Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

List otwarty do prof. Andrzeja Nowaka, i nie tylko. Bo też niechby poczuli się jego adresatami także wszyscy intelektualiści popierający „dobrą zmianę”

Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem wywiad z Panem w „Dużym Formacie” „Gazety Wyborczej” i, nie ukrywam, zdziwił mnie brak raczej podstawowej wiedzy historycznej i, jakby to wyrazić, wyczucia symboliki miejsc i zdarzeń, u przeprowadzającego z Panem ten wywiad.

Ja, choć, o czym za chwilę, należę do pańskich rodaków znajdujących się mentalnie i ideowo wyraźnie „po tej drugiej stronie” to jednak hasło „Oleandry” pojąłbym i skojarzył natychmiast.

Tym bardziej że bliski mi bohater zdarzenia, Komendant, ekspediujący Strzelców do przejścia granicy zaborów, wciąż wówczas mienił się towarzyszem Ziukiem, z socjalistyczną przeszłością miał się dopiero pożegnać za kilka lat, stając się Naczelnikiem Państwa.

Otóż, co mnie zaskoczyło, przeczytawszy z uwagą cały wywiad, dowiedziałem się, że w wielu sprawach poglądy nasze są dość zbieżne. Oczywiście, poza sprawą zasadniczą. I ta właśnie sprawa, zaiste zasadnicza, zasadniczo nas różni.

"Dobra zmiana" jest katastrofą

Pan jest bowiem rzecznikiem, ba, w pewnym sensie zapewne nawet współautorem dokonującej się u nas tak zwanej „dobrej zmiany”, podczas gdy ja jestem głęboko przekonany, że „zmiana” ta jest czymś najgorszym, co mogło się nam wydarzyć i że jesteśmy prowadzeni wprost ku tragicznej katastrofie.

Kolejnej w naszych dziejach. No bo skutecznie zaprzepaszczamy, co tam, już właściwie zaprzepaściliśmy, pierwszą od chyba ponad trzystu lat, wielką szansę stania się normalnym, normalnie rozwijającym się państwem średniej, a może nawet nieco więcej niż średnia, wielkości (porównywalni pod względem terytorium i populacji z Hiszpanią czy Włochami), stabilizującym się i, krok po kroku, umacniającym swą pozycję i możliwości wpływania na decyzje pośród tych wiodących.

Bo też nie zaprzeczy Pan chyba, że gwałtowność aktów destrukcji sprawia, że, niedawno jeszcze wyraźnie istniejące i nawet wzrastające, nasze możliwości wpływania na kształt i przyszłość UE – a na takiej możliwości wpływu, jeśli dobrze zrozumiałem, zależałoby Panu – spadły do zera.

Mrzonki o bloku środkowo-wschodnim, o jakimś Międzymorzu, to przecież humbug.

Uwieramy i przeszkadzamy. Nie tylko całej Unii, ale też najbliższym sąsiadom, którym, co się marzy poniektórym nadwiślańskim fantastom, powinniśmy przewodzić w regionie. Tylko, że naszego przywództwa nikt nie chce. Tę rolę – lidera rozbijaczy Unii – przejął inteligentny i kompletnie cyniczny lider małych Węgier, który, gdy trzeba, wie, że należy głosować razem z dwudziestoma siedmioma przeciw osamotnionemu jednemu.

Będą sądy atrapy

Nie trzeba być fizykiem, by wiedzieć i Pan jako historyk wie o tym równie dobrze, że natura nie znosi próżni. Czeka nas los separującej się od świata autarkii. „Suwerennej”, pod łaskawym skrzydłem Kremla.

Nie ma co się pocieszać podobnymi jak u nas nastrojami „buntu przeciw liberalnej demokracji” w innych krajach Zachodu. Włochy się z chwilowego dreszczu otrząsną, Stany Zjednoczone błazenadę Trampa przeżyją, bo mają niezawodne struktury wbudowane w system władzy. Tam sąd – w tym, nad innym, Sąd Najwyższy – jest sądem, jest konsekwentnie monteskiuszowską, stabilizującą dwie pozostałe, trzecią władzą.

U nas, na razie, na szczęście, są wciąż działający, ale z czasem, obawiam się, że coraz mniej liczni – natura czy Opatrzność wyposaża w charaktery, jak wiemy, nielicznych - jeszcze desperacko swej niezależności i prawa broniący, najuczciwsi, najbardziej prawi sędziowie.

Ale wiemy przecież, że populistycznie, karygodnie rozumiana „władza większości”, a tak naprawdę zarządzający tą „większością”, Prezes chce doprowadzić i pewno niestety z czasem doprowadzi wszystkie sądy do atrapowej, wykonawczej roli, jak to miało miejsce w dobrze zapamiętanym PRL-u i we wszystkich totalitarnych reżimach.

Tak jak to się stało u zarania rządów „dobrej zmiany” z Trybunałem Konstytucyjnym. No i tak to przeszliśmy do sprawy porządków wewnątrz naszego narodowego domu.

 W sporze o zasady

Powiedział Pan w udzielonym wywiadzie - i tu uwaga! to właśnie pańskie wyznanie, w gruncie rzeczy, sprowokowało mnie do napisania tego listu – otóż powiedział Pan, że pańska matka nie chciała przyjąć posady prokuratora w czasach komuny. Była uczciwym, prawym człowiekiem.

A zatem, po tym wyznaniu pańskim, mam pełne prawo by zadać Panu pytanie zasadnicze: jak, wobec tego, znosi Pan sytuację gdy Komisji Sprawiedliwości w Sejmie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, której większość rządzącą stanowią posłowie popieranej przez Pana partii, realizujący popieraną przez Pana, ba, współtworzoną przez Pana, tak zwaną „dobrą zmianę”, jak Pan może znosić, ba, akceptować, fakt, że tej Komisji, kreującej ową „dobrą zmianę”, przewodzi człowiek z pewnością ani prawy ani uczciwy, który za komuny był wiernym i jakże docenianym, bo odznaczanym, synem komunistycznej partii i oskarżał, w imieniu tej partii, w stanie wojennym, walczących o wolność działaczy „Solidarności”, i który zaraz po tym stał się wiernym synem Kościoła i bronił pedofila, proboszcza z Tylawy jak niepodległości, i który obecnie, w ramach „dobrej zmiany” broni akcji ubezwłasnowolnienia sądów i sędziów, a jutro – gdyby tak się stało i nie sądzę aby Pan się w tym miejscu ze mną nie zgodził - gdyby tak władzę nad nami przejęli Chińczycy, to oczywiście broniłby odwiecznej chińskości Polaków, bo jest ów człowiek pozbawiony jakichkolwiek zasad, a pojęcie charakteru jest mu najzupełniej obce. 

Podobnie rzecz się ma, jak przypuszczam, ze znaczną częścią, jeśli nie z większością, pisowskich działaczy. Cóż, staram się zachować jednak wiarę, że nie wszyscy oni, choć obiektywnie rzecz biorąc, wszyscy przyczyniają się do rujnowania Polski, to jednak chyba nie wszyscy są aż tak nieuczciwi jak wyżej wspomniany.

Swoją drogą nie pojmuję i chyba nigdy nie uda mi się pojąć intencji tajemniczego Prezesa, nie mam cudownej zdolności zajrzenia do jego głowy i nie dane mi będzie dowiedzieć się, co takiego nim powoduje, by tak skutecznie własną ojczyznę niszczyć.

Na nurtujące mnie pytanie czy czyni on to z premedytacją czy też powodowany jakimś urazem, czy też traumą, też, jak sądzę, nigdy nie dostanę odpowiedzi.

Rozumiem beneficjentów 500+, intelektualistów "dobrej zmiany" - nie

Jestem w stanie zrozumieć beneficjentów, ludzi rzeczywiście (i winię za to poprzednie rządzące ekipy) żyjących w biedzie, którzy za sprawą 500+, można powiedzieć, że się wyprostowali i dziś wdzięczni są – i mają za co – „dobrej zmianie”.

Owo 500+ uważam za genialne posunięcie, w sposób cyniczny ukradzione, jak wszystkie działania populistów, naszej niedoważonej lewicy. Ba, rozumiem też rzesze oportunistów, bo ci łasić się będą do każdej władzy, ale, proszę mi darować – i tu stawiam zasadnicze pytanie, które nurtuje mnie od bardzo dawna i które sprawiło, że podjąłem trud napisania tego listu – w żaden, ale to w żaden racjonalny sposób nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie, jak mogą trzeźwo myślący, światli, głęboko zadomowieni w kulturze, intelektualiści, ulegać „urokom” wielkiego kłamstwa jakim jest w istocie „dobra zmiana”?

Jak można, widząc zupełny brak charakteru u kompromitującego Wysoki Urząd , łamiącego raz po raz Konstytucję, prezydenta, widząc premiera, który, gdyby był Pinokiem to nos miałby już chyba kilometrowy, bo po prostu nie przestaje kłamać, jak można widząc to, doświadczając tego, i mając w pamięci prawość i uczciwość swojej matki, popierać „dobrą zmianę”, a nawet w niej uczestniczyć.

Tak, tego, wyznam, pomimo wysiłków intelektualnych, dalibóg, pojąć nie mogę. Znam wiele teorii na temat ulegania kłamstwu i przemocy. I miłoszowskie pojęcie ketmana i tak zwany syndrom sztokholmski, ale fenomenu ulegania przez, nielicznych na szczęście, ale, bywa, wciąż cenionych przeze mnie – i oby tak mogło pozostać – intelektualistów, urokom tak zwanej „dobrej zmiany”, przyznam, nie jestem w stanie zrozumieć. Snadź za słaby na to okazuje się mój intelekt.

Naród. Jak to jest być Polakiem

No to teraz, po o wiele za długim wstępie, ad rem. O naród mi chodzi. O Pana, mogę chyba tak powiedzieć, uwielbienie narodu. Pana, a także być może kilku jeszcze akademików pochłoniętych, proszę mi darować, ale chyba nie dość konkretnie pojętej, idei narodu.

Otóż powiem tak. Nigdy nie miałem kłopotów z tożsamością. Wiem, kim jestem i skąd jestem. „Ojczyzna jest moim domem, a inne domy to hotele. Mnie w udziale dom polski przypadł” - jak głosi piękny cytat z pięknych „Kwiatów Polskich” Tuwima.

Polskość jest we mnie czymś tak naturalnym i oczywistym jak oddychanie. Język, obyczaje, kultura, wspólna historia i wspólna mitologia. Ale, Bogu dzięki, nigdy mnie nie dotknęło chore, złowrogie mym zdaniem, obrzydliwe uczucie „lepszości”. „Uber alles”. Matkę moją kochałem. Bardzo. Była moja. Dobra. Ale wiem doskonale, że nie była najpiękniejsza. Bywałem z niej dumny. A jak coś mi się w jej postępowaniu nie podobało, to bolało mnie, wstydziłem się. Jeśli zatem porównam ojczyznę do matki, to oczywiście nie muszę się egzaltowanie zakłamywać i uważać, że jest najpiękniejsza. Bo nie jest. Natomiast winienem czuć się za nią odpowiedzialny. Skoro jest moja i skoro do niej należę, to w dobrym i w złym. Nie wolno akceptować tylko tego co się nam podoba. Dziedzictwem ubogacającym naszą pamięć, ale też bywa, będącym bolesnym ciężarem, jest heroiczna śmierć Powstańców na barykadach, ale też haniebne spalenie sąsiadów Żydów w Jedwabnem.

W tym miejscu pora na kilka słów o moim backgroundzie. Myślę, że tradycja rodzinna lepiej niż jakieś werbalne deklaracje, zaświadczy kim jestem i skąd jestem. Kilka słów o rodzinie. Niechże one, dużo lepiej niż składane deklaracje, zaświadczą o stosunku do ojczyzny, o której nie mówiło się przesadnie dużo w moim domu. Bo słów wielkich nie należy nadużywać.

Zacznę od mojej starszej siostry. Bohaterska, piętnastoipółletnia łączniczka w Powstaniu (zaprzysiężona została w Szarych Szeregach gdy miała trzynaście lat) Batalion „Parasol”, pseudonim „Kalina”, można sprawdzić. Ocalała.

Stryj, major Brejdygant, szef Kedywu AK na Lubelszczyznę, zginął w Powstaniu, w Komendzie Głównej AK, na Świętokrzyskiej, brat stryjeczny zginął przeskakując linię frontu, szedł do Powstania. Drugi stryj zginął w Katyniu.

Jeden brat matki, oficer AK, torturowany na Szucha, w Gestapo, zginął w Oświęcimiu, drugi zginął walcząc w Powstaniu, na Żoliborzu. Cóż, przyzna Pan, „wzorcowo patriotyczna” rodzina. 

Ja wyrastałem w podziwie dla młodych, którzy polegli, w kulcie dla czynu powstańczego. I oczywiście z głęboką świadomością, że to była tragedia. Może i musiała nastąpić. Choć wcale nie jestem tego pewien. Podzielam zdanie generała Andersa.

I absolutnie nie podzielam zdania Jarosława Marka Rymkiewicza. Łatwo jest egzaltować się śmiercią cudzą nie przelewając własnej krwi. I hołd składam Nowakowi-Jeziorańskiemu za to, że robił wszystko w 1956 roku, kierując radiem WE, by nie dopuścić do kolejnego rozlewu krwi.

Nie stać nas już było na kolejne „rozstrzelane pokolenie”. Kiedy zacząłem reżyserować w teatrze czy tv, ja, trzydziestolatek wówczas, miałem kłopot z obsadzeniem ról czterdziestolatków. Dziesięć lat później mogłem już wybierać.

Słowa goryczy o Polsce, o Rodakach

No to po tym co wyżej, co ja sobie myślę o tak zwanej „polityce historycznej” w obrębie „dobrej zmiany”. Oczywiście, że myślę jak najgorzej.

Ja w domu nie słuchałem nauk „jak należy ojczyznę kochać”. Nie nadużywano wielkich słów. Jak Pan wie, zdarzało się „patriotycznym” grafomanom dość skwapliwie podejmować w czasie okupacji kolaborację z okupantem.

A Baczyński, który pisał: 

»Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne, obraz dni... (-) Jeno odmień czas kaleki«

po prostu za ojczyznę zginął. Ci, których naprawdę Polska obchodziła, napisali o niej, o swych rodakach pełne goryczy słowa. Słowacki, Norwid, Wyspiański, Żeromski.

Zestaw cytatów wyjętych z tego co napisali, do furii doprowadziłby dziś naszych, „patriotycznych” narodowców. Co tam, wszystko to, co głupcy dziś wypisują na przykład o Oldze Tokarczuk czy o Profesorze Grossie, to drobiazg wobec cystern pomyj jakie ówcześni narodowcy wylewali w ostatnim roku życia na Żeromskiego, po ukazaniu się jego „Przedwiośnia”...

I ostatnia uwaga. Pytanie o naród. Nasz naród. Dziś w około 90 procentach o rodowodzie chłopskim. Otóż warto pamiętać, że zaledwie 180 lat temu miała miejsce tak zwana Rabacja pod wodzą Szeli. Wiadomo, sprowokowana przez władze wiedeńskie, ale wykonana z całego serca z najwyższym zaangażowaniem, przez swoich, przez naszych chłopów. W ciągu 48 godzin zamordowano kilka tysięcy ziemian, spalono ok. 500 dworów. A teraz pytanie: kogo zabijali przodkowie dzisiejszych nas, Polaków?

Ano obcych im i znienawidzonych, właśnie Polaków. Dla tych naszych przecież przodków, Polska, czyli ta „ichnia”, pańska ojczyzna, to było coś im obcego. W czasie owych dwóch dni ludowego (narodowego?) buntu odezwanie się po polsku (pańsku) stanowiło wyrok śmierci. Chronić mógł niemiecki, także jidysz.

Naród polski, z chłopów, i z tego co złe w panach

Mało się wie i mało rozumie, że tak zwany, jak dziś go rozumiemy, naród polski, to twór zaledwie ostatnich około 130 lat. Bo to dwóm chłopom Bojce i Witosowi zawdzięczamy „przyprowadzenie” chłopów do narodu.

A naród ten, jak proroczo przewiduje Szela w moich „Krwawych Żniwach” - „Z chłopów on będzie. I z tego co złe w panach”. Cóż, nie mamy my plebejskiego, trwałego etosu, jak Czesi, którzy swoją szlachtę, swych panów, wieki temu wytracili w bitwie pod Białą Górą. Wspomniana wyżej Rzeź Galicyjska, wydarzenie niebywałej wagi w naszych dziejach, za sprawą jakby psychologicznego „wyparcia” ze świadomości społecznej, zostało zamiecione pod dywan, kościotrupa ukryto w szafie.

Tylko Wyspiański w „Weselu” miał odwagę tknąć ten temat. No i Żeromski w „Turoniu”, ale to niestety słaba i mało znana sztuka. No i Bruno Jasieński...

Panie Profesorze, zakończę ten list dwoma cytatami. Z Norwida i z Herberta. Obaj byli tymi, którzy swą polską tożsamość czuli najmocniej. Aż do bólu. I obaj byli tymi, którzy by „narodową myśl” głoszoną przez ideologów „dobrej zmiany” z pewnością odrzucili z niesmakiem. Oto Norwid:

Jesteśmy żadnym społeczeństwem.Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym.Może powieszą mnie kiedyś ludzie serdeczni za te prawdy (-) ale gdybym miał dziś na szyi powróz to jeszcze przywartym chrypiałbym, że Polska jest ostatnie na globie społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród (-) A tak jak dziś jest, to Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku karzeł.

Ja też uważam, że człowieczeństwo najważniejsze. Bo cóż wart Polak jeśli najpierw nie jest wartościowym człowiekiem. Cóż wart wymóżdżony mięśniak, rzucający race na tak zwanym „marszu niepodległości”, co sił w płucach wyjący hasło, że „Polska dla Polaków”, który nawet prawdopodobnie nie wie, że jest rasistą, a właściwie faszystą. Bo w ogóle prawie nic nie wie.

Zatem, powtórzę, człowiek najpierw, członek wielkiej Rodziny Ludzkiej. Potem Polak. A zaraz potem Europejczyk. Przynajmniej ja tak się czuję. Bo czuję się nie tylko polskim, ale także europejskim patriotą. Dziedzicem mojej, wspólnej kultury judeo-greko-chrześcijańskiej.

A oto Herbert:

Rów, którym płynie mętna rzeka nazywam Wisłą. Na taką miłość nas skazali. Taką przebodli nas ojczyzną

Nie jest to taka zupełnie łatwa miłość. A ci, dla których jest łatwa, chyba są mało warci.

*Stanisław Brejdygant, ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.