Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prawie od dwóch tygodni jestem w posiadaniu karty DiLO. Jest to karta dająca dostęp do szybkiej diagnostyki i leczenia onkologicznego. Przynajmniej w teorii...

Mam 57 lat i nieprzerwany nigdy 37-letni staż pracy. Podczas ostatniego badania USG jamy brzusznej wykryto u mnie naciek w okolicach jelit i żołądka i prawdopodobne przerzuty na wątrobie.

Lekarz rodzinny wystawił mi na tej podstawie ową kartę DiLO, gwarantującą mi rzekomo wszelką pomoc diagnostyczno-konsultacyjną.

Przerażony wynikiem USG udałem się pospiesznie do SPSK1 PUM w Szczecinie przy ul. Unii Lubelskiej, gdzie dzięki karcie DiLO dostałem się do lekarza z Kliniki Gastroenterologii. Ten, po badaniach palpacyjnych i wywiadzie, wypisał mi skierowanie na prześwietlenie RTG, kolonoskopię, tomograf z kontrastem, badania laboratoryjne etc.

W ciągu dziesięciu dni wykonałem wszystkie zlecone badania, posiadane wyniki zajmują już mały segregator, czekam jeszcze tylko na opis tomografii komputerowej z kontrastem, który obiecano mi na 14 września.

Od 48 godzin próbuję bezskutecznie zarejestrować się do lekarza specjalisty w Szpitalu na Unii Lubelskiej, wystając 2-3-krotnie codziennie po 1,5-2 godziny w kolejce do rejestracji.

Pani rejestratorka za każdym razem znajduje jakoby uchybienie w wystawionej karcie DiLO - a to brak pieczątki na 3 stronie, a to zaznaczenie „ptaszkiem" niewłaściwej rubryki. Jak twierdzi, nie mogę skorzystać z szybkiego dostępu do lekarza, ponieważ nie może przyjąć wadliwie sporządzonej karty DiLO. Czas oczekiwania na normalną wizytę to długie tygodnie...

I tak od 48 godzin wystaję w kolejkach do rejestracji SPSK1, u lekarza rodzinnego, znów pod rejestracją etc., aby było szybciej, poruszam się taksówkami, w mojej sytuacji każdy dzień się liczy, każda godzina... Dziś zrezygnowałem - po trzeciej próbie rejestracji.

Jak widać REJESTRATORKA, Pani Życia i Śmierci, wie lepiej niż lekarz, gdzie ma co być zaznaczone.

Może zdołam się dostać do lekarza, zanim będzie za późno, może nie, może dowiem się, że za długo czekałem i straciłem czas, a może, że już go nie miałem wcale...

Najbardziej w tym boli ta niesłychana znieczulica, uwikłanie przerażonego, zestresowanego pacjenta, w jakiś wyimaginowany konflikt między lekarzem wystawiającym kartę DILO a panią rejestratorką; konflikt, w którym pacjent jest zmuszany do jeżdżenia pomiędzy kliniką a przychodnią rodzinną.

Czy zrozumieć mnie może tylko ktoś, kto przeżył tygodnie oczekiwania na diagnozę i wyrok? Dlaczego w naszej służbie zdrowia nie ma miejsca na choćby podstawową empatię?

****

Czekamy na Wasze listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.