Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie mogę zgodzić z większością tez i stwierdzeń zawartych w artykule z 14-15 lipca w „GW” – „Chcę mieć prawo chorować z godnością” redaktor Agnieszki Kublik.

Zacznę od kilku faktów: nakłady na ochronę zdrowia w Polsce wynoszą 1259 euro na osobę rocznie, co stawia nas na „zaszczytnym” 25 miejscu wśród 28 krajów EU. Liczba pielęgniarek i lekarzy przypadających na 1000 osób jest adekwatna do wielkości środków przeznaczanych na ochronę zdrowia, stawiając nas na końcu EU: mamy średnio 2,3 lekarza i 5,3 pielęgniarki na 1000 osób (średnia wieku pielęgniarki w Polsce to dziś 51 lat). Jak jest w innych krajach, jeśli chodzi o liczbę pielęgniarek: Szwajcaria – 17,4, Norwegia – 16,7, Niemcy – 13, Rosja – 8,6. Przyszłość nie rysuje się dobrze: w 2030 roku będziemy mieć 3,8 pielęgniarki na 1000 mieszkańców. Jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się narodów Europy: w 2050 roku liczba osób po 65 roku przekroczy 34 proc.

Przez cały okres po transformacji ustrojowej w 1989 roku lekarze, lekarze dentyści, ale także pielęgniarki systematycznie poprawiały swój stan wiedzy medycznej, uzupełniały braki spowodowane „żelazną kurtyną”. Szczególnie dużo pracy we własną edukację i podniesienie kwalifikacji włożyły pielęgniarki i położne. Po wejściu do Unii Europejskiej wykonywanie ich zawodów wymagało uzyskania tytułu licencjata lub magistra.

Zawód kiedyś realizowany w ramach średniej szkoły zawodowej stał się kierunkiem akademickim z własną bazą dydaktyczną, potencjałem naukowym. Dzisiejsza pielęgniarka to osoba z olbrzymim doświadczeniem, z tytułem licencjata bądź magistra, często z dodatkową podspecjalnością.

Jako kardiolog widzę ten postęp: dawne „siostry” to dzisiaj profesjonalistki, które samodzielnie przeprowadzą wywiad, ocenią stan pacjenta, rozpoznają stan zagrożenia życia. Często korygują pomyłki moje czy kolegów. Znają wytyczne i standardy postępowania medycznego.

W większości krajów Europy pomiędzy pielęgniarką i lekarzem jest jeszcze kilka osób personelu pomocniczego. Jest opiekunka, salowa, rehabilitant-fizjoterapeuta.

W Polsce nic nie zmienia się od lat: „siostry” z tytułami naukowymi myją, pielęgnują, wykonują lewatywy, karmią, poją, ścielą łóżka, przenoszą chorych na własnych barkach. O jakiejkolwiek pomocy nie ma mowy.

W większości nowoczesnych krajów Europy pielęgniarka uczestniczy w obchodach, monitoruje stan chorego, podejmuje samodzielne decyzje. W Polsce bez zgody lekarza pielęgniarka może podać paracetamol lub czopek glicerynowy.

Co zmieniło się jeszcze na korytarzach szpitalnych: stan i wiek pacjentów. W Klinice Kardiologii, gdzie odbywałem specjalizację, średnia wieku pacjenta wynosiła 79 lat. Typowy pacjent oddziału wewnętrznego, chirurgii, neurologii, kardiologii to sędziwy staruszek z zaburzeniami poznawczymi, dużym ryzykiem upadku i złamania, wieloma schorzeniami towarzyszącymi. Wymaga złożonego podejścia, współpracy kilku specjalistów. Standardowo dwie pielęgniarki mają pod swoją pieczą 30 pacjentów, z których 60 proc. jest obłożnie chorych.

W nocy często jedna „siostra” musi radzić sobie sama. Niestety, zmiany w organizacji medycyny nie szły w parze ze zmianami w wynagrodzeniach. Lekarze po strajku sprzed dekady doczekali się w większości godziwych zarobków. Pielęgniarki pozostały z niczym. Dopominanie się latami o nawet groszowe podwyżki spotykało się z milczeniem „góry”. Żeby utrzymać rodziny pielęgniarki pracują na 2 etatach, dorabiają w komercyjnych placówkach po godzinach pracy. Ale kosztem tego dla wielu z nich jest chroniczne zmęczenie i zawodowe wypalenie.

Przez ostatnie ćwierćwiecze Kasy Chorych, a następnie Narodowy Fundusz Zdrowia „tresowały” lekarzy i pielęgniarki w technice szybkiej i sprawnej diagnostyki i leczenia.

Nie było taryfy ulgowej: słabe, nierentowne oddziały zamykano, personel zwalniano, cięto koszty, by przetrwał szpital. Dziś już nie ma mowy o wielodniowych pobytach i szukaniu diagnozy. Warunkiem przetrwania szpitala była szybka i sprawna praca. W jednostkach chorobowych opłacanych przez NZFOZ nie ma i nigdy nie było empatii. Umarła dawno razem z postępem i nowoczesnością. Dominuje suchy, rzeczowy profesjonalizm i tego oczekuje większość chorych. Trzymanie za rękę i słowa: „odwagi, droga pani”, słynne z „Nocy i dni”, odeszły do annałów historii medycyny.

Nie spotykam na co dzień z chamstwem, upokarzaniem pacjentów przez personel medyczny, są to raczej smutne wyjątki. Edukacja personelu to też wyższy poziom kultury osobistej.

Częściej agresja, wulgarność, przemoc słowna, a nawet fizyczna to domena rodzin części chorych. Obrażanie, wymyślanie od „konowałów, morderców, pawuloniarzy” lekarzy czy niewybredne „seksualne” uwagi w stosunku do pielęgniarek to niestety częste zjawisko.

Wszystko w Polsce przez te 28 lat schamiało i spsiało. Agresja, nietolerancja, brutalność w świecie polityki nie ominęła też medycyny. Wciąż traktuje się ją jako zbędny balast obciążający budżet, a nie sprawną maszynę do przywracania zdolności do życia i pracy.

Gdybym miał się zabawić we wróżkę: co nas czeka w perspektywie kilkunastu lat? Katastrofa demograficzna: w 2030 roku będziemy mieć kilkumilionową „armię” seniorów 75 i 80-letnich, prawie 14 mln chorych na nadciśnienie tętnicze, 3 mln cukrzyków, 600 tysięcy walczących z nowotworami, ponad 4 mln chorych na chorobę wieńcową, 40-proc. przyrost chorób sercowo-naczyniowych wynikający tylko z demografii.

Koszty opieki nad pacjentami z niewydolnością serca szacuje się w 2030 roku na 80 mld złotych (to więcej niż cały obecny budżet NZFOZ).

Będziemy starzy, chorzy i pozbawieni pomocy. I nie będzie nikogo, kto poda nam rękę. Tymczasem potrafimy wydać 16 mld złotych na kilka rakiet z USA w obawie przed rosyjską agresją. Boimy się uchodźców i migrantów, a luka demograficzna i pokoleniowa wymaga stałego napływu ludzi, szczególnie w medycynie.

Nie ma mowy o utrzymaniu potencjału gospodarczego, sprawnego działania wielu dziedzin państwa bez czynnych zawodowo „seniorów”, a do tego trzeba sprawnej, nowoczesnej medycyny. Ksenofobiczna, schizofreniczna wizja państwa polskiego jako oblężonej twierdzy w Europie w wydaniu PiS doprowadzi nas na skraj zapaści i upadku.

Na koniec jedno wyjaśnienie: nie cierpię określenia „służba zdrowia” używanego przez red. Kublik. To jakiś tragikomiczny eufemizm. Służba to jest wojskowa, więzienna, policyjna: łączy się z szybką emeryturą, na którą pracują inne grupy zawodowe, przywilejami, o jakich może pomarzyć biały personel. Błędy i potknięcia „mundurowych” są często zamiatane pod dywan i niekarane.

Błędy w medycynie to odpowiedzialność karna, cywilna, zawodowa. Nie zajmujemy się w żadnym stopniu zdrowiem. Zbudowaliśmy nieudolny model, w którym w sposób szczątkowy realizuje się profilaktykę i działania zapobiegawcze. Koronnym przejawem autodestrukcji rządzących jest choćby ostatni pomysł zniesienia obowiązku szczepień ochronnych z zupełnym pominięciem głosu ekspertów medycznych. Do problemów medycznych starego społeczeństwa dołączą wkrótce dawno zapomniane choroby zakaźne.

Przemysław Smolik, lekarz internista kardiolog

*****

Czekamy na Wasze listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.