W polskiej nauce mamy wiele patologii, z którymi minister z reformatorskim zapałem mógłby próbować coś zrobić.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem doktorem filozofii, pracownikiem Instytutu Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale moje poglądy nie wyrażają stanowiska Instytutu.

Ustawa 2.0 jest otwarcie wroga interdyscyplinarności. Nakłada bowiem na pracowników nauki niezrozumiały wymóg wskazania maksymalnie dwóch dyscyplin, w których działają. Badania prowadzone w jakiejś innej dyscyplinie, choćby owocowały najlepszymi publikacjami, nie będą się liczyć do dorobku. Jeśli, jak to jest planowane, polska klasyfikacja dziedzin i dyscyplin będzie wzorowana na klasyfikacji OECD, to np.
matematyka, fizyka i informatyka będą osobnymi dyscyplinami.
Badacz pracujący "na styku" tych dyscyplin będzie musiał z tych trzech wybrać dwie – i jeśli np. będą to matematyka i fizyka, to jego artykuł z dyscypliny informatycznej, choćby został opublikowany w najwyżej punktowanym piśmie, nie będzie mógł zostać wskazany przez uczelnię do ewaluacji. Z punktu widzenia uczelni taki pracownik powinien skoncentrować swoje zainteresowania, a nie prowadzić badania interdyscyplinarne – to się po prostu nie opłaca.

Mnożenie biurokracji 

Minister ustali bowiem, do jakich dyscyplin należą poszczególne pisma, według posiadanych przez nie kategorii zgodnie z klasyfikacją SCOPUS "All Science Journal Classification". Parę lat temu mojemu współpracownikowi i mnie udało się opublikować tekst w "Foundations of Physics", piśmie poważnym i nobliwym tzn. takim, w którego radzie wydawniczej zasiadało co najmniej kilku noblistów.
Jednakże, mimo że wg klasyfikacji Scopus pismo to należy do kategorii "Physics and
Astronomy", czyli wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wg ministra będzie należeć do dyscypliny "fizyka", nie śmiałbym nigdy twierdzić, że zajmuję się fizyką - wystarczy przeczytać stronę pisma, by zorientować się, iż przyjmuje ono również teksty zajmujące się np. filozoficznymi aspektami struktur matematycznych używanych w fizyce, zapraszając do współpracy „fizyków, kosmologów, filozofów i
matematyków”.

Gdyby nasz tekst został opublikowany za parę lat, to jeśli nie zadeklarowałbym, że jedną z uprawianych przeze mnie dyscyplin jest fizyka, z punktu widzenia dorobku uczelni artykuł byłby niewidoczny. Dlaczego to rozsądne? Nie potrafię znaleźć w projekcie ustawy nawet śladowego uzasadnienia dla tego typu rozwiązań – jedyną
hipotezą jest sprzeczna z publicznymi deklaracjami rzeczywista chęć ukrócenia prowadzenia badań interdyscyplinarnych, co powinno być w oczywisty sposób karygodne.
Skoro i tak dokumentowane są wszystkie publikacje każdego pracownika, czemu nie mogą wszystkie liczyć się do dorobku uczelni w tych dyscyplinach, do których należą. Wymaganie przymusowego deklarowania uprawianych dyscyplin jest niewytłumaczalnym i szkodliwym mnożeniem biurokracji.

Organizacja nauki w Polsce ma wiele wad 

Organizacja nauki w Polsce ma wiele wad, chociażby niedobrą sytuację finansową doktorantów i tzw. młodszych pracowników nauki. Nowa ustawa miała coś zrobić z pierwszą z tych kwestii. I rzeczywiście, czytamy, że "doktorant otrzymuje stypendium"; jednakże przynajmniej na początku studiów doktoranckich, zanim nie przejdzie pomyślnie oceny śródokresowej, nie umożliwi ono raczej samodzielnego utrzymania się.
Niejasne dla mnie jest, dlaczego państwo polskie nie może wreszcie potraktować doktorantów poważnie, wymagając, by doktorant był zatrudniony na umowie o pracę. Profesor Jajszczyk twierdzi, że absolwenci szkół średnich odpływają na zagraniczne uczelnie dlatego, że uczelnie polskie znajdują się daleko w międzynarodowych rankingach. Jeśli chodzi o absolwentów studiów, to mnie się wydaje, że rozsądny student, rozglądając się za studiami doktoranckimi, wolałby wybrać te, które poza poziomem naukowym oferują mu godne warunki utrzymania, czyli raczej zagraniczne.

Obecny projekt ustawy zapewni, że stan, w którym zatrudniony na uczelni świeżo upieczony doktor, podpisawszy swoją pierwszą umowę o pracę - jeśli efektywnie steruje swoim wykształceniem, ma na to szansę, uwaga, już przed osiągnięciem 30 lat! – otrzymuje wynagrodzenie niewiele większe od minimalnego, zostanie tylko utrwalony. Przewidziane prawem zarobki asystenta są po prostu upokarzające dla osoby, która obroniła pracę doktorską, i która ma nadal uprawiać naukę. Asystentami (na etacie) powinni być doktoranci, a doktorzy powinni już być zatrudniani na innych warunkach. Odpowiedź "przecież są granty" wydaje się domagać od pracownika nauki, żeby, jeśli chce godnie żyć, musiał de facto pracować na dwa etaty. Dlaczego?

Część niektórych zmian cieszy humanistów 

Część ostatnio wprowadzonych zmian ucieszy niektórych humanistów. „Przepchnięcie” dowolnej humanistycznej habilitacji zapewni umieszczony w jednej z poprawek powrót do kolokwiów habilitacyjnych właśnie w naukach humanistycznych. Z kolei poprawka do art. 228 ustawy usuwa spośród wymogów dla kandydatów do tytularnej profesury te dotyczące „istotnej aktywności naukowej realizowanej we współpracy międzynarodowej” oraz kierowania projektami badawczymi finansowanymi „w drodze konkursów krajowych lub zagranicznych”. Jedyne, co jest wymagane, to stopień doktora habilitowanego oraz „wybitne osiągnięcia naukowe krajowe lub zagraniczne”.

Obecnie obowiązująca ustawa wymaga od przyszłego profesora znacznie więcej. Innymi słowy, dzięki nowej ustawie każdy, kto "siedzi w humanistyce" już jakiś czas i dobrze żyje z kolegami, może oczekiwać tytułu profesora – bo przecież się należy. Rzekomo nowoczesna ustawa utrwali więc w humanistyce stan obecny, w którym naturalną koleją rzeczy jest podążanie od doktoratu do profesury bez wchodzenia w sytuacje konkurencji, bez nawiązywania współpracy międzynarodowej i bez pisania do czasopism, w których artykułów nie recenzują koledzy.

Patologie w polskiej nauce 

W polskiej nauce mamy wiele patologii, z którymi minister z reformatorskim zapałem mógłby próbować coś zrobić. Wystarczy wspomnieć np. kwestię tzw. współczynników kosztochłonności, kluczowych mnożników występujących we wzorach wyznaczających ministerialne dotacje związane z prowadzeniem kierunków studiów. Ich wysokość wyznacza minister, i tak np. jeszcze w obwieszczeniu z czerwca 2015 teologii przysługuje współczynnik 1, a w rozporządzeniu z listopada 2015 już 1,5 – studia te są od tamtej pory półtora raza bardziej "kosztochłonne" niż np. studia prawnicze.

Chciałbym się mylić, bo może coś przegapiłem w ogromnym projekcie ustawy, ale mnie się nie wydaje, by tego typu patologie stanowiły dla autorów nowej ustawy jakikolwiek problem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Bardzo dobry i wiele wyjaśniający tekst.

    Ciekawe też info o forsowaniu bajkologii tj. teologii w naszym katolandzie.
    już oceniałe(a)ś
    7
    0
    Cieszę się, że wreszcie zabrano głos w sprawie kwestii interdyscyplinarności i przydziału do dyscyplin. To prawda, że osoby interdyscyplinarne mogą mieć poważne problemy, i nawet gdyby publikowały co jeden tydzień w Science, a co drugi w Nature, to i tak ich dorobek ma duże szanse na to, żeby okazać się bezwartościowym.
    już oceniałe(a)ś
    6
    0
    Oszustwem jest zaliczanie teologii do nauki.
    Wiara i nauka to delikatnie mówiąc, dwie różne, sprzeczne ze sobą dziedziny aktywności umysłowej człowieka.
    Oczywiście religioznawstwo to nauka a preferowanym uczonym jest osoba niewierząca.
    @jan_nonacki
    Jeżeli teologia przestanie być uznawana za naukę, przestanie być nauką.
    Polskie prawo uznaje teologię za naukę.
    Kropka.

    Natmiast co do dowodów to także astronomia czy fizyka bądź matematyka opierają się na aksjomatach przyjmowanych bezdowodowo. Bóg jest tak samo dobrze obiektywną konstrukcją jak np. geometryczny punkt. Widział ktoś punkt? Zmierzył go lub zważył?
    Nie.

    A zatem gdzie empiryczna weryfikacja takiej konstrukcji?
    Nie ma.

    A jednak posługujemy się nią i w nią wierzymy.
    Wierzymy w istnienie czegoś czego nie ma?
    Czy może jednak jest?

    A w matematyce zdefiniowano punkt ? z definicji. I przyjmujemy w modelach naukowych, na wiarę, pewne dogmaty tworząc pewien system. Podobnie postępuje się w teologii wychodząc od bezdowodowych aksjomatów. Oba podejścia są rónouprawnione i wzajemnie się uzupełniają,
    jako różne dziedziny wiedzy w ramach jednej nauki.
    już oceniałe(a)ś
    1
    6
    @bardzospokojny
    Oj cos mi sie wydaje ze odswierzasz sredniowieczny spór miedzy tzw. nominalistami a racjonalistami. Z aksjomatów fizyki czy matematyki cos jednak praktycznie wynika (inaczej samoloty by spadaly na ziemie a NASA bylaby zgromadzeniem znachorów. Zas z postulatu istnienia boga nie wynika nic (poza uzasadnieniem potrzeby istnienia kosciolów i kleru). Bo etyke mozna wytworzyc bez postulatu bozego, a takowa odwolujaca sie do tegoz postulatu jest najczesciej szkodliwa dla zycia. ISISowcy podrzynali gardla ludziom bo im jakis bóg tak kazal...
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    @bardzospokojny
    Traktowanie teologii w polskim prawie jak nauki nie czyni jej nauką. Też kropka.
    "Przyjmowane bezdowodowo aksjomaty" astronomii, fizyki i matematyki nie istnieją - hipotezy naukowe są weryfikowane wraz z rozwojem możliwości technicznych i albo są odrzucane, albo włączane do wiedzy.
    Im bardziej weryfikujemy boga, tym bardziej go nie ma. Sądzę, że punktu nikt nie próbuje weryfikować ani w niego wierzyć, gdyż z założenia nie ma on desygnatu.
    PS. nie jestem naukowcem
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Bardzo dobry tekst.
    już oceniałe(a)ś
    5
    0