas polskiej kultury. Przykład „Zeszytów Literackich” świadczy o tym najlepiej.

Maciej Libich, w imieniu wszystkich tych, którym nie jest obcy los „Zeszytów Literackich”

****

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Znakomity tekst. I charakterystyczny odzew: żaden. Co kogo w Polsce obchodzi jakaś kultura. Po obu stronach barykady...
    @terazja
    Kultura nie jest abstrakcją, musi mieć odbiorców, nie może się na nich wypychać swoją pychą i samouwielbieniem. A zwłaszcza wysoka kultura.
    już oceniałe(a)ś
    1
    2
    Kocham "Zeszyty Literackie", dzisiaj dostałam ostatni 144 numer, nie wiem jak będę żyła bez "Zeszytów". Ciągle mam nadzieję, że ktoś to pismo uratuje.
    @ikat7
    bolszewikom nie jest potrzebne, skoro nie ma tam wierszy o kobyle historii, którą popycha szeregowy poseł.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    jak to!!! To co ja będę teraz czytać? Na pewno nie jezuitę! O nie!
    Nigdy!
    Apage Satanas!!!!
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Niestety, po pierwsze - wychowaliśmy pokolenie debili, którzy są prymitywni i im ambitne czasopisma nie są do niczego potrzebne. Po drugie - ci, którzy są intelektualnie przygotowani do takiej lektury są biednym ogniwem tego społeczeństwa i nie mają już siły na wyrywanie ze swojego budżetu pieniędzy na takie wydawnictwa. I także dlatego, że te ambitne inicjatywy typu "Zeszyty Literackie" bardzo daleko "odpłynęły" od tego ambitnego czytelnika, za nic mają jego listy i sugestie ponieważ okopały się w swoim wygodnym grajdołku. Dzisiaj to wszystko odlatuje w kosmos. Taka jest cena utraty kontaktu z rzeczywistością. Mnie też jest żal, ale już od dawna nie kupuję Zeszytów, stały się zachowawcze do bólu i promują tylko znajomych znajomych. To się zawsze musi źle skończyć i nie jest to akurat wina rządzących, którym innych win nie brakuje.
    @exxx2015
    Rozumiem, publikowanie wezli i rymkiewiczów to znamiona kontaktu z rzeczywistością, inaczej - źle musi się skończyć.
    już oceniałe(a)ś
    1
    1