Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozpoczęły się wakacje. Dla uczniów laba na całego. A dla starszych to powrót do szkoły sprzed lat, a więc z drewnianą ławką, z obsadką ze stalówką, co miała serduszko, z kałamarzem pełnym atramentu, w którym maczaliśmy pióra. Pisaliśmy pierwsze mokre litery, na które chuchaliśmy jak na znaleziony pieniążek, co przynosi szczęście bez granic.
Do łez nas doprowadzały kleksy, które zbieraliśmy bibułą, czasami je zamalowywaliśmy
szlaczkiem. Albo wycieraliśmy gumką, która robiła w zeszycie dziury. Pani Marianna Jakubowska, nauczycielka ze szkoły powszechnej imienia Wojciecha i Anieli Małżonków Górskich w Pamiątce, otwartej od roku 1925, koło Tarczyna, wspomina, jak drzewiej bywało. 

Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat 

Każdy chciał mieć zeszycik najczyściejszy. Czasami zrobił kleksa, którego zbierano bibułą albo wymazywano gumką, potem robiła się dziurka w zeszycie. Dzieciaki prześcigały się w szlaczkach; w kolorach i kompozycjach. Dzięki szlaczkom zeszyty były kolorowe. Ujmująco pisał dr Janusz Korczak: "Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat". 

Potem pojawiły się długopisy i wieczne pióra z gumką. Przestaliśmy mieć palce jak zebry. Ze szkolnych ławek z dziurką zniknęły kałamarze. W zapomnienie odeszła obsadka. Zostały tablica, kreda i wilgotna szmatka oraz piórnik, gdzie skarby można schować, z długopisem i kolorowymi kredkami, z ołówkiem, temperówką. Pozostał tornister z zeszytami, co tak lubią stroić się w okładki, z książkami pełnymi światła druku.

Została szkoła z długą przerwą i krzykiem, co drażni. Z gronem pedagogicznym, które
wyciska z uczniów soki, oraz panią woźną, co trzyma porządek; z portierem, który drży, żeby nie posiać kluczy; z boiskiem zarośniętym trawą i wielką salą gimnastyczną z parkietem oraz drabinkami, co pod ścianą; z koszem na śmieci. W izbie pamięci drzemie ręczny dzwonek, z poszczerbionym kapeluszem, jak Włóczykij.

Szkoła uczyła, a życie dawało nauczkę 

Dawna szkoła, familiarnie zwana budą, gdzie obowiązywały mundurek i fartuszek, żyje we wspomnieniach. Należę do pokolenia, które widziało, jak dzieci klęczały na grochu albo na woreczkach z piaskiem albo stały w kącie. Nieraz bito linijką, były to tzw. łapy.
Krnąbrni uczniowie siedzieli za karę w oślich ławkach na końcu klasy.
W domach na gwoździach wisiał pasek, czyli dyscyplina, obok świętego obrazka za szkłem. Odeszła pedagogika bata, którym bito to miejsce, gdzie kończy się szlachetna część pleców.
Rózga, kij i rzemień pozostały jak wstyd na kartach historii pedagogiki. Dziś uczniów nikt nie ciągnie za włosy, uszy i nos, choć czyhają na nich inne niebezpieczeństwa.

Bez szkolnej wymówki napiszę - szkoła jest po to, żebyś się nauczył(-a), jak dać śmiało nura do głębokiej wody. Żebyś, choć tego nie pochwalam, miał(-a) odwagę zjechać na poręczy, omijając stopnie schodów, i wzlatać nad poziom progu i opuszczonych klamek. Nie ma nic piękniejsze niż wiedza z polotem.

Wspomnienie szkolne sprzed lat, kiedy nie było ochrony w szkole. Wystarczyła pani woźna ze szczotką na długim styliku, kubłem i wilgotną ściereczką. Że kurz nie siadał, a brud się zmywał. Był schludnie. Szkoła uczyła, życie zaś dawało to, co zawsze. Nauczkę.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.